Press "Enter" to skip to content

Czyniąc dobro rośniemy we własnych oczach

Si Deus est, unde malum? Si non est, unde bonum? (w tłum. Jeśli jest Bóg, to skąd się wzięło zło? Jeśli Go nie ma, to skąd dobro?)
Jeden z ulubionych przeze mnie -wielki poeta Tadeusz Różewicz- zdałoby się … bez wahania odpowiada:

jak to skąd
z człowieka
zawsze z człowieka
i tylko z człowieka. (…)

zło nie bierze się z braku
ani z nicości

zło bierze się z człowieka
i tylko z człowieka

Ta smutna sui generis teodycea prowadzić może do pytania jak w takim razie pogodzić z czynionym przez człowieka złem stworzenie go na obraz i podobieństwo Boga. Może zanegować Boską wszechwiedzę lub dobroć, bo czyż w takim razie dobry Bóg stwarzając człowieka, nie przewidział, że będzie on czynił zło? A jeśli wiedział, iż tak się stanie, dlaczegóż w swej dobroci uczynił go zdolnym do jego czynienia? Dlaczego obdarował go wolną wolą, wolą zdolną do złych wyborów? Ano dlatego, by owe wybory miały wartość, a tym samym wartość miało ludzkie istnienie. Czyny bytu zaprogramowanego tylko na czynienie dobra, bez możliwości odstępstwa odeń nie miałyby wartości. Tylko bowiem możliwość wyboru między dobrem a złem nadaje dobru wartość. Jeśli nie mamy alternatywy, nasze czyny nie mogą podlegać żadnej etycznej ocenie. Dla twórcy słynnego imperatywu kategorycznego, który nakazuje postępowanie wg takiej zasady, co do której chciałoby się, by stała się prawem powszechnym – Immanuela Kanta – dobro nie istniało jako obiektywnie istniejący byt, lecz było wartością, która pojawia się w momencie świadomego podejmowania decyzji, jest więc związana z wolą, wolną wolą człowieka. Nikt nie chce doświadczać zła. Wystarczyłoby go zatem nie czynić. Czy kantowska recepta na dobry świat jest rozwiązaniem problemu zła w świecie? Czym jest zło? Czy tylko brakiem dobra? – jak chciał Św. Augustyn – Ojciec Kościoła i Doktor Łaski. Akwinata uzupełnia: „Zło jest brakiem dobra, które z natury swojej rzecz mieć powinna.” (S. Th.) Czy zatem, odwracając, dobro jest brakiem zła? Czy może dobro i zło należy przyłożyć do swoistego termometru aksjologii i orzec, że to, co poniżej zera jest złem, a to, co powyżej dobrem? Czym jest punkt zerowy? A może nie tylko nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe, ale czyń mu to, co Tobie miłe? Czy kiedy nie czynię zła, już jestem dobry? Czy sama pasywność może zostać nazwana dobrem? Przyzwolenie na zło, niesprzeciwianie się mu, milczenie wobec jest już brakiem dobra. Brak aktywności, bierna postawa to – posługując się słowami z testamentu Zbigniewa Herberta – „odwrócenie się plecami, podczas, gdy należy dać świadectwo” zaprzecza godności człowieka, jego postawie wyprostowanej, bo choćby nasz „Gniew (był) bezsilny niech będzie jak morze”. Samo nieczynienie zła nie jest zatem tożsame z dobrem. Bonum est id quod est appetibile.- głosił św. Tomasz, parafrazując arystotelesowskie „Bonum est quod omnia appetunt.” Dobro jest pragnieniem, a pragnienie chce być zaspokojone. Trzeba po dobro sięgnąć. Nie wystarczy nań patrzeć. Pożądanie wiedzie do działania, które go spełni.

Różewiczowi odpowiada Czesław Miłosz:

wystarczy pozwolić człowiekowi wytruć swój rodzaj a nastąpią niewinne wschody słońca

nad florą i fauną wyzwoloną na pofabrycznych pustkowiach wyrosną dębowe lasy

krew rozszarpanego przez wilki jelenia nie będzie przez nikogo widziana jastrząb będzie spadać na zająca bez świadków

zniknie ze świata zło kiedy zniknie świadomość

 rzeczywiście panie Tadeuszu zło (i dobro) bierze się z człowieka

Dialog dwóch poetów przypomina swoisty -pokoleniowo odległy, lecz bliski kontekstualnie -spór między J. J. Rousseau a Ch. Baudelairem odnośnie czystego dobra natury i dobrodziejstw cywilizacji. Czy poza bytem świadomym możliwe jest w ogóle jakiekolwiek wartościowanie? Czy roślinę lub zwierzę można oceniać w kategoriach dobra i zła? Nie można, gdyż działania tychże są poza świadomością, poza normami etycznymi, które sankcjonuje ludzkość w swoim umyśle. Człowiek nie może przykładać swojej miary istoty myślącej i uduchowionej bytom nietranscendentnym wobec swojej fizyczności. To człowiek jako istota wartościująca nadaje odpowiednią wagę wszystkim rzeczom i działaniom i dokonuje osądu czynów ludzkich, w kategoriach moralnych. Człowiek posługujący się bardzo konkretnym abstraktem (sic!) w postaci sumienia. „Różnica między dobrem a złem wynika z tego, że dobro moralne przynosi głębokie zadowolenie, a zło sprawia wyrzuty, przykrość wewnętrzną i ból.”– napisał Karol Wojtyła w „Elementarzu etycznym”. Czy jakikolwiek człowiek może uczciwie sam przed sobą wyznać, że chce być zły, że pragnie zła? Nikt nie chce być złym człowiekiem. Dlaczego są więc wśród nas źli ludzie? A może nie ma złych ludzi, są tylko ich złe uczynki. Abp Marek Jędraszewski w pewnym wywiadzie mówi: „W każdym człowieku jest tęsknota za dobrem, za pełną akceptacją, za otrzymaniem przebaczenia i pogodzenia się z sobą.” Myślę, że to prawda. Pragniemy być dobrzy, nie tylko w oczach innych, ale przede wszystkim we własnych. Dobro /gr. agathón, łac. bonum/ jest pożądane z powodu korzyści, które przynosi i dlatego, że stanowi wartość samą w sobie, jest cenne samo przez się. Zaspokaja pragnienie szczęścia. Eudajmonistyczne myślenie Sokratesa o szczęściu jako sensie istnienia zostaje przez tegoż rozwinięte i utożsamione z dobrem, czyli szeroko rozumianą cnotą, która wypływa z wiedzy na temat czym jest dobro. Intelektualizm etyczny Sokratesa zdaje się być obowiązkowy w XXI wieku, gdzie fides et ratio poszukują wspólnej płaszczyzny. Muszę rozumieć czym jest dobro, by świadomie je czynić. Muszę wierzyć w jego siłę, by chcieć je czynić. Zło należy, jak głosił błogosławiony ks.Jerzy Popiełuszko , zwalczać dobrem. By broń była skuteczna, trzeba wiedzieć jak się nią posługiwać. Trzeba umieć odróżniać dobro od zła, by nie uderzyć w dobro i by stanąć w szranki ze złem. Orężem w tej walce jest sam Bóg, który nota bene jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. Bóg ten też jest miłością, która owszem -niweczy wszelki grzech ludzki, o ile człowiek pojmie i uzna swą nieprawość oraz okaże szczery żal, skruchę, zadośćuczyni bliźnim, względem których dopuścił się zła. I choć tak po ludzku sprawiedliwość Boga zdaje się niekiedy stać w sprzeczności z potęgą Jego miłości i przebaczenia, współgra z nią pod auspicjami dobra jako zwycięstwo nad złem.

Samo narzucającą się ludziom wiary interpretacją dobra jest przede wszystkim przestrzeganie prawa moralnego, identyfikowanego z prawem Bożym. Nakazy i zakazy tego prawa to normy etyczne ludzi wierzących. Na ogół są one zbieżne wśród większości kultur, cywilizacji. Nie wolno kłamać, oszukiwać, kraść, gwałcić, mordować,… Należy sobie wzajemnie pomagać, okazywać życzliwość, wdzięczność,… Zarówno sformułowany negatywnie, jak i pozytywnie kodeks etyczny obowiązuje powszechnie i niezmiennie. Dlaczego zatem zło wciąż się odradza? Dlaczego „bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika” (A. Camus)? Dlaczego z natury dobry człowiek, człowiek stworzony na obraz i podobieństwo samego Boga, człowiek łaknący dobra i bycia dobrym wciąż dopuszcza się zła? Dlaczego człowiek, który chciałby autostradą do nieba, schodzi na manowce, schodzi z Boskich dróg i rani swoje własne stopy? Wyposażony w GPS sumienia nie powinien błądzić. Są dostępne aktualizacje w postaci mądrych homilii, uczonych komentarzy, teologicznych wykładów. Są duchowi przewodnicy i miejsca, w których brud wędrówki po upadku do rowu, można obmyć i ruszyć na nowo naprzód. Można posilić się poprzez sakrament Eucharystii, przypomnieć sobie właściwy kierunek sięgając po pierwszą i cały czas aktualną mapę, jaką jest Pismo Święte. Może ta mapa nie lśni jak billboardy, na których reklamuje się władza, pieniądze, sława, poklask,…, ale jedyna prowadzi prosto do celu, jakim jest spotkanie z najpełniejszym Dobrem. Czy mamy obowiązek pomagać innym na tym szlaku? Czy możemy sami dotrzeć do celu, zostawiając poranionych, zdeptanych bliźnich po drodze? Czy możemy obojętnie przechodzić obok wspomnianych billboardów, które przesłaniają wysłużone stare drogowskazy? Czy nie mamy obowiązku stawiać dużych widocznych znaków prowadzących do Boga? Swoich wyraźnych śladów obecności na tej drodze? Pielenia chwastów zarastających Boże ścieżki? Budowania umocnień, wyciągania ręki do tych, którzy upadli po drodze? Ostrzegania przed łatwymi utorowanymi wygodnie skrótami, które wcale nie przybliżają do mety? Nie czyniąc dobra, nie walcząc ze złem, choć sami bezpośrednio go nie wyrządzamy, nie jesteśmy dobrzy. Tak myślę. Czy dobro jest zupełnie bezinteresowne? Mawia się, że altruizm to najwyższa forma egoizmu. Czyniąc dobro rośniemy we własnych oczach, czujemy się lepsi. Zatem jest w nas interes dobrego samopoczucia, autodumy, a także nadzieja nagrody w niebie. Dobro jednak ma dawać korzyść. Czerpanie zeń korzyści jest wobec tego dobre. I nawet jeśli w założeniu jest ono motywacją, niech! Byle płynęło dobro.

Milena Tejkowska

Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.