Press "Enter" to skip to content

Grzegorz Kucharczyk: Najsłabsze ogniwo czyli Skała

Przecież mogło być gorzej” – w ten sposób mniej więcej od pięćdziesięciu lat, a szczególnie od lat siedmiu można spoglądać na sposób sprawowania Urzędu Następcy św. Piotra przez kolejnych Biskupów Rzymu. Chodzi więc o uczucie ulgi, tak jak w przypadku encykliki „Humanae vitae” (1968) czy niedawnej adhortacji „Querida Amazonia”. Mogło być przecież znacznie gorzej, ale jednak Paweł VI podtrzymał odwieczne nauczanie Kościoła o niemoralności antykoncepcji, a papież Franciszek podtrzymał nauczanie tylu swoich poprzedników wskazujących na wartość celibatu kapłańskiego, daleko przewyższającą kwestie tzw. dyscyplinarne.

Kolejne wielkie encykliki Jana Pawła II („Veritatis splendor” z 1993, „Evangelium vitae” z 1995, „Fides et ratio” z 1998, czy ostatnia – „Ecclesia de Eucharistia” z 2003 roku) z pewnością nie niosły ze sobą li tylko uczucia odprężenia. Zupełnie inną kwestią jest to, co stało się z ich recepcją. Nie myślę tylko o latach obecnego pontyfikatu, gdy zostały obłożone karą zamilczenia, ale o ich ignorowaniu jeszcze za życia ich autora. Wystarczy zadać retoryczne pytanie pod adresem biskupów (także polskich), do których adresowana była „Fides et ratio” co zrobili z wezwaniem papieża do powrotu do filozofii metafizycznej, na której można budować dopiero zdrową teologię, w jednym i drugim wypadku w oparciu o wciąż aktualne dziedzictwo myśli św. Tomasza z Akwinu? Czy rzeczywiście Doktor Anielski wygrywa (także w polskich seminariach) z Karlem Rahnerem?

A myśmy się spodziewali!” – to zaś w największym skrócie opisuje stan ducha, w którym zostawił piszącego te słowa (i chyba nie tylko jego) nagle i samowolnie przerwany pontyfikat Benedykta XVI. W bezpośredniej reakcji na wiadomość o abdykacji papieża pisałem na tych łamach o „rewolucji Benedykta XVI”. Po siedmiu latach opinię tą podtrzymuję, a o szkodliwości tego kroku papieża z Niemiec tylko dodatkowo przekonuje siedem lat, które nastąpiły po tym wydarzeniu.

Na skutek decyzji Benedykta XVI do już istniejących zagrożeń związanych z błędnym rozumieniem Urzędu Następcy św. Piotra („papolatryczność”, „turbopapiestwo”, „medializacja papiestwa”) doszło kolejne i chyba najbardziej aktualne – funkcjonalizacja tego Urzędu, a tym samym zsekularyzowane postrzeganie Kościoła jako wielkiej międzynarodowej korporacji, która musi być zarządzana przez „generalnego dyrektora wykonawczego”, który jest w pełni sił fizycznych i intelektualnych. Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa schodzi w tej perspektywie zupełnie na dalszy plan. Każda medialna relacja pokazująca spotkanie Franciszka i Benedykta XVI jest wizualizacją rewolucyjnego naruszenia jakiegoś ładu, a termin „papież emeryt” brzmi jak „książę Apostołów – emeryt”.

Niejednokrotnie już była o tym mowa (także na tych łamach), że przechodzimy w ostatnich siedmiu latach przyspieszoną „katechezę” na temat istoty Kościoła i papiestwa. Obecna pandemia może być okazją ku temu, by ta „katecheza” nie tylko była pospieszna, ale i pogłębiona. Pozostając przy temacie papiestwa, chodzi o to, by przypomnieć sobie, co stanowi jego najważniejsze powołanie. To zaś sformułował sam Zbawiciel mówiąc do Kefasa, by „umacniał swoich braci w wierze”. Skała nie musi lśnić i mienić się różnobarwnie jak agat, czy lapis lazuli. „Wystarczy”, że jest i trwa.

Popatrzmy na naszą historię. Kto z nas pamięta imię papieża, który panował na Stolicy Piotrowej, gdy książę Mieszko I przyjmował chrzest? Jak się nazywał papież, któremu nasz pierwszy historyczny władca oddawał pod specjalną ochronę „państwo gnieźnieńskie” ok. 990 roku? Kto pamięta imię papieża (kto nim właściwie był – ten w Rzymie czy ten w Awinionie?), gdy dzięki ślubowi św. Jadwigi z Władysławem Jagiełłą doszło do zawarcia unii polsko – litewskiej, która otworzyła drzwi do chrystianizacji ostatniego pogańskiego kraju w Europie?

Zarówno pod koniec dziesiątego wieku i czterysta lat później Kościół był pogrążony w kryzysie in capita et in membra, a papiestwo było albo zabawką w ręku rzymskich możnowładców (czasy Mieszka I), albo było rozdarte konfliktem między Rzymem a Awinionem (panowanie naszego jedynego świętego króla – Jadwigi, małżonki Jagiełły). Papiestwo było jakby schowane za „tym światem”, ale trwało, bo choć osłabione, było czymś odrębnym od świata. Chociaż Skała była przykryta mętnymi wodami, jednak trwała i była przeszkodą (dla niektórych), oparciem (dla innych).

Jakże nie przypomnieć w tym kontekście i ku pokrzepieniu serc, słów Chestertona: „Kiedy Chrystus w symbolicznej chwili zakładał Swoje wielkie stowarzyszenie, nie wybrał na kamień węgielny ani błyskotliwego Pawła, ani mistyka Jana, ale krętacza, snoba, tchórza – słowem, człowieka. I na tej opoce zbudował Kościół Swój, a bramy piekielne go nie przemogły. Runęły wszystkie królestwa i imperia, bo w niezmiennej wrodzonej słabości były zakładane przez silnych i wspierane przez silnych. Ale Kościół Chrystusowy, jako jedyny, został zbudowany na słabym człowieku, i dlatego nic go nie zniszczy. Każdy łańcuch jest bowiem tak mocny, jak jego najsłabsze ogniwo”.

Grzegorz Kucharczyk

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.