Press "Enter" to skip to content

Święty upór

ON: Chcę być z tobą, ale nie chcę tego dziecka. Nie możesz go urodzić. Nie jestem gotowy, jeśli się upierasz na to dziecko musimy się rozstać. Przez ciebie. Przez twój egoizm. Słyszysz? Jesteś straszną egoistką. DOM: Spakowała rzeczy i wyprowadziła się z mieszkania, które wynajmowali. Do rodziców. Jak powiedzieć matce, która nie wyrzuci jej z domu, ale za to nieślubne dziecko, za ten wstyd, za tą moralną obrazę – będzie traktować ją jak trędowatą. W domu chory ojciec, leżący, warunki …. Ale da radę. Pójdzie do pracy, zaoszczędzi, odłoży. Ma kilka miesięcy na to, żeby się przygotować. A potem żłobek, przedszkole, praca… LEKARZ: Jeśli chce pani donosić tą ciążę musi pani leżeć. A i tak ma pani może 30 procent szansy na urodzenie tego dziecka. Nie wolno pani nawet podejść szybkim krokiem, kucać, odwracać się , kichać śmiać, nic co uruchamia mięśnie brzucha… PRZYJACIELE: Przecież miałaś być aktorką, marzyłaś o tym, przygotowywałam cię dwa lata, jesteś najlepsza, lepsza niż niejedna aktorka u nas w teatrze. Dziewczyno, usuń tą ciążę, dam ci lekarza, zapłacę za to, nie niszcz swojego talentu, nie marnuj sobie i temu dziecku życia. LEKARZ: To kolejny krwotok. Walczy pani o te leki na podtrzymanie ciąży. Po co? To dziecko nie będzie zdrowe. Nie po tym, co pani nam tu już tyle razy, na izbie przyjęć zaprezentowała. Jest pani młoda. Niech pani nie walczy tak na siłę. Nie o to dziecko. Ono nie ma żadnych szans. A ONA: Była głucha na wszystkie te rozsądne argumenty. Kochała to dziecko pod sercem ponad własne życie. I nic nie było dla niej więcej warte niż ono. Nic nie było straszniejsze niż myśl, że mogłaby je stracić. Żadna cena nie była zbyt wysoka, żeby je urodzić. Choć nie miała żadnego wsparcia. Żadnego. Bo była niewierząca. ON: Nie masz ubezpieczenia, ciągle leżysz w szpitalach. Kto za to zapłaci, kto zapłaci za poród, chcesz się zadłużyć na całe życie? LEKARZ: Albo pani albo dziecko. Silne zatrucie ciążowe, ciśnienie 240/210 nie przetrzyma pani porodu, nie możemy też w tej sytuacji zrobić pani cesarskiego cięcia, bo pani umrze. A jeśli będziemy czekać – umrze dziecko, które i tak już jest niedotlenione. A ONA: wykradła leki na zbicie ciśnienia, zażyła poczwórną dawkę i na moment mierzenia zmieściła się w normie, oszukała lekarzy a oni szybko pomogli jej. Urodziła zdrowego syna. I wtedy zrozumiała, że toczyła wojnę z całym światem i wygrała świat. Swój cały świat.

A potem minęło 19 lat. Wyszła w międzyczasie szczęśliwie za mąż, miała kolejne dzieci. Piękny dom, ogród, wymarzoną pracę. I spotkała Boga. Była już doświadczona kobietą. Nie jeden raz w życiu się przestraszyła, przegrała, wycofała. Setki razy myślała o tym jak to się stało, że wtedy miała tyle siły, żeby stanąć z niczym przeciwko wszystkiemu. Nie mając pieniędzy, mieszkania, pracy, swojego spokojnego kąta, wsparcia rodziny, męża , tracąc przyjaciół, zawodowe marzenia i wesołe życie a za to wszystko mając wizję urodzenia chorego dziecka, a potem jeszcze ryzyko, że umrze rodząc je… Po dwudziestu latach szarpania się z życiem coraz bardziej nie rozumiała tej odwagi kompletnie irracjonalnej u tak młodej, bezradnej i niewierzącej dziewczyny. Powinna się przestraszyć… Któregoś dnia, namówiona przez koleżankę zgodziła się pójść na pielgrzymkę. Każdej minuty chciała wracać do domu. Drażniły ją fałszowane śpiewy, różaniec na komendę, niewygoda, spoceni ludzie i nudne rozmowy na postojach. Co ja tu robię– myślała. Nie skupiała się na mszach i miała na nogach potworne rany. Żadnego duchowego uniesienia. Wracam do domu – postanowiła – po mszy. Była niewyspana i zmęczona. Miała wszystko w nosie. Nie wstawała, nie klękała. Leżała ganiąc się myślami za tą bezsensowną wycieczkę. Przed rozpoczęciem mszy, jakaś pani, z ołtarza nie interesująco mówiła o 20 rocznicy „dzieła duchowej adopcji”. Można było się przyłączyć. Dzisiaj. Teraz. Kobieta zachęcała do podjęcia wyzwania. Po mszy wsiądę do autobusu. Nikomu nie powiem. Koleżance wyślę smsa jak autobus ruszy… Po rzeczy i namiot podjedzie mąż – planowała. A kobieta z ołtarza mówiła: 20 lat temu pierwsze zagrożone aborcja dzieci dostały modlitewna opiekę… 20 lat temu zaszłam w ciążę – pomyślała. Kobieta mówiła dalej : …opiekę płynącą do ich mam, żeby się nie bały przyjąć tych dzieci, choć może wszystko jest wbrew. Wszystko wtedy było przeciwko nam– przypomniała sobie… Za matki, które nie mają zabezpieczenia materialnego i wsparcia rodziny… Usiadła poruszona… Od których odwrócili się przyjaciele i ojciec dziecka, które muszą wybierać pomiędzy macierzyństwem a studiami albo wygodnym życiem, które boją się przyjąć dziecko zagrożone chorobą. O odwagę dla nich. O cud odwagi…

Łzy popłynęły jej po policzkach, na szczęście padał deszcz i mogła je w nim ukryć. Dobrze, że siedziała bo świat zawirował… Oczywiście, że ta odwaga nie była jej dziełem. Jej prawem było się właśnie bać. Była niewierząca, była bezbronna. Ktoś wysłuchał takiego wezwania do modlitwy za nienarodzone dziecko jakie ona słyszy teraz – i może tak jak ona znalazł się tu przypadkiem i usłyszał, że to do niego i uratował jej syna i ją. A potem wstała i z innymi podejmującymi się duchowej adopcji wypowiadała słowa przyrzeczenia… Boże, dziękuję, że mnie tu zaprowadziłeś – wołały jej myśli – że kochałeś moje dziecko tak bardzo, że w jego ratowanie kiedy odeszli od nas wszyscy bliscy, zaangażowałeś obcych ludzi. Łzy opóźnionej świadomości tego cudu, którym została obdarowana, cudu największego o jaki by kiedykolwiek poprosiła płynęły jej po twarzy. Ale na szczęście cały czas padał deszcz. Więc nikt nie zauważył, że jej inaczej bije serce. A może wszystkim biło tak samo… Może nie tylko ona tkwiła w tym zdumieniu bycia zawołanym przez Boga po imieniu. I może ich policzki też nie były płukane deszczem…

Barbara Konarska

 

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.