Press "Enter" to skip to content

Powinniśmy zabiegać o jakość – serce samo podpowie, ile chce i może ofiarować

Dlaczego my i faryzeusze dużo pościmy?” – zapytali Jezusa uczniowie Jana Chrzciciela. Zadziwiające pytanie. Często nam ono umyka, przyjmujemy je schematycznie jako kolejne „sprawdzanie” Chrystusa, konfrontacja starego z nowym. Ale ostatnio moją uwagę zwróciło właśnie to zdanie, sposób jego sformułowania. Bo jak to – my, przychodzimy do Pana i pytamy Go „dlaczego to my” coś czynimy. I do tego jeszcze porównujemy się z innymi. Przecież sami powinniśmy wiedzieć, dlaczego coś czynimy. A post to przecież „nie byle co”, to bardzo poważna praktyka. Odpowiedź na to pytanie jest fundamentem postępowania – mieć pełną świadomość znaczenia czynów, podjętych zobowiązań. Czyżby więc to wynikało z jakiegoś znużenia, zwątpienia? Kryzys? Pytanie „dlaczego” i rzetelna odpowiedź na nie, może być bardzo pomocne, budujące i otwierające nas na nowe łaski. Może być przypomnieniem – takiego przypominana sobie wciąż potrzebujemy, aby nie zagubić się we współczesnym mętliku. „Dlaczego” – nieraz jest kamieniem węgielnym wielkich odkryć, jest tym co niepokoi, ku zmotywowaniu do działania, do szukania. Ale to pytanie – źle zadane – może być ciosem, może nas wewnętrznie zniszczyć. Paradoks – jedno pytanie, tyle znaczeń. Uczniowie Jana, pewnie nieświadomie, dają nam ważną lekcję – udają się z tym pytaniem do Jezusa – nawet jeżeli kieruje nimi bunt, pokusa porównywania się, jakiś zarzut, wskazują najwłaściwszy kierunek. Iść zawsze do Pana – choćby właśnie z buntem, ale tylko do Niego. Są także w jakimś sensie bohaterami – stawiają sobie to pytanie i szukają odpowiedzi. Chcą się skonfrontować. Można tylko zapytać się, czy chcą naprawdę usłyszeć odpowiedź?

Często zadajemy sobie to pytanie w obliczu cierpienia, w chwilach, gdy nie widzimy efektów naszych wysiłków. „Dlaczego ja… dlaczego mnie to spotyka… dlaczego ja mam tak postępować, podczas gdy świat idzie inną drogą?…” – odmian tego pytania będzie bez liku. W ludzkim wymiarze odpowiedź nie będzie łatwa, może nawet nie przyjdzie tak szybko. Czy tu, z naszej perspektywy, możliwe jest zrozumienie wszystkiego? Raczej nie. Pozostaje zawierzenie. Czasem myślę, że Jezus upada po raz pierwszy, bo – choć przyjął z całą gorliwością otwartych ramion krzyż i ruszył w drogę – gdzieś zawahał się i spoglądając po wrogich twarzach tych, który odrzucili Jego Ofiarę Miłości, zapytał się – dlaczego Ja to czynię? Wtedy ciężar krzyża stał się zbyt przytłaczający i upadł. Upadamy, gdy zaczynamy rozglądać się dookoła. Ale – na szczęście dla naszego zbawienia – powstaje i podejmuje na nowo wysiłek, pozostaje wierny. Ludzkie nierozumienie nie może nas zatrzymać ani odwrócić do Pana, od Ojca. To pytanie może także działać jak „odświeżacz”. Jak najważniejsze przypomnienie. Pamiętam, kiedy trwając na adoracji w klasztornej kaplicy, patrząc na Pana, pytałam „dlaczego tu jestem?” – i wtedy, choć może nie od razu – to przecież nie automat – przychodził ów „lekki powiew”, który otulał i był nowym tchnieniem życia (zwróćmy uwagę także na pozytywny aspekt tego pytania – pozwala ono nam na rozwój, na podejmowanie świadomych i dobrowolnych decyzji, weryfikujemy intencje – nie jesteśmy bierni – w takim sensie, warto stawać wobec tego pytania). W taką też stronę idzie odpowiedź jaką udzielił pytającym Jezus w owej perykopie. Podczas gdy oni przyszli do Niego, by mówić o praktykach, o formach i zwyczajach – On mówi im o miłości, bo jak inaczej określić porównanie do Pana Młodego? Post jest wyrazem tęsknoty, oczekiwania, uprzątnięcia wnętrza na przybycie Najważniejszego. Ale kiedy On już jest, nastaje czas radości. Czy w nagromadzonych praktykach pobożnościowych – które same w sobie są przecież dobre i potrzebne, zalecane i uświęcone tradycją – jest jeszcze miejsce na obecność Boga i na to, bym tę Obecność dostrzegł? Bo może być tak, że te praktyki zasłonią Istotę, staną się celem samym w sobie, aż w końcu doprowadzą do pychy i duchowej dumy, samozadowolenia. Jeśli chodzi o praktykę postu, to patrząc na przykłady ze Starego Testamentu, często był to wybór między wiernością Prawu i nieskalaniu się a czynem bałwochwalczym; post był nakazany w konkretne dni przez Boga i miał być – właśnie – „dla Pana”. Bóg mówił o abstynencji od wybranych pokarmów. Nowe Przymierze uczyni je czystymi – objawienie, jakie otrzymał św. Piotr – praktyce postu nada nieco inne znaczenie. Ojcowie Kościoła wołać będą: „uświęćcie post” – to znaczy, nie jest on sam w sobie święty, chodzi o intencje, o motywację. Kiedy czegoś sobie odmawiamy, możemy łatwo zaobserwować – z czego jest nam najtrudniej zrezygnować, jak to znosimy; wtedy naszym duchowym oczom ukazuje się wiele prawd, następuje konfrontacja z pytaniem o to, Kto jest dla mnie najważniejszy. Czy tak patrzą na to uczniowie Jana? A faryzeusze? Zobaczmy to porównanie uczniów Jana: „my i faryzeusza… a wy to nie…” – czyli co, uważają się za lepszych i chcą poprawiać innych na swoją modłę? Usłyszmy upomnienie Pana – zachowujecie swoje zwyczaje a odeszliście od Słowo Pana, od Jego Prawa – czyli nawet Boga chcą poprawiać, by nagiął się do ich patrzenia? Przypomina to nieco scenę, gdy na modlitwę przyszedł faryzeusz i celnik. Ten pierwszy nie spotkał Boga, rozmawiał ze swoją duszą, przyglądał się swoim czynom i zaczął oceniać i poniżać innych. Ten drugi – wiedział, że przychodzi do Ojca, wiedział, że jest niedoskonałym synem i bez Miłosierdzia niczego nie uczyni. Dlaczego uczniom Jana trudno było całkiem uwierzyć w Chrystusa? Bo stanowił Nowe. Nie tylko głosił potrzebę nawrócenia, ale zasiadł do stołu z grzesznikami. Jadł, więc nie pościł. Obok surowości i formalizmu postawił miłosierdzie. Posłannictwo św. Jana Chrzciciela – który uczy nas również wierności głoszonej nauce, Bożej prawdzie bez względu na ryzyko ludzkich represji – było niezwykle ważne, co podkreśla sam Jezus, ale to był tylko wstęp, dokonywany jeszcze bardziej po ludzku i w ramach już istniejących w większości struktur. Jezus poszerza niejako znaczenie „nawrócenia”…

Ale przyjdzie czas…” – czy umiemy rozpoznawać właściwy czas z jego znakami? Pomaga nam do tego intuicja Kościoła-Matki, ale i tu wiele rzeczy się zaciera, umyka nam. Jezus nie chciał być opozycją dla uczniów swojego Poprzednika. Ale chciał, by Litera ożyła Bożym Duchem, by ludzie nie tylko „wydeptywali przybytki Pańskie” – by użyć sformułowania proroków – ale nade wszystko, by to Bóg mógł przemierzać ścieżki ich serc. Jeśli w czynionej praktyce nie ma miłości, a jest tylko formalizm i rygoryzm, można się zapytać faktycznie – „dlaczego my to czynimy?” Jest jeszcze jeden fragment, który przychodzi mi teraz do głowy. Ostatni dialog nad jeziorem z Piotrem. Po trzykrotnym wyznaniu „Tak, Panie” i ponownym powołaniu, Apostoł pyta Jezusa – a co będzie z Janem? Pan odpowiada: to nie twoja sprawa, jeśli chcę, by on pozostał, co ci do tego? Może nie jest to idealne podobieństwo, ale dla każdego Bóg ma wyznaczoną drogę, jaki więc sens ma porównywanie i – źle rozumiane – pilnowanie innych? (nie myślę tu o koniecznym nieraz i zalecanym, choćby w Listach Apostolskich, upomnieniu kogoś kto pobłądził). Nie oceniajmy, nie krytykujmy – modlitwa to bardzo osobista sprawa, to wewnętrzne spotkanie z Bogiem. Z jakimi uczuciami przyszli uczniowie Jana? Do tego sprzymierzeni niejako z wrogami Chrystusa? Przedziwne są ludzkie „sojusze”… Oczywiście, pozostają ogólne normy, które obowiązują wszystkich – ale i wobec nich nieustannie musi nam towarzyszyć pytanie o miłość. Bez miłości gubimy się, łatwo wówczas stracić poczucie sensu, a wtedy pytanie „po co” staje się nawet konieczne.

Naśladowcy św. Jana Chrzciciela zaznaczają: my dużo pościmy. Co to znaczy – dużo? Czy miłość prowadzi księgi obrachunkowe, wylicza i mierzy swoje dary? Skoro zauważyli, że „dużo poszczą”, to być może znaczy, że adorowali swój post, nie jego cel. Miłość to dar bezwarunkowy i dobrowolny. Pan Jezus mówi o odejściu Oblubieńca. Znamy to chyba z życia „przyziemnego”. Kiedy kogoś nie ma, ktoś nas opuszcza, nasze myśli mu towarzyszą, zastanawiamy się, co u tej osoby słychać, jak ona się miewa, co się dzieje; codzienność przybiera szarą suknię tęsknoty, jedzenie, prozaiczność schodzi na drugi plan. Oto post serca. Oczekiwanie. A ja? Czy jeszcze umiem tęsknić za Bogiem? Wspólnotowo czynimy to w szczególnym okresie Wielkiego Postu, by także w ten sposób towarzyszyć Panu w Jego Męce, poprzez osobiste umartwienie być w Nim w tym zbawczym cierpieniu Miłości. Ale są też takie bardzo prywatne momenty – oczekiwanie na spełnienie niezwykle ważnej prośby, próba uniesienia ciężaru „milczenia” Boga, chwile, gdy po prostu serce tęskni, czy – właśnie – solidarność w cierpieniu… Opowieść o wdowie, która wrzuciła tylko grosik do świątynnej skarbony pokazuje nam, że nie o ilość chodzi. Czy dużo oznacza dobrze? Nade wszystko powinniśmy zabiegać o jakość – serce samo podpowie ile chce i może ofiarować. Gorzej, kiedy możemy dać Panu całe naręcze kwiatów, a dajemy tylko kilka stokrotek. Podczas Ostatniej Wieczerzy właśnie o tym usłyszą uczniowie – o przykazaniu miłości. Zachowując je, będą trwać w wierności nauce Chrystusa. A bywa, że nieraz okazania życzliwości i gest miłości więcej nas „kosztuje” niż zachowanie postu, wymaga większego przełamanie się, przezwyciężenia „ja” i jego uprzedzeń… Cóż milsze Bożym oczom? Parafrazując – to post jest „dla” człowieka jako forma kształtowania, akt religijnej więzi z Bogiem , nie człowiek dla postu…

s. M. Teresa Pechman od Jezusa Królującego
w Boskiej Eucharystii
(OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.