Press "Enter" to skip to content

Tomasz Rowiński: Turbopapiestwo superbohaterów

Za nami chyba najspokojniejsza rocznica wyboru Jorge Mario Bergoglio na Papieża. Adhortacja „Querida Amazonia” zdecydowanie ostudziła emocje, które zostały napompowane w czasie ostatniego synodu. Zresztą ta gorąca atmosfera była tylko kulminacją gorączki, która towarzyszy życiu Kościoła od chwili, gdy Franciszek przywitał wszystkich wiernych swoim pierwszym „Buona sera”. Najważniejszym elementem adhortacji apostolskiej jest to, że Papież nie otworzył nią drzwi dla święcenia żonatych mężczyzn, tak zwanych viri probati, a także, że odrzucił propozycję, by kobiety mogły być diakonami, co wcześniej pojawiło się w dokumencie końcowym synodu amazońskiego. Jeśli zna się dynamikę działania współczesnych ruchów politycznych byłby to tylko pierwsze kroki ku dalszym zmianom.

Po wydarzeniu jakim było ogłoszenia adhortacji zaległa swoista cisza. Franciszek okazał się dla zwolenników zmian i rozmontowywania katolickiego nauczania – a także szerzej, integralności tradycji – kolejnym papieżem rozczarowania. Lider organizacji reprezentującej w Niemczech katolików świeckich, Komitetu Centralnego Katolików Niemieckich oskarżył Papieża o brak odwagi i niesłuchanie Ducha Świętego. Mimo tego, że sama adhortacja „Querida Amazonia” ma dziwną marzycielską formułę oraz że część treści jest jednak dyskusyjna zaobserwowaliśmy jednocześnie niezwykłe zjawisko w postaci owoców działania charyzmatu Piotra. Charyzmatu polegającego na potwierdzaniu prawd wiary i tradycji. Na dziś charyzmat ten przyniósł Kościołowi nieco pokoju widocznego choćby właśnie w zmniejszeniu napięcia i emocji. Można odnieść wrażenie, że sama ta obserwowalna dynamika zdarzeń podsuwa Kościołowi przeczucie, że zadania Piotra nie są ofensywne jak zdążyliśmy się przyzwyczaić w ostatnich dziesięcioleciach, a może nawet dwóch stuleciach.

Ta chwila wytchnienia to dobry moment by powrócić do dyskusji o papiestwie i jego problemach, właśnie teraz, gdy Franciszek jak się zdaje znalazł się we własnym „momencie Pawła VI”.

Momentem Pawła VI” była rzecz jasna, ponad pięćdziesiąt lat temu, publikacja encykliki „Humanae vitae”, która stała się bardzo bolesnym dla samego Papieża gestem sprzeciwu wobec kościelnego establishmentu domagającego się przeformułowania katolickiej etyki życia małżeńskiego.

Teraz, gdy Franciszek wykonał gest, który może się podobać nawet katolikom tradycji – omówienie „Querida Amazonia” pióra bp Schneidera daje w gruncie rzeczy bardzo pozytywną ocenę – trzeba tym bardziej zauważyć, że problemy papiestwa są nabrzmiałe i powodują kolejne, i kolejne kłopoty. Progresiści przez dziesięciolecia podważali autorytet papieski uważając, że jest to metoda na radykalne korekty w życiu katolickim. Kiedy jednak udało im się przeforsować kandydaturę, przynajmniej w jakimś stopniu, odpowiadającą ich upodobaniom, nagle stali się „modernistycznymi ultramontanami”. Moim zdaniem to poważne oskarżenie ich intencji dość dobrze pokazują czy są oni przyjaciółmi Kościoła, czy też rozmaitych ideologii, które są dla nich właściwym punktem odniesienia. Katolicy tradycji powinni jednak pozostawać wierni intelektualnej uczciwości a przede wszystkim poszukiwaniu katolickiej prawdy. 

Sytuację papiestwa, ale i naszą sytuację trafnie na łamach „Christianitas” uchwycił Filip Łajszczak w artykule „Ukryty sens pontyfikatu Franciszka”

Dawni dysydenci stali się nowymi ultramontanami, a dawni ultramontanie przekształcili się w nowych dysydentów. Dalej jednak i jedni, i drudzy biorą udział w tej samej grze w zachwyt silnym, globalnym, wszechobecnym papiestwem, papiestwem, od którego spodziewa się i wymaga wielkiego osobistego zaangażowania, gestów mocnych i medialnych. Publicystycznie możemy nazwać je „turbopapiestwem”, dalece wykraczającym poza normy opisane w konstytucji soborowej Pastor Aeternus”.

W wywiadzie jaki przeprowadziłem dla „Christianitas” zaraz po wyborze Franciszka z dominikaninem o. Pawłem Krupą OP, mój rozmówca zwrócił uwagę, że zrobiliśmy, jako katolicy z Papieży swoich „superbohaterów” życia duchowego. Skąd to się wzięło? Odnajdziemy w tym procesie inflacji znaczenia papieży dynamikę, którą urzędowi temu nadał Joseph de Maistre w swoim niezwykle wpływowym dziele „O papieżu”. W dziele tym rola następcy Piotra została wyraźnie przedstawiona niczym echo politycznych absolutyzmów integrujących organizmy państwowe w dobie oświecenia. De Maistre diagnozując upadek starego świata po rewolucji – implicite – zauważył, że Kościół także potrzebuje swoistego absolutyzmu. Miało to służyć wzmocnieniu wewnętrznemu a także zachowaniu jakiegoś rodzaj politycznego wpływu na świat, którzy ostatecznie przestał być instytucjonalnie światem kościelnym i katolickim. Choć praca de Maistra jest bardzo francuska w duchu i podejściu – jest np. polemiką z niechętnymi Rzymowi nurtami francuskiego katolicyzmu – to w uformowała ona powszechny ruch ultramontanistyczny, który zwyciężył w XIX wieku w sporach o wizję i formułę Kościoła. Zatem nie tylko Pastor Aeternus kształtuje nowoczesny Kościół, ale również pewna wizja polityczna (metapolityczna?) sabaudzkiego myśliciela. Samo w sobie nie było to złe, ale wskazuje nam, że być może w tym co przyjmowaliśmy w nowoczesnym papiestwie jako oczywiste, kryją się jednak elementy przemijalne. Kreacyjną rolę książki „O Papieżu” – a także jej profetyczność – pokazuje nam historyczna okoliczność, jaką była zupełna słabość polityczna papiestwa jego czasu. A mimo to de Maistre postawił na papieża i przyczynił się do jego politycznego zwycięstwa. Czy jednak ten sukces polityczny nie stał się przeszkodą dla Kościoła? 

Postawmy zatem pytanie czy model papiestwa jaki zaproponował de Maistre jest jedynym ortodoksyjnym sposobem rozumienia roli papieża w Kościele. Czy może właśnie dotarliśmy do granic tego modelu, ponieważ wynosząc wysoko polityczną i integracyjną rolę papieża w XIX i pierwszej połowie XX wieku, ugiął się on przez postępową i wewnętrzną reakcja Kościoła niemieckiego i tego ruchu, który w czasach Soboru Watykańskiego II nazwano sojuszem reńskim. Kolejnym krokiem tego kryzysu był społecznie skuteczny bunt pontyfikatów po publikacji „Humanae vitae”. jak się okazało w roku 1970 już tylko krok dzielił Kościół od kolejnego niebezpieczeństwa. 

Przywołajmy raz jeszcze tekst Filipa Łajszczaka:

Uświadomienie sobie ograniczeń obecnego sposobu funkcjonowania Papieży w świecie jest dla wielu trudne, bo wymaga przełamania pewnego ustalonego sposobu myślenia. Jak dotąd wzrost papieskiej aktywności oznaczał najczęściej poparcie dla postulatów uważanych za konserwatywne. Gdy Papież wykraczał poza granice bycia strażnikiem, wybierał się zwykle w kierunkach dogodnych dla umownej kościelnej prawicy. Nawet aktywizm liturgiczny, zapoczątkowany przez reformy Brewiarza Piusa X, a zwieńczony opublikowaniem nowych ksiąg po Soborze, nie przyniósł wystarczającej refleksji na ten temat”.

Z kolei kard. Joseph Ratzinger w Duchu liturgii wydanym w 2000 roku pisał:

Na Zachodzie dodatkowym czynnikiem było to, że papież mocą autorytetu Piotrowego coraz częściej wchodził w rolę liturgicznego prawodawcy, co w rezultacie stworzyło podstawę prawną do daleko idącego przekształcania liturgii. Im bardziej umacniał się prymat Piotrowy, tym bardziej oczywiste powinno było stać się pytanie o zakres i granicę tego pełnomocnictwa, jakkolwiek nad pytaniem tym nigdy się nie zastanawiano. Po Soborze Watykańskim II powstało wrażenie, że w sprawach liturgii papież może właściwie wszystko, szczególnie jeśli działa w imieniu soboru powszechnego. Ostatecznie w świadomości Zachodu idea odgórności liturgii, która nie jest podatna na dowolne jej robienie, w dużym stopniu zanikła. W rzeczywistości jednak Sobór Watykański I bynajmniej nie definiował papieża jako absolutnego monarchy, lecz wprost przeciwnie ‒ jako gwaranta posłuszeństwa wobec posłanego Słowa. Pełnomocnictwo papieża związane jest tradycją wiary, a to obowiązuje także w zakresie liturgii”.

Reforma liturgiczna – jak już zobaczyliśmy – była jednym z serii ważnych ostrzeżeń, które przez większość Kościoła ogarniętego ultramontańskim entuzjazmem, nie została zauważona. Papież jednym aktem zanegował trwająca w ciągłości tradycję, w jego imię starano się przekonać Kościół, że dawna liturgia jest wręcz zakazana. W praktyce Papież okazał się ważniejszy od Tradycji. Na półanegdotyczne zawołanie Piusa IX „Tradycja to ja” ucieleśniało się coraz bardziej, ale w rozumieniu, w którym wola papieża tradycję zastępowała. Podobnie stałoby się, gdyby Paweł VI uległ presji w sprawie antykoncepcji. Krok po kroku – można powiedzieć – Kościół zbliżał się do momentu, w którym Papieżem zostanie ktoś, dla którego formacji i przekonań decydujące znaczenie będzie miał „modernistyczny ultramontanizm”, a nie tradycja. To wcale niekoniecznie jest jeszcze Franciszek, który – jak Paweł VI – wydaje się, że właśnie się zatrzymał w popieraniu zmian i pozwolił katolikom na chwilę odetchnąć z ulgą. Niebezpieczeństwo jednak nie minęło. Po Franciszku może przyjść kolejny pontyfikat, który znów – jak Amoris Laetitia – uchyli kolejną furtkę, będącą zaprzeczeniem słów Jezusa z Ewangelii, ale zatrzyma się przed kolejną zmianą. Gotowanie żaby będzie trwało, a Kościół z coraz większym trudem będzie rozpoznawał swoją twarz.

Lekcja jaką otrzymujemy dziś jest taka, że pozytywy wynikające z opublikowania „Querida Amazonia” nie powinny stać się dla nas powodem do prężenia katolickich muskułów, ani też zbytniego odprężenia. Kiedy Papież Benedykt XVI przywracał względnie normalne funkcjonowanie starej liturgii w Kościele spotykał się z niezrozumieniem ze strony „konserwatystów”. Mówiono, że to słabość, a papież powinien przeprowadzić kontrrewolucję. To wręcz modelowa reakcja w duchu katolicyzmu, którego typ działania zaproponował de Maistre. Papież jest w nim typem lidera politycznego, panem ponad tradycją i włada nią niczym przywódca ideologią partyjną czy państwową, która dopasowuje się płynnie do epoki, w której funkcjonuje. Ostatecznie taki absolutyzm zaczyna się sprowadzać do subiektywizmu rządzącego. Kiedy prawo kanoniczne mówi o Papieżu jako o „najwyższym prawodawcy”, z pewnością nie traktuje go jako osoby stojącej ponad czy na równi z Chrystusem. 

Benedykt XVI zatem swoją ostrożnością próbował tradycję potraktować poważnie i dokonać korekty sposobów papieskiej aktywności. Chciał przywrócić należną sprawiedliwość dawnej liturgii – nad czym pracowano już za pontyfikatu Jana Pawła II – a także przesunąć papieskie działanie z nieustannego podejmowania inicjatywy na umacnianie w wierze i wsłuchiwanie się w głos Kościoła. Ostatnie dziesięciolecia to narastająca atmosfera wrażenia, że życie kościelne zależy od inicjatyw papieża, a nie od Bożych obietnic. Tak podtrzymuje się niekoniecznie rozumny entuzjazm, ale nie ducha. Benedykt XVI uznał, że potrzebne jest bardziej przyjmowanie i osądzanie głosów, które przychodziły ze strony Ludu Bożego, tak jak to opisał choćby w eseju „Nowe porywy Ducha”. Do tego typu działań należało choćby przyjęcie do jedności katolickiej anglo-katolików. Dzięki swojej zdolności do wycofania z tendencji narzucania nieustannie tonu, tak jakby inicjatywa polityczna była sprawą pierwszą, papież potrafił znaleźć rozwiązanie, które ominęło zarówno ideologię ekumeniczną jak i pokusę twardego, również ideologicznego traktowania „integralności katolickiej”. Zachowano to, co najważniejsze – przywrócono jedność w prawdzie nauki katolickiej. Utrzymano tradycje liturgiczne anglikanów, a to co wymagało korekty skorygowano. Można przecież było w ramach papieskiej wszechwładzy przymuszać anglikanów do novus ordo misse lub przekonywać, że w ogóle nie ma potrzebny na pojednanie z Rzymem. Gdy dziś mówi się np. o „przyjmowaniu” aktywnych homoseksualistów w parafiach, nie ma to nic wspólnego z duchem papiestwa jedności, ale jest kolejnym przejawem papiestwa politycznego, papiestwa woli mocy, które rodzi podziały, a nie jedność. Sukcesem papiestwa politycznego jest władza, czyli przytrzymanie w Kościele jak największej liczby osób niezależnie od ich wiary. Przykładem Kościoła politycznego jest episkopat niemiecki. Na tym też polega prawdziwa kościelna pokusa władzy – oddać wiarę za zasięgi.

Jak widzimy jest zatem jeszcze jeden paradoksalny wpływ książki de Maistre’a i ultramontanizmu – kiedy progresiści dążą do zmiany doktryny Kościoła w rzeczywistości wpisują się w ten plan, w którym forma polityczna katolicyzmu, zachowanie wpływu na jak najszersze masy niekoniecznie wiernych katolików, staje się ważniejsza od prawdy zbawienia. Dlatego – żeby była jasność – postulat bardziej defensywnej roli papieża, oznacza także przyjęcie na nowo – choć może w formie umiarkowanej – roli interwencyjnej wobec biskupów i teologów głoszących niekatolickie tezy.   

Wróćmy do Papieża Franciszka. Ten pontyfikat nie jest wypadkiem przy pracy, nie jest tylko zmową złych modernistów, ale wynika z pewnego modelu interpretacji roli papieża, którą Kościół przyjął po rewolucji francuskiej. Wynika on także z dynamiki poprzednich pontyfikatów, a także oczekiwań nas katolików wobec papieży. Zatem to my sami – do pewnego przynajmniej stopnia – ponosimy odpowiedzialność za kryzys. Jednocześnie pojawienie się świadomości potrzeby przemyślenia roli papieża – przy zachowaniu wierności wobec konstytucji Pastor aeternus – jest ważnym sygnałem pozytywnym. Podobnie jak zmiana języka jaki pojawił się w publicystyce katolickiej wobec tego pontyfikatu. Wreszcie zauważalny jest brak obawy by mówić o realnych sporach w Kościele i o wewnątrzkościelnej polityce. To, że progresiści chcieliby zmienić z pomocą Franciszka „wszystko” dobitnie pokazuje, że oni sami są niewolnikami ideologicznej struktury myślenia (choć w swoim czasie cennej) danej przez de Maistra. Choć wypełniają ją inną treścią, która zdaje się prezentować większe szanse na „nowy integryzm”, którego przedsmak mieliśmy w kościelnej agresji wobec tradycji. 

Kościołowi potrzebne jest przywrócenie myślenia z perspektywy tradycji, a tę znajdziemy przez powrót do dawnej liturgii, do Ewangelii, Ojców i Doktorów, życia monastycznego, a nie przez dostosowanie do świata z pomocą politycznej władzy. Choćby to była władza Papieża. Rzeczywiste oddziaływanie Papieża będzie znacznie bardzo owocne, gdy będzie on głosił rzeczy zawsze nowe niż modne a stare od nowości.

Jaka zatem będzie forma polityczna Kościoła, jeśli Papież przestanie udawać aktywizm Pawła, ale pozostanie sobą, czyli Piotrem? Jakaś forma, także polityczna, jest potrzeba, bez wątpienia. Nie mam wątpliwości, że trwający kryzys, jak każdy dotychczas pojawiający się w Kościele pomoże ją wypracować. Być może zresztą to sama ortodoksyjna wiara, ta sama zarówno w czasach św. Benedykta, jak i św. Jana Pawła II czy Franciszka jest wystarczającą formą publicznej egzystencji Kościoła. Ona przetrwa, ponieważ ostatecznie w Kościele w inne rzeczy nie ma sensu wierzyć. Jednak by tę wiarę odkryć potrzebny jest pokój, który zgodnie z misją daną mu przez Pana, może dać Kościołowi Piotr naszych czasów, czyli papież. Jednak by tak się stało on sam musi najpierw odnaleźć pokój własnego charyzmatu.

Tomasz Rowiński

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »