Press "Enter" to skip to content

Tradycjonaliści w Nowej Ewangelizacji?

Każda forma działalności apostolskiej w Kościele ma służyć ostatecznie zbawieniu dusz, które jest najwyższym prawem Kościoła. By zrealizować ten cel różnego rodzaju ruchy, wspólnoty, stowarzyszenia czy grupy wiernych podejmują się posługi według różnych charyzmatów, które uzdalniają je do realizowania tego pierwotnego i najwyższego zadania. To, co jednak uzdalnia, często bywa również pułapką, obiektem bałwochwalstwa, zatrzymaniem się na środku, jakby on był celem.

Nie inaczej jest z ruchem skupionym wokół Mszy łacińskiej czy szerzej tzw. ruchem Tradycji katolickiej. Wobec szeroko indukowanej od ostatniego Soboru amnezji liturgicznej i teologicznej, ruch ten wziął na siebie odpowiedzialność za zachowanie i pielęgnowanie pięknej, klasycznej liturgii rzymskiej, jak również za strzeżenie bogactw, które zebrane zostały w skarbcu nauki katolickiej w ostatnich wiekach, z wielką nieufnością podchodząc do chaotycznie wprowadzanych w Kościele zmian. To głównie świeccy wierni podjęli walkę o zachowanie dziedzictwa, które miało ulec zapomnieniu lub wręcz zniszczeniu rzekomo w myśl soborowej odnowy. W ten sposób tradycjonaliści odpowiedzieli, niczym w ironicznym ruchu Ducha Świętego, na wezwanie, jakie Sobór skierował wobec laikatu, do głębszego zaangażowania w los Ewangelii w świecie.

Jak w przypadku innych ruchów, i ruch Tradycji podatny jest na szczególne zagrożenia, chociaż czasami w swej istocie nie tak różne od problemów innych wspólnot. Gdy Sobór i kolejni papieże wzywali świeckich do podjęcia swojego chrzcielnego powołania, być może nie zdawali sobie sprawy z otchłani klerykalizmu, z jaką świeckim przyjdzie się zmierzyć. Nie chodzi tutaj jednak o jakiś katolicki odpowiednik marksistowskiej walki klas, gdzie lud, tym razem Boży, musi zrzucić z siebie jarzmo duchownych warstw ciemiężących. To byłby obraz po prostu niechrześcijański i nie ma się nad nim co zatrzymywać. Klerykalizm jednak istnieje. Jest nim przekonanie, że najwyższą formą bycia chrześcijaninem jest bycie jak najbardziej i jak najbardziej bezpośrednio zaangażowanym w sprawowanie Najświętszej Ofiary. To dlatego w jednych zakątkach Kościoła za wszelką cenę forsuje się włączenie świeckich w obowiązki i przywileje kapłańskie. Od przyjmowania Komunii Świętej na rękę (a zatem samo-komunikowania), przez dopuszczanie ministrantek, zwyczajność tzw. nadzwyczajnych szafarzy aż po próby “koncelebracji” czy wręcz “celebracji” przez świeckich Eucharystii przy ołtarzu. Chociaż stopnie są różne, jest to ten sam rodzaj aberracji, która polega na uklerykalnieniu świeckich. I świeccy dążący do takiego włączenia w sprawowanie najwyższej formy kultu chrześcijańskiego, i kapłani na to zezwalający dzielą ten sam mylny pogląd, że świeccy są upośledzonymi chrześcijanami, dopóki nie staną się osobami quasi-duchownymi.

Nie raz można spotkać tradycjonalistów, których opisane przed chwilą zjawiska doprowadzają do szewskiej pasji, jako że postrzegają je jako nadużycia wobec ustalonego przez Boga i Kościół porządku, który ma chronić to, co najświętsze i najcenniejsze. Kolejną wielką ironią jest jednak to, że również wielu z nich tkwi w subtelnej formie takiego mentalnego klerykalizmu. Można zrozumieć, skąd się ona wzięła, zważywszy na skalę kryzysu, z którym przyszło im się zmierzyć, ale wskazać okoliczności powstania nie oznacza jeszcze usprawiedliwić. Wielu tradycjonalistów, podobnie jak świeccy z innych wspólnot, zafiksowanych jest na zaangażowaniu w życie liturgiczne. Chorobliwe formy tego zaangażowania sprawiają, że obsesjonują oni na punkcie liturgicznej ortopraksji, dążą gorliwie do ministrantury, by osobiście dbać o każdy szczegół liturgii do tego stopnia, że kapłani, na których odpowiedzialność za liturgię de iure spoczywa, są wypychani ze swego stanowiska przez świeckich, którzy pozjadali może nie wszystkie rozumy, ale część książek o historii liturgiki. Mszalna gorączka ma jednak tutaj więcej wymiarów, niż kwestia celebracji. Również sprawa śpiewu przyciąga osoby, które bardziej zainteresowane są rekonstrukcją pewnej gregoriańskiej utopii, niż poszukiwaniem szczęśliwego złotego środka pomiędzy wzniosłością a autentyczną duszpasterską wrażliwością.

Historyczne przyczyny klerykalizmu tego czy innego środowiska świeckich w Kościele mogą być różne, ale wydaje się, że jeśli chodzi o etiologię w kategoriach chorób duchowych, jest on przejawem tej samej pustki wewnętrznej, która szuka zapełnienia i znajduje ją w postaci tego quasi-klerykalnego substytutu. Ponieważ świeccy, być może zwłaszcza w Polsce, nie rozumieją swojego rzeczywistego powołania, nie zostali do niego wychowani, nie zdobyli niezbędnej do niego dojrzałości, chwytają się rozpaczliwie tego, co podpatrzyli u kapłanów, a co biorą właśnie za istotę swego powołania. Przypomina to człowieka, który usłyszawszy, że musi pielęgnować w sobie cnotę sprawiedliwości, uznał, że potrzebuje teraz ustanowić własny niezależny sąd albo zacząć legalnych sędziów ustawiać po kątach; tymczasem jego rzeczywista odpowiedzialność powinna polegać na umiejętności przyznania się do winy, obrony kogoś niesłusznie odrzucanego przez otoczenie czy wypłacaniu sprawiedliwych wynagrodzeń swoim pracownikom.

Tak właśnie, świeccy – tradycjonaliści czy inni – mają swoje własne powołanie, które tylko oni to mogą spełnić, i które rozgrywa się mocą Ofiary Ołtarza, ale z dala od niego. Liturgia eucharystyczna jest źródłem łaski i szczytem działalności Kościoła – ten strumień łaski mają świeccy zabierać ze sobą do wszystkich sfer życia i rozprowadzać go wśród rodziny, przyjaciół i znajomych w postaci prawdziwej ofiarnej miłości, życia prawdą, formowania świata bez samotności, beznadziei, próżnej i niezaspokajającej konsumpcji, świata w Duchu Chrystusa. I z tych dolin świata, w których świeccy żyją, gdzie jest ich właściwe miejsce i do których spływa strumień eucharystycznej łaski, mogą oni zabierać kolejnych nowych braci na szczyt Góry Pańskiej, by uczestniczyć w życiodajnej Ofierze.

Innymi słowy, zasadniczym zadaniem świeckich jest pogłębianie swojego życia duchowego i apostolstwo, apostolstwo zaś nie jest formą duchowego marketingu, ale misją zawsze skutkującą wspólnotą. Jest to zadanie wszystkich świeckich, wszystkich grup i stowarzyszeń w Kościele i jest to również zadanie ruchu Tradycji. I od tego zależy dobro i powodzenie tego ruchu, ponieważ błogosławieństwo Boże spoczywa nie na tych, którzy czynią coś, co wydaje im się dobre, ale na człowieku wypełniającym swoją naturę i powołanie. Liturgia przy całej jej znakomitości może stać się kolejnym bałwanem, jeśli w życiu świeckich będzie zajmować niewłaściwe względem ich powołania miejsce.

To, co piszę nie jest oczywiście wielce odkrywcze. O zadaniach świeckich papieże nauczają niestrudzenie od co najmniej stu lat. Wobec swoistej marginalizacji w Kościele, tradycjonaliści mogą odczuwać pokusę obojętności na to do czego Kościół ich wzywa; może im się zdawać, że Kościół nie mówi tego, do nich, że ich to nie dotyczy, że jest to zagadnienie specyficzne dla grup i wspólnot silnie identyfikujących się z tzw. posoborową odnową. Tak jednak nie jest. Jestem przekonany, że owocność, a zatem i przyszłość ruchu Tradycji, ściśle zależy właśnie od tej kwestii – czy tradycjonaliści zamienią się we wspólnotę życia duchowego w świecie, nie tylko dbającą o piękno liturgii, ale przede wszystkim głoszącą Ewangelię we wszystkich zakątkach osobistego życia. Porywającą innych wizją Bożego synostwa, które Chrystus ofiaruje za nas w Najświętszej Ofierze i które ofiaruje nam, wszystkim ochrzczonym, byśmy byli Jego wcieleniem w świecie.

Kamil Mańka

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »