Press "Enter" to skip to content

„Uzdrowienie Naama” w konkatedrze

„A w Gnieźnie w katedrze, ołtarz cały w srebrze, gdy nadchodzi, ludziom grozi z wielką armią Szwed…” śpiewa Jacek Kowalski, w jakże pięknej i mądrej (jeśli się dobrze wsłuchać) balladzie pt. „Postrzał w gnieźnieńskiej potrzebie”. Ha, ale zanim ktoś powie cudze chwalicie, swego nie znacie, zerknijmy do konkatedry…jeno, że kołobrzeskiej. Naszej. W jej gotyckich murach, możemy znaleźć niejedną prawdziwą perłę. Takich skarbów możemy nie zauważać przez wiele lat, aż nagle w chwili skupienia człowiek skończy modlitwę, podniesie wzrok i zobaczy… Ot choćby obraz „Uzdrowienie Naama” (na zdjęciu), przedstawiający jedną z mniej znanych historii Starego Testamentu. Pierwsze spojrzenie na ten obraz kieruje naszą uwagę odruchowo w kierunku różnobarwnego zbiegowiska. Malarz umieścił tę biblijną scenę w realiach swojej epoki. Stąd też ubrania przedstawionych gapiów co prawda raczej nie starotestamentowe, lecz niderlandzkie, szwedzkie, choć również dla kontrastu kilku mężczyzn odzianych jest na turecką modłę. Również miasta widoczne na drugim planie jako żywo przypominają te nowożytne, europejskie, a i rzeka Jordan i roślinność wokół niej wygląda co najmniej swojsko. Co tych wszystkich ludzi sprowadziło na brzeg rzeki Jordan? Zapewne interesy, wiadomo, gdzieś trzeba je ubić, a czasem lepiej porozmawiać nad brzegiem rzeki na świeżym powietrzu, niż w dusznym lichwiarskim kantorku, albo w śmierdzącej piwem oberży. Ale nie tylko, może przywiodła ich tutaj, nieco prymitywna, ale ze wszech miar ludzka pogoń za przysłowiową sensacją….? Oto jakiś pływak wychodzi z wody? Jeśli się wpatrzymy dokładnie, dostrzeżemy na brzegu jego ubrania. Tylko dlaczego się tak zasłania? Czego się wstydzi albo kogo się boi? O co tu tak naprawdę chodzi? A może to…tak, to właśnie Naam, niegdyś dumny wódz syryjski, a teraz….trędowaty, który pragnie tylko jednego – ocalenia. Walczył w imieniu swego króla z Izraelitami, i właśnie od pewnej wziętej do niewoli Żydówki dowiedział się, że jest dla niego nadzieja. Uzbroił się zatem w brzęczące trzosiki, pełne złota i srebra, zabrał drogocenne ubrania, listy uwierzytelniające od swojego władcy, a następnie wyruszył do króla Izreala, szukać ratunku. Jednakże król odesłał Naama do proroka Elizeusza, ów zaś nie raczył nawet powitać dumnego i hardego niegdyś wodza, a teraz trędowatego, żebrzącego zmiłowania u jego progu. Dzisiaj, kiedy mamy antybiotyki, trąd nie wywołuje już takiej grozy, gdyż można go w porę uleczyć. Ale kiedyś była to potworna choroba, nieuleczalna, i częstokroć kończyła się wygnaniem do miejsca odosobnienia, żeby trędowaty nie zdążył zarazić innych ludzi, zanim umrze. Może nawet słowa z Pisma Świętego nie budzą w nas takiej grozy, jak choćby sceny z filmu „Ben Hur” z Charltonem Hestonem, gdzie możemy zobaczyć, czym była groza tej choroby i odosobnienia. I jakie to lekarstwo zaaplikował prorok Elizeusz syryjskiemu wodzowi? Ano siedmiokrotne zanurzenie się w wodach Jordanu, który czystością wszak nie grzeszył. Nic dziwnego, że Naam po ludzku wściekł się na te słowa, jednakże po namowach swoich sług, dla świętego spokoju, postanowił uskutecznić ową siedmiokrotną kąpiel. I właśnie na obrazie widzimy, jak wychodzi z rzeki. Wstydzi się. Patrzą na niego z brzegu, a raczej gapią się bezczelnie, na pewno wytykają go palcami i się z niego podśmiewują. I co on z tego ostatecznie miał, kiedy już wyszedł na brzeg, poza docinkami ludzi, z którymi niegdyś wojował? Miał…zdrowie i życie. Został uleczony z trądu. Ocalony. Bóg działający przez Elizeusza wrócił mu życie, bo trędowaty w tamtych czasach był jak żywy trup. Stało się to za cenę …zaufania Bogu, którego jeszcze do końca nie znał, i na nic zdały się przygotowane wcześniej pieniądze i kosztowności. Bóg nie jest automatem do spełniania życzeń, do którego moglibyśmy wrzucić odmierzoną ilość pieniędzy i cieszyć się z rezultatu. Potrzebne było właśnie zaufanie, żeby wejść do rzeki, narazić się na drwiny. Najtrudniejszy był pierwszy krok, wszak Naam zanurzył się w Jordanie po wybuchu złości, bardziej na skutek namowy służących. I nie ma w tym nic dziwnego, spróbujmy sobie wyobrazić, co czuł Naam, kiedy Elizeusz zalecił mu taką „leczniczą kąpiel”. Tak po ludzku się wściekł, pewnie wątpił i bił się z myślami. Ale potem już poszło. Na pewno nie było to łatwe, stać się dla innych pośmiewiskiem i półnagim zanurzyć się w rzece, ku uciesze gawiedzi. Musiał schować całą swoją dumę i hardość do kieszeni, a był wszak dumnym syryjskim wodzem. I postawił wszystko na jedną kartę, zaufał Bogu, którego jeszcze nawet dobrze nie znał, wbrew wszystkim i wszystkiemu. To było bardzo trudne, nie oszukujmy się. A co ciekawe, my zapewne znamy Boga dużo lepiej niż Naam stojący u progu domu Elizeusza, a mimo tego tak bardzo boimy się Mu zaufać.

Bartosz Malinowski

fot. Jerzy Błażyński

 

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.