Press "Enter" to skip to content

Jakim ja samochodem dzisiaj jadę?

Każdego ranka, odsłaniając okno widzę umieszczony na sąsiednim budynku bilbord reklamowy salonu samochodowego w Słupsku. Bilbord jak bilbord, ale jakże – dla mnie – wymowne jest umieszczone na nim hasło – które widzę tyle razy w ciągu dnia: „Wybierz swoją drogę”. Czyż to nie „opatrznościowe” hasło? Każdego dnia na nowo dokonujemy wyboru. Czasem – przeważnie – są to tak małe wybory, że już ich niemalże nie dostrzegamy, działamy czasem po prostu „mechanicznie”, odruchowo. A jednocześnie, to co z pozoru najmniejsze, może mieć największe znaczenie. Ciągle towarzyszy mi myśl o człowieczeństwie – już podejmowana we wcześniejszych felietonach. Ale nie chodzi tutaj o spojrzenie na człowieczeństwo w sensie antropocentryzmu czy humanistycznych teorii, które widzą „tylko” człowieka. Chodzi o wielkość człowieczeństwa wynikającą z aktu stworzenia i „jeszcze doskonalszego aktu odkupienia”. Chodzi o nieustanne przemierzanie wewnętrznych korytarzy, by rozjaśniać je prawdą i odpowiedzią na pytanie – kim jestem, i zarazem, kim być powinienem. Poszanowanie i odkrycie bowiem swojej godności musi wpłynąć na relacje z innymi, na nasze postawy i wybory właśnie. Nie ma stworzenia bez odniesienia do jego Stwórcy. Bóg i człowiek. (w Tajemnicy Wcielenia jakże bardzo zespolone ze sobą). Byt Najdoskonalszy i byt stworzony, który poznając swoją godność i prawdziwie przeżywając swoje człowieczeństwo ma być odblaskiem, miejscem Jego Objawienia. „Nie wystarczy urodzić się człowiekiem, potrzeba jeszcze nim być” – apelował do sumień bł. ks. Jerzy Popiełuszko przywołując w swoich kazaniach także naukę na ten temat Prymasa Tysiąclecia i Papieża Polaka.

Wybierz swoją drogę” – na bilbordzie są trzy samochody, każdy bardzo elegancki i nowoczesny, czekający na nowego właściciela. Do jakiego „samochodu” wsiądzie każdy z nas? W tym wszystkim istotna zdaje się być także odpowiedź na pytanie o cel wybranej drogi. Bo droga sama w sobie nie jest celem, ale środkiem, ze swej natury musi dokądś zmierzać. A gdzie ja chcę „jechać”?

Już dawno temu otrzymałam ciekawy audiobook. Jest to powieść „Adwokat”. Rzecz dzieje się w starożytnym Rzymie, od ostatnich lat panowania Tyberiusza aż do okrutnych prześladowań chrześcijan wywołanych przez Nerona. Tytułowy bohater jest uczniem Seneki, który do końca pozostanie dla niego ważną osobą. Autor książki, Randy Singer, – prywatnie pastor i adwokat – wkłada w usta Seneki niezwykle ciekawe słowa – niestety, nie mam możliwości zweryfikowania, czy jest to autentyczny zapis nauk tego filozofa, niemniej pragnę się nimi z Państwem podzielić – stanowią one też ważny punkt w książce i przez bohatera są różnie odczytywane w zależności od kontekstu jego życia, najpierw młodego, idealisty rzymskiego, później gorliwego wyznawcy Chrystusa. „…Ale którędy można dojść do najwyższego dobra? Bóg obchodzi się bez niczego, nie wykaże tego obszyta purpurowym szlakiem szata – bóg nie jest ubrany w takie szaty. Nie sprawi tego ani sława, ani zwracanie na siebie uwagi – boga nikt nie zna, przy czym wielu sądzi o nim źle i to bezkarnie; nie pomoże ci też tłum niewolników obnoszących twą lektykę – ów wszechpotężny sam dźwiga wszystko. Nawet uroda i siła nie zdoła cię uszczęśliwić – niszczeją one na starość. Trzeba więc szukać czegoś takiego co nie trwa tylko do pewnej chwili, w której już nie może się ostać. A cóż to jest? Duch, lecz duch prawy, szlachetny i wzniosły. Jak nazwiesz go inaczej niźli bogiem goszczącym w ciele ludzkim? Taki zaś duch może przypaść w udziale zarówno rycerzowi rzymskiemu , wyzwoleńcowi czy niewolnikowi. Czymże bowiem jest rycerz rzymski, wyzwoleniec albo niewolnik – są to tylko czcze nazwy zrodzone z chciwości zaszczytu lub krzywdy. Można także z jakiegoś zakątka trafić. Dźwignij się tylko i siebie samego uczyń godnym boskości”. Jakież bogactwo myśli! I – załóżmy – pisze to wielki filozof pogańskiego świata, pisze nie wiedząc, że już trwa misterium Wcielenia! „Szukać czegoś co nie trwa tylko do pewnej chwili” – człowiek nie może zadowolić się jedynie doczesnością, jakże ulotną i niepewną. Musi patrzeć dalej. Do jakiego więc „samochodu” wsiądę? Ostatecznym celem człowieka jest szczęście. Jak uczy Karol Wojtyła – jest ono celem, nie jest drogą samą w sobie – a to oznacza, że droga do celu nie musi być łatwa i utkana z przyjemności (przyjemność bowiem tak łatwo kojarzymy ze szczęściem – a jednak nie należy ich mylić czy też z sobą utożsamiać – bo czy w światowych kryteriach przyjemnością nazwano by utrudzenie i posługę np. św. Matki Teresy z Kalkuty – by już nie przywoływać przykładu męczenników, którzy znoszone tortury nazywali szczęściem cierpienia dla Boga – a jednak dla niej to było szczęście.). Czy więc samochodem przyjemności doczesnych dojadę do ostatecznego celu? Czy to wszystko co „tutaj” może naprawdę mnie zadowolić i zaspokoić? Iluzorycznie, pozornie pewnie tak. Zresztą, i te przyjemności, jeśli godziwe i dobre obiektywnie, są darem Boga, który przecież pragnie widzieć na twarzach swych dzieci uśmiech i radość. A może wsiądę do „samochodu” źle rozumianego „czynienia z siebie godnym boskości”? To nie człowiek jest bogiem, choć człowieczeństwo stało się – z miłosierdzia Bożego – narzędziem naszego zbawienia, odkupienia. Człowieczeństwo to godność, ale znów nie można zatrzymać się tylko na nim. Wszelka pycha jest obca prawdziwej „boskości”. Pozostając choćby w kręgu wiedzy o tym, co działo się w starożytności – władcy zaczęli nazywać siebie „bogami”, wynoszono ich do rangi bóstw państwowych, wznoszono dla nich świątynie i ustanawiano ich kapłanów. I do czego to prowadziło? Do tyrani, autokracji, despotyzmu. Ileż nadużyć i nieprawości! Ileż przelanej krwi! Nie wtedy człowiek jest człowiekiem. Nie, to nie jest dobry „samochód”. Bo człowiek nie jest samotną wyspą i nie może zdobywać świata dla siebie samego. Od początku został stworzony we wspólnocie i do wspólnoty. Owszem, w tym tekście czytamy – „uczyń siebie…” – ale poprzez czynienie siebie czynimy innych; jesteśmy zespołem naczyń połączonych i choć możemy czasem tego nie rozumieć, to jednak oddziałujemy na siebie nawzajem. W pokorze, owszem, wszystko zaczyna się „ode mnie” – to ja muszę się dźwignąć. Metaforycznie – postawa wyprostowana. Codzienne dźwiganie się to walka z grzechem, ze swoimi słabościami, to wysiłek bycia człowiekiem – ale powinniśmy ten „wysiłek” rozumieć w sensie pozytywnym, jako „dobre zawody”, by użyć języka Apostoła Narodów. Bo grzech nie jest środowiskiem życia człowieka. Jest kłamstwem szatana i jego manipulacją. Najpierw wygląda kusząco, ale kiedy już się w niego wejdzie, zniewala by doprowadzić do poczucia przygniecenia. Grzech niesie degradację człowieczeństwa, to obce środowisko – tym powietrzem prawdziwy człowiek nie może oddychać, jakkolwiek by się łudził. „Dźwignij się…”

Sądzę więc, że jednym z aspektów owej autentycznej „godności” jest dar z siebie. Na wzór Boga nieustannie dającego siebie, nie tym doskonałym, ale grzesznym i upadającym. I tak przez wieki i pokolenia aż do ostateczności – w Betlejem i na Golgocie, w Wieczerniku, i teraz, każdego dnia i każdej godziny w Eucharystii. W darze z siebie nie ma miejsca na pychę. Pięknie określi to w jednej ze swoich homilii św. Jan Chryzostom – skoro jesteśmy jednym ciałem, to każdy dla siebie nawzajem jest członkiem – mały dla wielkiego, ale i wielki dla małego jest członkiem. Jeden dla drugiego bez względu na ludzkie nazewnictwo tzw. pozycji. Bo jak wyraził to filozof – to tylko czcze nazwy – zrodzone właśnie z chciwości bądź wyrosłe na krzywdzie innych. A wszystkim nam dane jest niejako jedno imię – dziecka Bożego. Więc bezinteresowny dar z siebie. Powracając do Wojtyły – „Ewangelia zobowiązuje do bezinteresowności. Miłość ze swej istoty jest bezinteresowna”.

Jest taka opowieść o św. Filipie Neri, że kiedy papież zaproponował mu „kapelusz kardynalski”, święty miał odpowiedzieć: ja wolę niebo. A co ja wolę? W serii filmów „Ludzie Boga” ukazał się także film o tymże świętym. Prawie pod koniec drugiej części jest – moim zdaniem wymowna – scena. Pierwsze pokolenie, które wzrastało przy św. Filipie jest już dorosłe, rusza w swój świat. Wśród nich jest niejako Aurelio, był w oratorium nieco z przymusu, najpierw jako dziecko, siostrzeniec papieża, by obserwować to bractwo, później, także jego obecność nie jest całkiem „czysta” – w nagrodę osiąga to czego pragnął, wzbija się po szczeblach kariery kościelnej, dostaje nominacje biskupią i wyjeżdża objąć posiadłości we Francji. Pisze stamtąd list do Świętego, w którym wyznaje – mam niby to czego chciałem, a jednak czuję się tak jakbym nic nie miał, a gdy myślę o moim życiu najpiękniejszym wydają mi się dwie rzeczy –czyli wdzięczność Cygana, któremu – mimo oporów, na polecenie Świętego umył nogi – i uśmiech tegoż św. Filipa. Czy Państwo też mają takie doświadczenie? Może to nie będzie całkiem dobre porównanie, ale tym sposobem chciałabym wyrazić swoją wdzięczność Bożej Opatrzności za pewne doświadczenie. Kiedy byłam w trzeciej klasie liceum stanęłam przed decyzją – czy wystąpić po raz kolejny w pewnym konkursie recytatorskim – bardzo dobrym, cieszącym się dobrą opinią, w którym brała udział fajna i zdolna młodzież, jury składało się z profesjonalistów, aktorów, profesorów PWST itd. Ale rok wcześniej już w nim wygrałam. Jedni mówili bym próbowała niejako obronić swój tytuł, ale ja wewnętrznie czułam, że nie tędy droga. Osiągnęłam już najwyższy wynik, nie trzeba już nic więcej, raczej trzeba by dać szansę innym, a przy okazji, w razie porażki, nie będzie kompromitacji, porównywania z poprzednim występem. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść. Nie wystartowałam w nim, mimo ,że chwilami pycha i miłość własna próbowały wlać trochę trucizny smutku, goryczy, tęsknoty za sceną itp. Ala ja – mimo to – czułam wewnętrzną wolność, nie żałowałam i nie żałuję owej decyzji. Wewnętrzna wolność – Jakże ona jest niezbędna i niezastąpiona! I jakże o nią zarazem trudno! Zwłaszcza może wtedy gdy trzeba właśnie pokonać własną miłość, swoje „ja”.

Nieustannie więc mamy wybór. Świadomy i dobrowolny. Jak powiedział św. Augustyn – Bóg stworzył nas bez nas, ale nie może nas bez nas zbawić. Czy przyjmiemy tę największą godność i pozwolimy jej wydać piękne owoce? Jaki „duch” we mnie mieszka? „Prawy, szlachetny i wzniosły”? Św. Paweł będzie nauczał, że jesteśmy Bożą świątynią, przybytkiem Najwyższego. Czy więc Bóg „przebywa w moim człowieczeństwie”? Jakim jadę „samochodem” i dokąd chcę dojechać?

s. M.Teresa od Jezusa Królującego w Boskiej
Eucharystii ( klaryska,OCPA)

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »