Press "Enter" to skip to content

Katolik po wyborach

Wiara zakłada męstwo i świadectwo. Wiara musi przekładać się na kulturę. Ucieczki od tego nie ma. Zatem biada się bać, biada być obojętnym. Biada milcząco uznawać demokrację za wszechwładnego i sprawiedliwego bożka. Biada godzić się na kneblowanie wolności słowa na uczelniach. Ale i biada dopuścić do głoszenia dowolnych treści w szkołach. Wreszcie – i po pierwsze – biada nie zadbać o kapłanów Chrystusa.

Spojrzenie na pole bitwy

Wysoka frekwencja w wyborach prezydenckich AD 2020 objawiła zaangażowanie większości Polaków. Obywatele chcą decydować o kształcie państwa. Co było podstawą ich decyzji? Zauważmy, że podczas kampanii oskarżano obu kandydatów o rozmaite przestępstwa. Nie wydaje się, aby te oskarżenia wpłynęły jakoś istotnie na rozkład głosów. Nie wpłynęły też na nie oficjalne programy wyborcze. Większość, jak sądzę, głosowała za lub przeciw zespołowi idei, zjawisk, zagrożeń, które widzieli w tle obu kandydatów. Za decyzjami stał wybór cywilizacyjny.

Niektóre kwestie widziane były przecież podobnie przez obie strony sporu. Zapewne większość uważała, że daje głos za wolnością, przeciwko autorytarnej dyktaturze „jedynie słusznej” ideologii lub „jedynie słusznego” obozu, w obronie konstytucji, praworządności, przeciw złodziejstwu, przekrętom etc. Podkreślam: tak odczuwały obie strony sporu. Przy czym głosujący za Trzaskowskim sądzili w znacznej swej części, że sprzeciwiają się w ten sposób „autorytarnej” władzy PiS, zarazem zaś opowiadają się za modernizacją, „wyjściem z zaścianka” i wprowadzeniem standardów europejskich, a nawet za „prawdziwym chrześcijaństwem”. Głosujący za Dudą w mniemaniu swym bronili Ojczyzny przed ową spodziewaną „modernizacją”, pod którym to hasłem opozycja zapowiadała przekształcenie prawa w sposób, który negowałby dotychczasowe normy (m.in. poprzez uprzywilejowanie ideologii LGBT i Gender). Liczni wyborcy PiS oddali też głos przeciw spodziewanemu rozpływaniu się Polaków w europejskim, wielokulturowym tyglu, przeciw zeświecczeniu, dechrystianizacji i antyklerykalizmowi. Jako chrześcijanie i katolicy.

Pozostaje przecież wielka grupa katolików, którzy zagłosowali na Hołownię, a potem na Trzaskowskiego, oraz grupa wyborców Konfederacji, którzy, choć generalnie wyznają poglądy konserwatywne, w drugiej turze paradoksalnie poparli Trzaskowskiego przeciwko PiS, uważając zapewne, iż rządząca partia nie spełnia pokładanych w niej nadziei. Dlaczego tak się stało, to inna rzecz; ale tak się stało.  

Uważam jednak, że wyborcy prezydenta Dudy mieli rację. Absolutną: opowiedzieli się bowiem realnie za życiem, wiarą, Kościołem (a wcale niekoniecznie za PiSem). Jednocześnie przecież trudno identyfikować wszystkich wyborców Dudy z wierzącymi katolikami; jest wielu, którzy, będąc niewierzącymi, uznają prawo naturalne, zgodne z nauczaniem Kościoła (i vice versa), jest też trochę takich, którym miłe są hasła narodowe, a nie wyznają chrześcijaństwa. Powtórzmy rzecz niby oczywistą, że wierzący katolicy (także duchowni) znajdują się również w obozie przeciwnym (ba, teoretycznie 90 % Polaków to katolicy, ale…). Sądzę, że ci ostatni mylą się głęboko w rozpoznaniu sytuacji, a przede wszystkim w pojmowaniu zobowiązań chrześcijanina i katolika. Zapewne i przede wszystkim mylnie rozumieją pojęcia „miłość bliźniego” i „tolerancja”. Nie moją rzeczą rozpisywać się o tym w tej chwili, to osobny problem.

Przyjąwszy te zastrzeżenia będę pisał poniżej o obowiązkach chrześcijanina i katolika zgodnie z własnym przeświadczeniem w tej sprawie. Przechodzę więc do subiektywnej diagnozy.

Rozpoznanie stanu sił

Obywatele Polski są podzieleni. Prawie połowa skłonna jest oddać państwo w ręce – nie waham się użyć tego słowa – współczesnych, „kulturowych bolszewików”, którzy zamierzają do reszty zniszczyć nadwątlony już mocno autorytet Kościoła hierarchicznego i rozbić wspólnotę wiernych (do tej pory utożsamianą nieomal ze wspólnotą narodową), ustanawiając nową odmianę dyktatury proletariatu – „dyktaturę tęczową”. Pragną też nadwątlić zakorzenienie Polaków w tradycji narodowej i europejskiej. Przez użyte powyżej ostre terminy „kulturowi bolszewicy” i „tęczowa dyktatura” pozwalam sobie określać zjawiska bardziej złożone, nie wchodząc w detale. Jest to oczywiście polemiczne uproszczenie. Ale soit, jak mawiał Napoleon.

Rzecz nie jest nowa. Przez ostatnie trzy dekady „kulturowym bolszewikom” udało się wychować znaczną część młodego pokolenia „po swojemu”, inną zaś część skłonić – w ramach poprawności politycznej – do uznania, że ich postulaty są zgodne z wymogami tolerancji i praw człowieka, ba, z przesłaniem Ewangelii. Ostatnio ich ideologiczne standardy poczynają być oficjalnie respektowane przez uniwersytety. Osiągnęli ten cel, panując nad dyskursem medialnym, ze wsparciem wielkiego biznesu oraz ludzi nauki i kultury wyznających ideologię Gender, którzy są bardziej hałaśliwi i agresywni, niż pozostała część kadry naukowej i artystycznej, niechętnie udzielająca się w debacie publicznej. Medialno-biznesowa władza zaczyna zaś bić po kieszeni osób i instytucji niepokornych i nieposłusznych, wymuszając posłuch. W Europie jest to już chlebem powszednim, u nas dopiero się zaczyna (vide przypadek „Nowej Fantastyki”), ale tempo zjawisk, czego jesteśmy świadkami, zwiększa się z miesiąca na miesiąc.

Kościół hierarchiczny bardzo długo nie doceniał tego zagrożenia, lub dał sobie wmówić, że kwestie wiary można oddzielić od realnego zaangażowania chrześcijan w życie społeczne i polityczne. Teraz nagle dostał się z deszczu pod rynnę. W efekcie jego głos znaczy coraz mniej, a przede wszystkim coraz rzadziej rozbrzmiewa. Wielu hierarchów boi się publicznego linczu w mediach. Obawy niektórych mają, niestety, głębsze przyczyny. Zapuśćmy zasłonę.

Szczęściem od dwóch prawie dekad jesteśmy w Polsce świadkami  odrodzenia świeckich środowisk katolickich. Obok nieporównywalnego z niczym w Europie fenomenu Radia Maryja (które przez dwie dekady ratowało naszą demokrację przed pełną lewacką dyktaturą, miejmy tego świadomość) pojawiły się takie organizacje, jak Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi, Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, Fundacja Świętego Benedykta, czy cała seria nowych i poczytnych, prawicowych i katolickich periodyków – to nie byle co. W tle mamy oba zwycięstwa wyborcze i rządy Prawa i Sprawiedliwości (2005, potem 2015). Okazało się, że katolicy mają głos i mają siłę. To wzmocnienie katolickiego głosu ma jeszcze słabe odzwierciedlenie instytucjonalne, bo w takich dziedzinach, jak kultura i nauka efekty nigdy nie objawiają się od razu. Inna sprawa, że PiS po prostu nie ma jasno zarysowanego programu działań w dziedzinie kultury (i tym bardziej nauki, co potwierdza nieszczęsna reforma szkolnictwa).

Pamiętajmy jednak, że PiS nie jest i nie musi być partią chrześcijańską. Owszem, jest partią, która opowiada się dziś publicznie za wartościami chrześcijańskimi i między innymi z tego tytułu zyskuje większość głosów. PiS wykazuje jednak dużą powściągliwość i duże wyrachowanie, co z politycznego punktu widzenia można zrozumieć. Demografia mówi, że już wkrótce głosy młodych, wyobcowanych z chrześcijaństwa wyborców mogą przeważyć. Co wtedy zrobi PiS ? Czy zmodyfikuje kurs, przedkładając utrzymanie władzy nad wierność wartościom? Jest to co najmniej prawdopodobne.

Co więcej, w przypadku przegranej obecnego obozu rządzącego, wszelkie przyjęte przezeń rozwiązania prawne i wszelkie instytucje publiczne zostaną szybko (i zapewne znacznie bezwzględniej, niż dotąd) wykorzystane przeciwko drugiej stronie sporu, czyli przede wszystkim przeciwko katolikom, jeśli tylko litera zapisu na to pozwoli. A pozwoli, bo trzeba liczyć się z szybką i ostrą modyfikacją prawa „w lewą stronę”. Myślę tu na przykład o zapisach dotyczących tolerancji, obrazy uczuć, ochrony życia, edukacji seksualnej etc, które dziś dadzą się interpretować w duchu zachowania tradycyjnych wartości, ale już za chwilę będzie można ich używać na odwrót, a odpowiednio dotkliwe sankcje zmuszą większość Polaków do posłuchu i niewychylania się. Zaczyna się to już teraz, jesteśmy tego świadkami. Wiele bowiem zależy od uznania sędziego, nie od samego prawa, jak i od atmosfery, w której oparach szybuje wymiar sprawiedliwości.

Co w tej sytuacji przedsięwziąć winien katolik? Na to pytanie nie mam pełnej odpowiedzi, tylko kilka myśli, i te właśnie przedkładam poniżej.

Bojaźń i odwaga tu i teraz

Biada się bać, biada być obojętnym, biada być niezdecydowanym, biada być nadostrożnym. Głos zabierać należy śmiało, acz rozważnie, dając wyraz temu, że jest się katolikiem wiernym nauczaniu Kościoła. Głośno trzeba popierać działania biskupów, którzy bronią wiary i Magisterium, jak też nie osłabiać ich pozycji medialnej. Głośno też trzeba domagać się, aby kapłani dbali o znajomość katolickiej nauki społecznej pośród wiernych (i sami ją znali!) – żeby było jasne, że to z Ewangelii wynikają konkretne, społeczne i polityczne obowiązki katolika.

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, niemniej każdy powinien mieć tę zasadę z tyłu głowy, pamiętając, że najdrobniejsze ustępstwo wobec „tęczowego bolszewizmu” będzie wykorzystane przeciwko nam. Owszem, dyskutować warto i trzeba, ale nie miejmy wielkich nadziej. Koryfeusze tej opcji z łatwością przechodzą do porządku dziennego nad prawdą i logiką, łamią obietnice i wykorzystują wszelkie preteksty, aby zrobić swoje. Tu nie ma zmiłuj. Należy im odpowiadać ewangelicznie, ale zdecydowanie; dyskusja winna przede wszystkim zapobiec zgorszeniu jeszcze niezgorszonych.

Demokracja nie jest bożkiem

Po drugie, powinniśmy respektować prawo stanowione przez państwo, ale  od tej reguły są ważne wyjątki i świadomość tego należy szerzyć. Opinia większości nie jest świętą krową i nie może zobowiązywać nas tam, gdzie wchodzi w sprzeczność z nauczaniem Kościoła i prawem naturalnym. System demokratyczny ani nie jest wieczny, ani nie jest bożkiem. Jeśli zamienia się w tyranię, choćby to była tyrania w jakimś tylko obszarze życia, trzeba odmówić posłuszeństwa prawu, mając z góry opracowany sposób oporu i już teraz mówić o tym i pisać, abyśmy nie znaleźli się w podobnej sytuacji, jak Francuzi pod koniec XIX wieku (sądzę bowiem, że do takiej właśnie fazy się zbliżamy – oby nie do gorszej). Nawet jeśli ponad połowa Polaków zgodzi się na coś, co jest niegodne, my nie mamy obowiązku na to przystać, musimy rzec: non possumus. Konsekwencje? Trudne do przewidzenia. Ale trudno. Vis maior.

Nasze dzieci są nasze

Po trzecie, trzeba umożliwić katolickie wykształcenie naszych dzieci, czyli wszelkimi sposobami bronić młodego pokolenia przed wtargnięciem ideologii do szkół i programowym odcięciem go od styczności z kulturą katolicką i nauczaniem Kościoła. Już teraz niepokoi, że nawet nauczyciele szkół katolickich bywają w gruncie rzeczy reprezentantami „tęczowej dyktatury”. Wypadałoby upomnieć się o właściwy system ich rekrutacji. A jeśli utracimy wpływ na program szkolny? Co wtedy? Zapewne pozostaje nauczanie domowe, rodzinne, którego system trzeba wypracować już teraz, na bazie istniejących doświadczeń. Na to powinny znaleźć się pieniądze, zarówno rządowe (póki jest ten rząd), jak kościelne i społeczne, oraz ekipa fachowców, która stworzy odpowiedni projekt struktur i działań, i zacznie go wdrażać. Takie ekipy są, a ich dotychczasowe dokonania trzeba upowszechniać. Można to robić z ambon, można z katedr uniwersyteckich. Jak najszybciej, bo za chwilę może być za późno.

Gwarancja wolności nauki – subito!

Po czwarte, uczelnie wyższe. To już nie jest sprawa najmłodszych, to sprawa kształcenia dorosłych, z których wyłaniać się będą przyszłe elity. Słyszę nieraz biadanie nad tym, że uczelnie są ostoją lewactwa. Problem nie jest taki prosty. Lewactwo zachowuje się najgłośniej, a jego działania są bardziej propagandowe, niż naukowe – to prawda. Jednak naszym zadaniem NIE JEST zabronić takich działań na uczelni. Pomijam, że to już absolutnie niemożliwe, bo kaftan politycznej poprawności dopina się i za chwilę żaba będzie ugotowana. Trzeba nie tyle protestować przeciwko głoszeniu ideologii, ile zaangażować się w dopilnowanie (a to właśnie jest jeszcze możliwe, i powinno być jak najszybciej zagwarantowane prawnie) ABSOLUTNEJ WOLNOŚCI BADAŃ I WOLNOŚCI WYPOWIEDZI na uczelniach wyższych. Przy czym nie możemy dać sobie wmówić, że istnieje coś takiego, jak „światopogląd naukowy” (tym terminem nadal usiłuje się szermować), albo, że tak zwane „kontrowersyjne poglądy” są naukowym grzechem (jak głosiła przed ośmiu laty niesławnej pamięci minister szkolnictwa wyższego). O ile bowiem nie ma „naukowego światopoglądu”, istnieje naukowy tryb dyskusji, który zakłada teoretycznie pełną wolność naukowych badań oraz dopuszcza debatę nad każdą tezą i każdą publikacją, zwłaszcza kontrowersyjną.

Czy mamy zatem godzić się na organizowane na uczelniach bluźniercze wykłady, konferencje, publikacje, które mienią się naukowymi? TAK, ALE pod warunkiem, że będą organizowane i redagowane przez pracowników nauki, i że będzie można bez trwogi, otwarcie dyskutować z ich tezami, że równolegle będą mogły ukazywać się publikacje, odbywać wykłady i sesje naukowe, na których pojawią się tezy przeciwne, choćby wypowiadane ostro i mocno. W ramach pełnej wzajemności i przestrzegania tych samych standardów. Obecnie mamy asymetrię – krytyka Gender i LGBT przedstawiana jest jako nietolerancja niegodna uczonego, ba, jako wykroczenie. Uchwały w tym duchu bywają już ogłaszane przez kolegia profesorskie poszczególnych wydziałów i instytutów. Na tym tle widzę wyraźnie obawę (zwłaszcza młodszych badaczy), „żeby nie podpaść”. Tym bardziej, że nowa reforma oddała w ręce rektorów władzę, jakiej nie mieli przedtem, a w ich gronie nie tylko króluje poprawność polityczna, ale też są wyznawcy ideologii gender.

Zaznaczę, że milczenie ludzi nauki wobec autorytarnej opresji nie jest zjawiskiem nowym. Tak było w Niemczech za narodowego socjalizmu, tak było w PRL: większość potulnie godziła się na sytuację, nawet jeśli w pewnym momencie poparła „Solidarność”. Tak będzie zapewne i teraz. Dlatego uchwalenie odpowiednich regulacji prawnych winno nastąpić niezwłocznie, póki można. Co prawda i one mogą się już wkrótce okazać nieskuteczne, niemniej muszą się pojawić. Będzie to wielka inwestycja w przyszłe dekady.

Instytucje

Po piąte, powyższe słowa nie oznaczają poparcia dla tworzenia kolejnych struktur czy instytucji naukowych (czy jak kto woli, „naukowych”) związanych z ideologią Gender, LGBT, neomarksizmem etc. To inna kwestia. Zgodne  z nauką Kościoła przeciwdziałanie ich powstawaniu powinno wykorzystywać wszelkie dostępne środki zgodne z prawem. Wypadałoby z kolei zadbać o zaistnienie i rozwój pozarządowych instytucji nauki – uwaga: nauki w pełnym tego słowa znaczeniu – działających na zasadzie stowarzyszeń i prywatnych fundacji, które wspomogą trwanie cywilizacji chrześcijańskiej. Powtarzam: także i one powinny dysponować pełną naukową wolnością, o którą trzeba zadbać. Żeby drzewo (nawet karłowate) wydało owoc, potrzebuje czasu. Takich instytucji teraz niemal nie widzę.

Instytut kapłański subito

Po szóste, punkt ostatni, ale, kto wie, może i najważniejszy. Wiadomo, że niedobrze dzieje się w wielu naszych seminariach, a Kościół będzie niezwykle ułomny bez kapłanów, i to bez kapłanów prawdziwie wierzących. Powołań jest niby coraz mniej, ale tak naprawdę – jestem o tym przekonany – mniej jest po prostu powołań rozpoznanych, jak i mniej seminariów, które gwarantowałyby właściwą dla obecnych czasów formację. Żeby ziarno wzeszło, potrzebuje odpowiedniej gleby, inaczej zgłuszą je osty, albo wypali słońce. Są kapłani i wykładowcy, którzy formację taką mogą zagwarantować, są też biskupi, którzy od dawna zabiegają o utworzenie odpowiedniego instytutu kapłańskiego. Te próby wciąż okazują się nieskuteczne, są torpedowane, i to głównie z wnętrza Kościoła. Wierzę, że gdyby choć jedna taka inicjatywa została uwieńczona powodzeniem, zapewne odegrałaby rolę kluczową. Tu możemy się nie tylko modlić i dawać pieniądze. „Kto może pojąć, niech pojmuje” (Mt 19, 12).

Jacek Kowalski

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »