Press "Enter" to skip to content

Jacek Kowalski: Blizny Matki Bożej. Legenda i prawda

Słynące łaskami obrazy zawsze wzbudzały emocje: pozytywne i negatywne. Ponad emocjami narastały legendy. Taki jest między innymi przypadek obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Cztery blizny na Jej obliczu to niezbywalny symbol polskiego losu, dotkniętego zarazem cierpieniem i obecnością Matki. Czy to prawdziwe blizny? Czy tylko pokłosie mitu?

O bliznach na obliczu Częstochowskiej Madonny mówią zarazem dokumenty i legenda. Zacznijmy od relacji kronikarza Jana Długosza z XV wieku, którą u progu wieku XVI zastąpiła nieco fantastyczna, dłuższa opowieść, wielokrotnie potem powtarzana i żywa do dziś. Mówi ona, że kiedy w roku 1430 czescy husyci i taboryci napadli na klasztor jasnogórski, wszyscy zakonnicy uciekli w popłochu, a kacerze owi do obraza Panny Maryjej niepocześnie się rzucili, srebro i złoto z niego złupiwszy, na wóz włożyli, a także ją [Pannę Maryję na obrazie] za sobą wieźć kazali. Ponieważ wóz nie chciał ruszyć z miejsca, heretycki woźnica w taki sposób obraz na ziemię zrzucił, iż ten się rozpadł na trzy części, a wtedy jeden z heretyków dobył szpady i uderzył dwa razy w oblicze tablice błogosławionej. Wtedy wszyscy obrazoburcy oślepli i uciekli, a potem padli ofiarą śmiertelnej zarazy.

Król Jagiełło, dowiedziawszy się o tym wszystkim, obraz na ratuszu krakowskim pod strażą chować kazał, tamże malarze zasię tablicę wielebną sprawili [naprawili], oprócz blizn tych na obliczu, których żadną miarą zamalować nie mogli.

Legenda jeszcze się potem rozbudowała. Na obrazach malowanych w XVII wieku dla sanktuarium na Jasnej Górze widzimy husytów, którzy nie tylko bezczeszczą obraz, ale i zabijają mnichów, co – jak już wiemy – akurat miejsca nie miało, bo ci uprzednio opuścili klasztor…

Obrazoburstwa nie było, a blizny zostały sfałszowane

W latach komuny i tuż po niej współcześni historycy i konserwatorzy dość jednogłośnie zaprzeczyli, jakoby obraz miał zostać posieczony mieczem i połamany. Opowieść o jego zbezczeszczeniu, tak samo jak o wozie, który nie mógł ruszyć z miejsca, należy bowiem do żelaznych plotek szerzonych wokół różnych cudownych wizerunków. Ze względu na sztampowość tego motywu badacze odmówili mu wiary. Ponadto konserwatorzy stwierdzili, że na obrazie nie ma żadnych śladów cięcia mieczem, a średniowieczna renowacja przeprowadzona na polecenie Jagiełły nie polegała na próbie zamalowania blizn, lecz przeciwnie: podczas podjętych wówczas prac nie zamalowano, lecz domalowano krwawe szramy, które zostały wtórnie wyryte w zaprawie (…) i opracowane malarsko tak, by imitować blizny na skórze. Tym samym nie mogą być pozostałością po zwykle brutalnej i gwałtownej, dokonywanej z siłą akcji obrazoburczej – jak pisała jedna z badaczek.

Napadli polscy rabusie, a nie czescy kacerze

Negując kronikarski i legendarny przekaz, uczeni zaufali jednak innym słowom tegoż samego kronikarza, Jana Długosza. Otóż dość jednoznacznie i wbrew późniejszej legendzie stwierdził on, że przez długi czas uważano, że tego występku dopuścili się czescy heretycy, wskutek czego zarówno król Władysław, jak panowie polscy zamierzali wszcząć wojnę z Czechami. Na szczęście jednak do wojny nie doszło, bowiem po zbadaniu sprawy i dojściu do prawdy wyszło na jaw, iż rzekomi husyci to pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi, z której to przyczyny postanowili obrabować jasnogórskie sanktuarium, dobrawszy sobie rabusiów z Czech, Moraw i Śląska. Byli to Jakub Nadobny z Rogowa i Jan Kuropatwa z Łańcuchowa, a wraz z nimi ruski awanturnik, książę Fedko Ostrogski.

Wszyscy oni – pisze Długosz – chcieli się obłowić złotem i perłami, które przystrajały wizerunek Matki Bożej. Potraktowali zaś obraz aż tak brutalnie dlatego tylko, żeby na podstawie tak okrutnych i niegodziwych czynów wzięto ich nie za Polaków, ale za Czechów. W końcu zostali jednak rozpoznani, pochwyceni i uwięzieni w Krakowie. Nadto wszyscy uczestnicy napaści mieli doznać Bożej kary, ginąc wkrótce potem gwałtowną śmiercią.

PRL-owskie wybielanie husytów

W latach powojennych, za komuny, husycką rewolucję promowano jako postępowy ruch społeczny. Dlatego też wypadało oficjalnie pochwalać ich obrazoburcze czyny. Zarazem wiadomo było, że trudno będzie przekonać Polaków do zachwytu nad obrazoburczym atakiem na Jasną Górę. W rezultacie więc doszło w naszej historiografii – przy wykorzystaniu opowieści Długosza – do zdjęcia odpowiedzialności z czeskich husytów za wypadek częstochowski. Zresztą sprawa wydawała się akurat dość przekonująca. W czasie napadu król Jagiełło przyjmował bowiem w Kaliszu poselstwo… husytów i to w sprawie wspólnej wyprawy przeciwko Krzyżakom. Czyż mogliby jednocześnie napadać na polską Częstochowę? Uznano więc, iż rzekomy napad był tylko zuchwałą, antyhusycką prowokacją (najlepiej katolicką), która miała za cel uniemożliwić walkę sił postępu z odwiecznym wrogiem Polski. Ewentualnie mogło chodzić o zwykłą kradzież z użyciem siły.

No, może troszkę tu koloryzuję, ale w sumie na to wychodzi, że cała ta historia o napadzie husytów i porąbaniu obrazu miała być bujdą na resorach spreparowaną przez średniowieczną, katolicką propagandę.

A jednak…

Tymczasem… trzymam w ręku książkę Częstochowska Hodegetria pióra wieloletniego konserwatora jasnogórskiego obrazu, profesora Wojciecha Kurpika, równolegle zaś czytam źródłowy artykuł profesora Jerzego Sperki Nieznane fakty dotyczące napadu na klasztor paulinów w Częstochowie w 1430 roku (oba ukazały się przed dobrą dekadą). I co? To, co można było – jednak bez żadnej pewności – podejrzewać, a co się dowodnie okazało dopiero dzięki szczegółowym badaniom obu specjalistów. Profesor Sperka dotarł bowiem do nowych dokumentów z epoki, a profesor Kurpik w ciągu ostatnich dziesięcioleci przeprowadził szereg szczegółowych badań jasnogórskiego obrazu, znacznie kompletniejszych niż poprzednie.

W rezultacie sprawa wygląda, jak następuje. Długosz napisał prawdę, tyle że troszkę zmienił, jak to się mówi, akcenty. Bo istotnie: trzech młodych polskich rycerzy (a nie dwóch – w źródłach znalazł się jeszcze jeden) wzięło udział w napadzie na klasztor. Siłą główną byli jednak niewątpliwie husyci, którym przewodził książę Fedko Ostrogski, skądinąd jeden z dowódców husyckiej armii, o czym kronikarz „zapomniał” powiedzieć (mimo że skład osobowy napastników podał uczciwie i Fedka wymienił). Polacy zostali pociągnięci do odpowiedzialności i odsiedzieli po parę miesięcy w wieży. Przynajmniej jeden z nich zginął rok potem w bitwie z Tatarami (pozostali zrobili spore kariery dworskie i wojskowe). Natomiast Fedko żadnej odpowiedzialności nie poniósł. Widocznie sprawę zakończono polubownie: król polski pragnął pozyskać sojuszników w walce z Zakonem Krzyżackim, a główne dowództwo husytów wyparło się udziału w napadzie – zapewne wybryk oddziału Fedka potraktowano jako jego „prywatną inicjatywę”…

W tym punkcie, przyznajmy, tradycja okazała się prawdziwa, za to relacja kronikarza – lekko manipulatorska.

Po drugie, profesor Kurpik, podczas swojej wieloletniej pracy nad konserwacją obrazu, którą prowadził przy pomocy coraz nowocześniejszych metod, stwierdził, że blizny na obliczu Madonny nie zostały wcale namalowane (jak sądzono wcześniej), a jedynie… podmalowane. Są to autentyczne ślady cięć, które średniowieczny malarz-renowator obrazu zachował na pamiątkę tragicznego wydarzenia. Co ważne, oprócz podmalowanych blizn znalazł na powierzchni obrazu znacznie więcej innych „ran”, które jednak zostały pieczołowicie naprawione. Wszystko wskazuje na to, że podczas napadu obraz został z dużą siłą rzucony obliczem na ziemię i wleczony po niej, zarazem zaś rozpadł się na trzy części. Dokładnie tak, jak podawała legenda!

Nie jest natomiast prawdą, że uszkodzeń dokonano przy pomocy miecza (czy, według późniejszej wersji, szpady). Obrazoburca użył mianowicie noża, którym ranił oblicze i podważał umieszczone na obrazie ozdoby. Ale w tej pomyłce nie było kłamstwa. Po prostu polski przekład Długosza, mówiący, że napastnicy przebijają w poprzek mieczem twarz obrazu i łamią ramy, zrozumiano tak niegdyś, jak i całkiem niedawno, mylnie. W oryginale relacja jest bardziej ogólna, stwierdza mianowicie, że oblicze wizerunku na krzyż ostrzem pocięli, co dokładnie (!) odpowiada krzyżującym się na obliczu Matki Bożej czterem cięciom: dwóm dłuższym i dwóm krótszym.

Profesor Kurpik, doświadczony konserwator, w ciągu swojej zawodowej kariery miał do czynienia między innymi z ikonami beskidzkich cerkwi, które podczas wojny i po wojnie niszczono i bezczeszczono. Trafiały do jego rąk święte obrazy pocięte z niewiary i nienawiści. I świadczy on: taki właśnie charakter mają uszkodzenia odkryte na obrazie Jasnogórskiej Bogarodzicy:

Tego rodzaju przejawom agresji wobec wizerunków towarzyszyła na ogół innowiercza zapalczywość lub ideologiczna wrogość (…) Barbarzyństwo ma w takich wypadkach skalę nieograniczoną, (…) wyrażającą pogardę i lekceważenie.

husyci, nikt inny

A zatem szereg wcześniejszych hipotez – wynikających z erudycji badaczy, nieźle podbudowanych źródłowo, logicznych i uczonych – legł w gruzach. Zasadnicze jądro tradycji okazało się prawdziwe: napadu dokonali husyci, oni też pocięli obraz w zamiarze jego zbezczeszczenia, a blizny są rzeczywistym śladem ich agresji. I tylko drugorzędne, rzekłbym „ornamentalne” szczegóły jasnogórskiej opowieści są efektem pobożnej, „legendarnej” plotki.

Wielce to pouczające.

Jacek Kowalski
/Pch24.pl/

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »