Press "Enter" to skip to content

Zdumienie

Pozwól mi wargi umoczyć/ w źródlanej wodzie/ odczuć świeżość/ ożywczą świeżość” – tak prosi „strumień leśny” św. Jan Paweł II w „Tryptyku rzymskim”. Wejdźmy do tego lasu, zatrzymajmy się wraz z nim; zajrzyjmy dalej do Kaplicy Sykstyńskiej, spójrzmy na dzieła Michała Anioła – w mnogości kolorów i barw, w słowie, które stało się obrazem – jako i człowiek zamierzony został jako obraz – spotkajmy siebie; odnajdując siebie, odnajdźmy Boga w nas. Boga i Człowieka.

Czym jest to umoczenie warg? Zachwytem? Nawiązując do sceny stworzenia, czy wypowiedź Boga – słowa, które stały się pieczęcią nad godnością człowieka – „… i widział Bóg, że było bardzo dobre”, nie jest formą wyrażenia zachwytu właśnie? Bóg zachwycił się. A jednocześnie i zdumiał w olśnieniu prawdy o ludzkiej przyszłości. U początku wszystkiego jest więc Miłość – która choć sama w sobie jest pełnią, w owej właśnie doskonałości nie chciała pozostać jedynie dla samej sobie, mimo, że sama sobie wystarczyła – ta, która zachwyciła się, która powołała – z Miłości i do miłowania, by był miłowany, by miłować. I nie pozwoliła Ona, by cokolwiek później odebrało jej ten pierwszy zachwyt – czego wyrazem jest dzieło Odkupienia, nieustanna wierność Przymierzu. Bóg w „Tryptyku” nazwany jest „pierwszym Widzącym”. Widział nas zanim my siebie ujrzeliśmy. I Jego spojrzenie jest najprawdziwsze. Widział i czekał na zobaczenie. Żadne okrucieństwa i odstępstwa nie złamały tego spojrzenia – tego patrzenia Ojca na dziecko, Ojca świadomego, jak wielką miłością umiłował to dziecko niczego dla niego nie oszczędzając. A my? Czy nie utraciliśmy zdolności takiego spojrzenia na siebie – samych i innych – i także tego zdumienia? Czy współczesny człowiek, któremu zdaje się, że jest przepełniony wszystkim, potrafi się jeszcze zachwycić? Ale zachwycić tak zwyczajnie, spontanicznie, a nie w duchu samouwielbienia i pychy, dumy z siebie – zachwycić w radości spotkania ze Stwórcą (nieraz ten zachwyt jest pierwszym odkryciem Stwórcy). Tymczasem to spojrzenie, ten zachwyt właśnie, to fundament człowieczeństwa. Człowieczeństwo, jako dar i zadanie, wymaga ciągłego rozwijania. Dokonuje się to poprzez wybory, decyzje i postawy. Można być niezwykle „ważnym” i w oczach świata wiele osiągnąć, ale nie jest to równoznaczne z rozwojem swojego człowieczeństwa – przeciwnie, to może być ruch wsteczny. Papież w swoim poemacie nazywa człowieka „prasakramentem Boga”. Jakaż to odpowiedzialność! Być widzialnym znakiem Niewidzialnego. Tak, przecież zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga! Jest to podstawowe i zdaje się najważniejsze powołania człowieka. Każde inne, indywidualne czy wspólnotowe, jest tylko różną formą realizacji zadania bycia owym „prasakramentem”. Pra – bo przed wszystkim innym. Zaprawdę, nie zdajemy sobie sprawy z wagi i doniosłości naszej godności. Aby sparafrazować myśl św. Jana od Krzyża – tak też bliskiego Papieżowi – pragniemy być czymś w niczym, ale to nie jest nasza właściwa ścieżka, taka droga nie zaprowadzi nas do Źródła. Raczej, jak poucza karmelitański mistyk, „nie pragnij być czymś w niczym”. Tylko Bóg jest wszystkim. Umowne „wszystko”, ale bez Niego, jest niczym. Wtedy jest się „czymś”, a nie kimś. Zachwyt jest jak to zaczerpnięcie świeżej wody – jest orzeźwiającą świeżością, to znaczy pokazuje nam, że „jeszcze żyjemy”. A życie to opromienione jest Bożym spojrzeniem. Skoro mamy być Jego „znakiem”, w nas jest ukryte Jego podobieństwo, to czy też tak sprawa ma się z naszym spojrzeniem? By je uchronić i nieustannie oczyszczać, Pan dał nam przykazanie miłości i pouczenie: miłujcie waszych nieprzyjaciół i błogosławcie. Papież wiedział, że tym, co zachowało człowieczeństwo w piekle wojny i w potopie cierpienia – była walka wewnętrzna o miłowanie. Dlatego może napisać w „Tryptyku”: „a jednak żaden wiek [nawet dwudziesty] nie może przysłonić prawdy/ o obrazie i podobieństwie”. Gdy jego przyjaciele szli, by dołączyć się do konspiracyjnej armii, młody Karol pozostał, by ratować w podziemiu kulturę słowa. W tym kryje się głębszy zmysł – by chronić człowieczeństwo. Duchem, sercem, był z przyjaciółmi, rozumiał powinność walki o wolną Ojczyznę – był przecież wielkim patriotą; jakże bardzo doceniał i szanował bohaterów, którzy złożyli swe, jakże nieraz młode życie, na ołtarzu narodu (jako Papież kanonizował wielu męczenników II wojny światowej), cierpiał na wieść o śmierci niewinnych i ludzkim cierpieniu. Sam jednak wskazał jeszcze jedno pole walki, to o wewnętrzną wolność. Uchronić człowieczeństwo, ten Boży obraz i najgłębszy sens swojej natury – nie sprzeniewierzyć się sobie, to jest Bogu w sobie, to jest – ocalić Boga w człowieku. Nie stracić wiary w człowieka. Nie dać się pochłonąć nienawiści i machinie odczłowieczania. Działając w podziemnym teatrze ratował słowo, język – nie „zbitki wyrazów”, lecz ich znaczenie, by nie zacząć mówić językiem oprawców. Zachować miłość w sobie – choćby za cenę życia. Zachować swoje człowieczeństwo to może być heroizm. Nie ma jednak jak się zdaje takiej sytuacji, okoliczności, która usprawiedliwiałaby zachowanie przeciwne człowiekowi. Toczona zaś walka pokazuje, że człowieczeństwo nie jest skończonym i zamkniętym dziełem. Ileż w człowieku jest labiryntów! A zarazem – powołany przez Najwyższego nie może zadowolić się „czymś”, choćby chciał wierzyć, że jest inaczej. Wewnętrznie nieustannie jest popychany ku górze, przynaglany do poszukiwania Źródła. Gdy Jezus konał na Krzyżu, wzgardzony i pozbawiony powabnego widoku, odarty z godności – On właśnie był najbardziej „godny” spośród tych, który Go otaczali cytując ustępy Pisma i Prawa. Zachował „siebie”, pokazał jak zachować godność nie pozwoliwszy krukom i sępom wydziobać ze swego serca miłości. … Zdaję sobie sprawę, że nie mam prawa pisać tych słów. „Słyszę” naukę Herberta – „nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych, których zdradzono o świecie”; nie mam prawa mówić o przebaczeniu – bo jakże błogosławić, gdy np. wyrywają paznokcie? A jednak – nie mamy chyba wątpliwości, kto wtedy był „człowiekiem”, kto był ewangelicznym „światłem świata”, „solą ziemi”… Młody ksiądz Karol Wojtyła, potem biskup, a także i później, na to właśnie wskazywał – uwolnić się od lęku, wyzwolić swoje serca, a napełnić je odwagą bycia człowiekiem; przywracał nadzieję i uczył o tej godności, jakże pragnął ją w każdym ocalić…

Człowiek jest najbardziej wtedy człowiekiem, kiedy klęka przed Bogiem. (podobnie dziś mówi kard. R. Sarah). Bo wtedy wraca do Źródła. Zresztą, inaczej nie da się zaczerpnąć wody ze strumienia, trzeba się skłonić. Ale klęka nie jak niewolnik – lecz w postawie dziecka. Klęka w geście adoracji, uwielbienia. Oto Zdumienie czeka na zdumienie; Zachwyt czeka na zachwyt – istotą przecież Trójjedynego Boga jest wzajemność i tego oczekuje od stworzonego na boski „obraz i podobieństwo” człowieka. To klęknięcie to także wyraz pochylenia wobec losu innych. Czy, gdy człowiek czyni dobro – pochyla się nad bliźnim i jego niedolą – nie jest obrazem Boga – Dobrego Samarytanina, który przystanął, użalił się nad losem poranionego i przyszedł mu z pomocą? U początku wszystkiego, zgodnie z Bożym zamysłem, to człowiek miał sprawować władzę nad stworzeniami – ale miała to być władza wprowadzająca ład, porządkująca i sama w sobie uporządkowana, ukierunkowana ku ciągłemu rozwojowi, pomnażaniu dobra. Wystąpieniem przeciw porządkowi i zburzeniem Bożego planu jest dopuszczenie, by to „stworzenie” panowało nad człowiekiem – czyli, by ster władzy objęły materialistyczne dobra, propaganda i pożądliwość. Człowiek też jest stworzeniem – pamięć o tym zakłada szacunek. Lecz to Bóg jest Panem. Człowiek nie może zadowolić się tylko chwilowością, dominacją, dyktaturą i władzą. Wówczas ubożeje, a ta „pogoń” to szaleństwo, w które popada, wydawać się nam może rozpaczliwym krzykiem o miłość właśnie. A Miłość czeka (ciekawe, że czekając bywa najbardziej niszczona…) Karol Wojtyła walczył z systemowym zniewoleniem człowieka, lecz zdaje się obecnie, że to nowoczesność i konsumpcjonizm są przedłużeniem owej straszliwej machiny – tym straszliwszej im bardziej ukrytej i zwodniczo przyozdobionej pozorami dobra i wolności – degradacji człowieczeństwa.

W człowieku jest tyle napięcia między wewnętrznie przeczuwalną prawdą o sobie, prawdą o tym Bożym spojrzeniu – więc i prawdą o tym, kim być powinien – a świadomością tego, kim jest. Ktoś może twierdzić, że jest ateistą, a jednak nie jest w stanie wykorzenić z siebie owej tęsknoty za Źródłem, choć może nie umie tego nazwać, próbując odsuwać to od siebie. Ale to dobrze, póki to napięcie trwa – wtedy ciągle jest nadzieja na zwycięstwo. Na Boże słowo dokonało się stworzenie, ale słowo zostało wypowiedziane po to, by stać się konkretem, nie dla pozostania teorią. Człowieczeństwo – najpiękniejsza przygoda? Nieustanne wędrowanie. To także przestrzeń, w której nasza historia spotyka się z historią drugiej osoby (a razem, nasze małe historię tworzą wielką Historię). Nasza wolność z wolnością drugiej osoby. Tyle razy w ciągu dnia dochodzi do takiej konfrontacji. Zatrzymam się na powierzchni czy spróbuję wejść głębiej? Uszanuję czy podepczę? Tak, jestem grzesznikiem – ale w tej grzeszności jesteśmy braćmi i siostrami. Lecz jesteśmy także braćmi i siostrami w godności dzieci Bożych. Grzech jest jak ten szklany odłamek, który utkwił w oku Kaja ze znanej zapewne Państwu baśni. A mamy patrzeć Bożymi oczyma. Dzień po dniu, zdarzenie po zdarzeniu. To nieustanna lekcja, także egzaminy. By patrzeć jednak Bożymi oczyma, potrzeba najpierw samemu się w nich przeglądać. Są one jak lustro – prawdy o nas i o Ojcu wychodzącym nieustannie na spotkanie nas. Wcielenie przypieczętowało, dopełniło i ugruntowało wartość człowieczeństwa. Bóg stał się Człowiekiem. Jakże więc można pogardzać człowieczeństwem? Wiemy, co działo się w historii, do czego doprowadzało wprowadzanie klas, nad-ludzi i ras. Pogarda jest obca prawdziwemu człowieczeństwu bo nad nim unosi się „Boże westchnienie” zdumienia i zachwytu. W raju powołany do istnienia został „tylko” jeden Adam. Trzeba pamiętać, że „moje” człowieczeństwo nie jest centrum wszystkiego. A zarazem, żeby być „człowiekiem” dla drugiego, trzeba być w sobie „człowiekiem”.

Nie możemy pozwolić, by cokolwiek zatrzymało nas w tej wędrówce i odebrało wielkie pragnienia zrodzone z tęsknoty za Największym, który nas stworzył. Tylko w Nim znajdzie spokój człowiek i cała ludzkość… Podczas jednej z pielgrzymek do Polski, nasz Święty Rodak wołał do młodzieży – każdy ma swoje Westerplatte, jakąś powinność, z którego nie można zdezerterować, której nie można porzucić. Tak. Nie można zdezerterować z człowieczeństwa. Nie można zdezerterować z wielkich pragnień i prawych dążeń. Nie można oddać za miskę soczewicy – „jałowego spokoju”, jak mówił Prymas Tysiąclecia – kompasu człowieczeństwa dążącego ku górze, nie można pozbawić się ideałów. Zarazem – nie można utracić sprzed oczu Boga, choćby pytanie o Jego bycie zdawało się być (pozornie) „uzasadnione”. On będzie obecny w naszym prawdziwym człowieczeństwie i w ocalonym w nim pięknie i dobru (imiennym przykładem może być choćby św. Maksymilian, ale jakże wiele imion pozostaje nieznanymi a wielkimi poprzez najdrobniejszy „ludzki” gest”). Pozostaje jedynie obawa, że człowiek tak bardzo przyzwyczaił się do bycia „człowiekiem”, że już nie rozważa tego doniosłego zadania…

Ciekawe, że pisząc „Tryptyk”, Papież wychodzi od sceny stworzenia po czym przechodzi do sceny Sądu Ostatecznego. Ewangelista Mateusz przekazał nam jego pewny opis, który można podsumować – na koniec zaś sądzeni będziemy z miłości. Czyli z bycia człowiekiem. Z wypełnienia powołania bycia „obrazem” Boga.

Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj” – pisze Papież wędrując ku Źródle. Ono jest… „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” – przywoła św. Pawła.

s. M. Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii
(OCPA)

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »