Press "Enter" to skip to content

Cierpieć będziesz

Wyjątkowe znaczenie dla całego życia św. Faustyny miało pierwsze spotkanie z Jezusem w łódzkim parku. Naznaczyło ono charakter jej powołania.

Cóż szczególnego wówczas się wydarzyło? Faustyna ujrzała Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego całego ranami (Dz. 9). Nie Jezusa uwielbionego, jak siedem lat później w swojej celi w Płocku (Dz. 47). W Łodzi Sekretarka Bożego Miłosierdzia zobaczyła Jezusa w męce, w cierpieniu. Być może zastanawiała się wtedy nad znaczeniem tego spotkania, nad przesłaniem zawartym w takim ukazaniu Jezusa.

Odpowiedź otrzymała osiem lat później, gdy podczas odprawianej godziny świętej stanął przed nią Jezus, obnażony z szat, okryty ranami na całym ciele, oczy tonęły we krwi i łzach, twarz cała zeszpecona, pokryta plwocinami. Wszystko stało się jasne, gdy Pan jej powiedział: Oblubienica musi być podobna do Oblubieńca swego. Zrozumiała. Podobieństwo moje do Jezusa ma być przez cierpienie i pokorę (Dz. 268). Św. Anastazy Antiocheński napisał, że Jezus doznał cierpień: inaczej bowiem człowiek nie mógłby zostać zbawiony. Ta, która w odwiecznym zamyśle Boga została wybrana i przeznaczona, by pomagać zbawiać grzeszników (por. Dz. 186. 1645. 1777), musiała pójść za cierpiącym Oblubieńcem Jego drogą krzyża, drogą cierpienia: cierpieć będziesz wiele, ale niedługo, i spełnisz wolę Moją i życzenia Moje (Dz. 36).

Naznaczona cierpieniem

Od spotkania z Jezusem umęczonym rozpoczęło się cierpienie św. Faustyny. Doświadczała go ona stopniowo. Początkowo było to cierpienie wewnętrzne, duchowe. Najpierw z powodu nagłego rozstania z rodzicami. Faustyna nie pożegnała ich osobiście, choć tak bardzo ich kochała. Kilka godzin później, gdy już znalazła się w Warszawie, w swej bezradności pytała: lęk mnie ogarnął: co z sobą robić? Gdzie się zwrócić, nie mając nikogo znajomego? (Dz. 11). Do lęku dołączył ból, gdy szukała klasztoru, do którego mogłaby wstąpić. Wszędzie spotykała się z odmową. Potęgowała się jej bezsilność. Ból ścisnął mi serce i rzekłam do Pana Jezusa: Dopomóż mi, nie zostawiaj mnie samej (Dz. 13). Również całorocznemu oczekiwaniu na wstąpienie do wybranego dla niej przez Jezusa zakonu (Dz. 19) towarzyszyło cierpienie. Po latach Faustyna wspominała: W tym czasie musiałam walczyć z wielu trudnościami (Dz. 15).

Po przekroczeniu furty i rozpoczęciu życia zakonnego wydawało się, że już zawsze będzie ona niezmiernie szczęśliwa, jak w raju (Dz. 17). Niestety, podobnie jak pierwsi rodzice, tak i Faustyna szybko, po trzech tygodniach, swój raj utraciła. Została „wygnana”, by odtąd wieść nie życie rajskie, lecz życie doświadczane bólem, męką, cierpieniem ciała i duszy. Jak dotknięte długotrwałą, bolesną chorobą dziecko szuka pomocy u najbliższej, najdroższej dla siebie osoby, tak św. Faustyna skarżyła się Matce Bożej: Maryjo, Matko moja, czy Ty wiesz, jak strasznie cierpię (Dz. 25). A Mater Dolorosa – ta, która cierpiała, gdy patrzyła na Boskiego Syna ból – uśmiechnęła się serdecznie i odpowiedziała: Wiem, ile cierpisz. I dodała: ale nie lękaj się, ja współczuję z tobą i zawsze współczuć będę (Dz. 25). Podsumowując zaś ogrom wszystkich swoich cierpień w ciągu trzynastu lat życia zakonnego, św. Faustyna powiedziała Jezusowi: O Chryste, gdyby dusza wiedziała naraz to, co przez całe życie cierpieć będzie, umarłaby z przerażenia pod tym widokiem, nie przyłożyłaby do ust kielicha goryczy; ale że jej dano po kropelce, wysączyła do dna (Dz. 1655).

Definicja cierpienia

Czym było cierpienie dla św. Faustyny? Zdefiniowała je ona za pomocą czterech określeń.

1. Cierpienie jest stałym pokarmem mojej duszy (Dz. 276). Ciało codziennie musi spożywać pokarm, by żyć i wykonywać swoje funkcje. Prosimy naszego Ojca w niebie, aby dawał nam chleb powszedni dzisiaj (Mt 6, 10), na każdy dzień (Łk 11, 3). Dusza św. Faustyny otrzymywała cierpienie – swój stały, codzienny pokarm, by spełnić wolę i życzenia Jezusa.

2. Cierpienie jest stałą towarzyszką mojego życia (Dz. 316). Nieodłączną towarzyszką. Nie odstępowało jej na krok, wszędzie i zawsze było przy niej, czyniąc codzienne życie trudnym i ciężkim.

3. Cierpienie jest skarbem największym na ziemi (Dz. 342). Z pewnością nie dla każdego choroba i cierpienie są skarbem. Bo co człowiek ma z posiadania takiego skarbu? Ból, łzy, przygnębienie, bezradność, często samotność, złość… A jednak dla św. Faustyny cierpienie było skarbem, do tego największym! Dlaczego? Bo dostrzegała w nim potrójną korzyść: a). Cierpienie przynosi oczyszczenie duszy. Jest jak ogień złotnika, który przetapia i oczyszcza (Ml 3, 2n), b). Cierpienie daje poznanie, kto jest dla nas prawdziwym przyjacielem. Mędrzec Pański poucza: Bywa przyjaciel, ale tylko na czas jemu dogodny, nie pozostanie nim w dzień twego ucisku, a wierny przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł (por. Syr 6, 5-16), c). Cierpienie daje poznanie prawdziwej miłości, którą mierzy się termometrem cierpień (Dz. 342). Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, zwłaszcza jeśli przywołamy słowa Jezusa z wieczernika: Największa zaś miłość, na jaką człowiek w ogóle może się zdobyć, polega na tym, że ktoś oddaje swoje życie za swoich przyjaciół (J 15, 13 – wg Biblii Warszawsko-Praskiej).

4. Cierpienie jest najwdzięczniejszym tonem (Dz. 385). Dźwięk ten wydobywał się z duszy św. Faustyny bardzo często. Czasami był cichy, delikatny, niesłyszalny, niezauważalny. Cisza wszędzie jak w tabernakulum… tylko z mojej celi Bóg słyszy jęk duszy (Dz. 19); zmęczona weszłam do kaplicy, jakiś dziwny ból ścisnął moją duszę i zaczęłam cicho płakać (Dz. 596). Innym razem był głośny, przejmujący, wzbudzający litość, przyzywający pomocy. Ból straszny zalał mi duszę…, rozdarło się serce moje, opadły mnie zupełnie siły fizyczne i upadłam na twarz, nie tając głośnego płaczu (Dz. 384).

Ton ten był dźwiękiem, graniem, pieśnią, nuceniem: Grać będę pieśni wdzięczne na strunach swego serca (Dz. 385), W chwilach ciężkich i bolesnych nucę Ci, o Stwórco, hymn ufności (Dz. 275). Był głosem wewnętrznym i bolesnym skierowanym do Pana: Jezu, ratuj mnie (Dz. 644). Był jak „crescendo” wzmacniające natężenie dynamiki w utworze muzycznym, co wyraża choćby następujący wspaniały passus w „Dzienniczku”: chociaż burza szaleje i straszne gromy uderzają wokoło mnie, a czuję się wtenczas sama jedna, jednak serce moje czuje Ciebie, a ufność moja potęguje się i widzę całą wszechmoc Twoją, która mnie utrzymuje. Z Tobą, Jezu, idę przez życie, wśród tęcz i burz, z radości okrzykiem, nucąc pieśń miłosierdzia Twego. I ten ostatni akord, jakże przejmujący i ujmujący: Nie umilknę w swym śpiewie miłości, aż pochwyci ją anielski chór (Dz. 761).

Bez łaski nie do zniesienia…

W opisach cierpienia św. Faustyna używa wielu określeń, dających wyobrażenie jakie ono było. Przede wszystkim było wielkie (np. Dz. 823. 1656). Można powiedzieć, że przekraczało zwykłą miarę cierpień człowieka, co jest charakterystyczne dla wszystkich świętych. Ileż szczerości jest w tym wyznaniu: Tyle cierpię, ile słaba natura moja udźwignąć może (Dz. 953). Trudno wyobrazić sobie wielkość cierpienia św. Faustyny, nawet jeśli czyta się tak przerażające wyznanie: Od miesiąca czuję się gorzej, a przy każdym odkaszlaniu czuję rozkład w płucach. Nieraz się zdarza, że czuję zupełny rozkład własnego trupa; co to jest za wielkie cierpienie, to trudno wyrazić… Dla natury jest to wielkie cierpienie, większe aniżeli noszenie włosiennicy i do krwi biczowanie (Dz. 1428). Cierpienie to było straszne i upokarzające. Jedna z sióstr po chwili rozmowy ze św. Faustyną powiedziała do niej: Siostro, ja trupa tu czuję, zupełnie jakby się rozkładał. O, jakie to straszne (Dz. 1430). Cierpienia siostry Faustyny były ustawiczne i gwałtowne (Dz. 1633), nie do opisania (Dz. 1276), ponad siły (Dz. 73. 101). Jej dusza była w morzu cierpień (Dz. 893), zamroczona cierpieniem (Dz. 195), zmiażdżona cierpieniem (Dz. 489), zmielona i starta cierpieniem jak pszeniczne ziarna (Dz. 1629). Cierpienia były rozmaite (Dz. 1487). Często Faustyna odczuwała je w rękach, nogach i boku (Dz. 1468. 1536. 1646), we wnętrznościach (Dz. 1726. 1428), w głowie (Dz. 1425). Cierpiała w poszczególne dni.

W Wielki Czwartek weszła w rodzaj konania, widziała się jakoby ubita za grzechy świata (Dz. 644). Szczegółowo opisała Faustyna swoje cierpienia piątkowe: W czasie modlitwy ujrzałam wielka jasność, a z tej jasności wyszły promienie, które mnie ogarnęły, i wtem uczułam straszny ból w rękach, nogach i boku, i ciernie korony cierniowej. Odczuwałam te cierpienia w czasie mszy św. w piątki, ale był to bardzo krótki moment. Przez parę piątków się to powtarzało i później już nie czułam żadnych cierpień, aż do chwili teraźniejszej… W czasie mszy św. w piątek odczułam, jak mnie przeniknęły te same cierpienia; i powtarza się [to] co piątek i czasami przy spotkaniu się z duszą, która nie jest w stanie łaski. Chociaż to jest rzadko, [i] cierpienie to trwa bardzo krótko – jednak jest straszne, i bez szczególnej łaski Bożej nie zniosłabym (Dz. 759, podobnie 942).

Z ofiarą z życia włącznie…

Gdy na Hioba spadł ogrom cierpień, jeden z jego przyjaciół wyznał: Boleść nie z roli wyszła, ani z ziemi cierpienie wyrosło. To człowiek się rodzi się na cierpienie, jak iskra, by unieść się w górę (Hi 5, 6n). Do swoich uczniów Jezus powiedział: Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mt 16, 24). Mąż Boleści z obliczem zmienionym przez krew, pot i łzy powołał św. Faustynę. Decydując się iść za Nim, zgodziła się ona przyjąć wszystkie trudności i cierpienia, jakie niesie ze sobą życie ucznia Jezusowego, po ofiarę z życia włącznie.

Kończąc nowicjat Faustyna wyznaczyła sobie cel: Już mam walczyć z Jezusem, pracować z Jezusem, cierpieć z Jezusem; jednym słowem – żyć i umierać z Jezusem (Dz. 217). A w święto Chrystusa Króla [25 X 1936] napisała: jest ze mną Jezus, z Nim nie lękam się niczego. Dobrze zdaję sobie sprawę ze wszystkiego i wiem, czego Bóg ode mnie żąda. Cierpienie, wzgarda, pośmiewisko, prześladowanie, upokorzenie będzie stałym udziałem moim, nie znam innej drogi; za szczerą miłość – niewdzięczność. Taka jest ścieżka moja, wydeptana śladami Jezusa (Dz. 746). Niezwykły, ponadprzeciętny, heroiczny program życia!

ks. Karol Dąbrowski

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »