Press "Enter" to skip to content

Czy zawsze mam być miłosierny?

Odpowiedź na powyższe pytanie teoretycznie jest prosta. Przynajmniej z chrześcijańskiego punktu widzenia. Słowa Jezusa, “bądźcie miłosierni” (Łk 6,36), są przykazaniem miłości (por J 15,12). Nie są jakąś ogólną zachętą albo radą tylko. Są jasnym nakazem. I to boskim! A zatem absolutnym. Nie zostawiają więc cienia wątpliwości: zawsze mam być miłosierny!!! To oznacza, że nie ma takich sytuacji, w których przykazanie Jezusowe mogłoby mnie nie obowiązywać, albo w których mógłbym mu postawić jakieś ograniczenia. Jeśli zostałem słuchaczem Jezusa i usłyszałem Jego przykazanie o byciu miłosiernym, niosę Jego słowa w swoim sercu zawsze i wszędzie – i to na całą wieczność.

Dramat zaczyna się w chwili przejścia od teorii do praktyki życia. To znaczy w momencie, gdy tu i teraz mam okazać miłosierdzie. Moja wiara w słowo Jezusa zostaje wówczas wystawiona na próbę. Doświadczam dylematów, wątpliwości i niepokojów. Rozum pyta o granice miłosierdzia.

Okazuje się, na szczęście, że w tych rozterkach nie jestem sam! Na podobne trudności napotykają także inni ludzie wierzący w Boga miłosiernego, na przykład: rodzice prawdziwie zatroskani o przyszłość swoich dzieci (a nie tylko o to, aby zaspokoić ich bieżące pragnienia i zachcianki); nauczyciele i wychowawcy – szczególnie, gdy stają wobec uczniów trudnych, niesubordynowanych, wystawiających ich cierpliwość na próbę; lekarze i służba zdrowia, zmagając się z problemem cierpienia i kwestią przedłużania życia; politycy i wszyscy zajmujący jakiekolwiek kierownicze stanowiska, których zadaniem jest dbanie przede wszystkim o dobro wspólne i realizowanie celów często niezrozumiałych dla podwładnych; żołnierze i policjanci, którzy w obronie wyższych wartości nieraz muszą sięgać po środki bardzo drastyczne. I tak w nieskończoność…

A iluż ludzi doświadcza w swoim życiu krzywdy i niesprawiedliwości?! Oni jeszcze mocniej przeżywają wewnętrzne rozdarcia i w swej bezradności też pytają o granice miłosierdzia. Ich pytania mają szczególną wartość. Są wszak zrodzone z największego bólu! l nie dziwimy się, że w sytuacjach krytycznych odpowiedzi nie zawsze są trafne – że czasami wyrażają zwykły bunt, a nieraz nawet stanowczy protest przeciw miłosierdziu: “Nigdy więcej miłosierdzia!”, “Owszem, Bóg jest miłosierny, ale też i sprawiedliwy!”, “Dość miłosierdzia!”. Ból może zmiażdżyć człowieka i odebrać jasność widzenia rzeczywistości. Ale jednocześnie trzeba pamiętać, że właśnie ból uwiarygodnia stawiane pytanie. Przestaje ono być pytaniem czysto teoretycznym, łatwym, ironizującym, pogardliwym. Staje się pytaniem poważnym, godnym chrześcijanina. Właśnie takie pytanie o granice miłosierdzie, pytanie zrodzone z bólu, stanowi punkt wyjścia naszej refleksji: czy zawsze mam być miłosierny?

Trzy różne odpowiedzi: nieufność, obojętność, zachwyt

Radykalnej odpowiedzi udzielił nie tak dawno marksizm. Przez swoją głęboką nieufność doprowadził do wyeliminowania miłosierdzia z obszaru ludzkich zainteresowań. Marksizm uważał miłosierdzie za rodzaj oszustwa. Religia ze swoimi dziełami miłosierdzia jest “opium ludu” (K. Marks). Skrajni ideologowie marksizmu byli przekonani, że miłosierdzie odwodzi ludzi uciskanych od stawiania istotnych pytań i dążenia do właściwych celów, to znaczy – walki klasowej i rewolucji. Ubodzy nie potrzebują miłosierdzia, ale sprawiedliwości. Miłosierdzie jest narzędziem w rękach ludzi bogatych, które służy im samym do utrzymania władzy i uspokojenia sumień. Ubodzy natomiast potrzebują zmiany niesprawiedliwego porządku społecznego na taki, w którym wszyscy otrzymywaliby swoją część światowych dóbr i nie oczekiwaliby już dzieł miłosierdzia. Fundamentem życia społecznego zatem nie powinno być, według marksizmu, miłosierdzie, ale sprawiedliwość.

Nieco innej odpowiedzi udziela dzisiaj liberalizm. Wprawdzie miłosierdzie nie jest tu zwalczane metodami rewolucyjnymi, ale chłodna obojętność bynajmniej nie sprzyja jego rozwojowi. Również tutaj miłosierdzie nie ma większego znaczenia. Jego rola w życiu społecznym zostaje ograniczona do minimum. W liberalizmie przywiązuje się dużą wagę do wolności indywidualnej, która rodzi poczucie siły i przekonanie o możliwości samozbawienia. Miłosierdzie postrzegane jest jako przejaw słabości i w konsekwencji staje się niepotrzebne. Na jego miejsce wchodzi postęp naukowo-techniczny i sprawiedliwość prawna, które mają być remedium na wszelkie bolączki cywilizacyjne. Miłosierdzie jest tolerowane jako sprawa czysto prywatna i dowolny wybór osobisty. Zatem i tutaj, jeśli nawet nie dochodzi do tak ostrego przeciwstawienia miłosierdzia i sprawiedliwości jak w marksizmie, to jednak dochodzi ostatecznie do ucieczki od miłosierdzia, pytanie o jego granice po prostu nie istnieje. Wszystkie problemy mają być rozwiązywane na drodze sprawiedliwości.

Zupełnie inaczej rozumie i inną postawę wobec miłosierdzia przyjmuje chrześcijaństwo! Nie ma tutaj lękliwej agresji ani cynicznej obojętności, które mogliśmy dostrzec w marksizmie i liberalizmie, jest natomiast zachwyt i wdzięczne przyjęcie miłosierdzia jako największego daru Nieba. Dzięki temu chrześcijaństwo mogło zajaśnieć od samego początku wspaniałymi czynami miłosierdzia co do duszy i co do ciała wielu swoich synów i córek. Szczególnie jednak w naszych czasach, dzięki przesłaniu dwóch wielkich świętych, św. Teresy od Dzieciątka Jezus i św. Faustyny Kowalskiej, uświadomiliśmy sobie, że w miłosierdziu wyraża się sam rdzeń chrześcijaństwa – jego otwarcie na Bożą tajemnicę. Pomógł nam w tym znacznie Jan Paweł II: najpierw przez encyklikę Dives in misericordia, następnie beatyfikację i kanonizację s. Faustyny oraz ogłoszenie Teresy od Dzieciątka Jezus doktorem Kościoła, a w końcu przez ustanowienie święta Bożego Miłosierdzia i zawierzenie Mu całego świata. 

Ale na tych suchych informacjach poprzestać nam nie wolno. Zatrzymanie się w tym miejscu, świadczyłoby o teoretycznym i zbyt uproszczonym podejściu do interesującego nas zagadnienia. Nasza odpowiedź musi być bardziej smakowita. Ma angażować nie tylko intelekt, ale – jak to zostało już wcześniej powiedziane – całe nasze życie. Pikanterii tej kwestii dodaje fakt, że zarówno w marksizmie jak i w liberalizmie, oprócz ewidentnych błędów, znajdujemy coś z prawdy Przedstawiając zatem chrześcijańską odpowiedź na pytanie o granice miłosierdzia – które rości sobie pretensje, żeby nie mieć żadnych granic! – musimy być otwarci na te elementy prawdy, z którymi spotykamy się również w innych filozofiach życia. Przedstawmy wiec naszą odpowiedź w dwóch punktach.

Miłosierdzie domaga się sprawiedliwości

Jeśli naszą argumentację chcemy oprzeć na pełnej wizji miłosierdzia i prowadzić jeszcze miłosierny dialog z ludźmi naszej kultury, musimy przede wszystkim pamiętać, że miłosierdzie nie wyklucza sprawiedliwości, ale się jej domaga. Miłosierdzie jest wymagające! Nie ma miłosierdzia bez sprawiedliwości. Pierwszym przejawem autentycznego miłosierdzia jest właśnie sprawiedliwość, czyli oddanie drugiemu tego, co mu się należy. Z miłości daję drugiemu to, co jest moje. Ze sprawiedliwości daję to, co jest jego. Otóż nie mogę dać drugiemu tego, co moje, jeśli wcześniej nie oddam mu tego, co jest jego (por. św. Tomasz z Akwinu, S. Th.II-II, q.117, a.5). Sprawiedliwość stanowi więc fundament, albo minimum miłosierdzia.

Bardzo dobrze rozumieli to Święci, którzy jednocześnie mieli odwagę nazywać rzeczy po imieniu. Twierdzili oni, że znaczną część tego, co dajemy ubogim w przekonaniu świadczenia miłosierdzia, w rzeczywistości stanowią czyny zwykłej sprawiedliwości. Św. Grzegorz, na przykład, mówił: “Gdy dajemy potrzebującym to, co im niezbędne, dajemy im to, co do nich, a nie do nas należy. Spłacamy raczej dług [sprawiedliwości], niż spełniamy dzieło miłosierdzia” (Księga reguły pasterskiej, III, 21). Podobnie uważał św. Rafał Kalinowski. Jako 25 letni mężczyzna pisał: “Kiedy przypomnę sobie te stosy książek, którem przeczytał i cudze rozumy, którem pozjadał – uważam siebie jako złodzieja okradającego innych, często biedniejszych od siebie i nieudzielającego nic ze siebie […]. Staję przed nimi jak dłużnik przed wierzycielami” (List 14, do Masi i Wiktora Kalinowskich, Petersburg, 29 września 1860). A w czasie pobytu na Syberii zanotował: “Zapłać przede wszystkim dług, a później rozdawaj jałmużnę” (Świętymi bądźcie, s.16).

W tym względzie Święci są bezlitośni! (Chciałoby się powiedzieć – nie mają miłosierdzia!). Stawiając jasne granice między miłosierdziem a sprawiedliwością, domagają się od nas przede wszystkim sprawiedliwości. Tym samym bezwzględnie demaskują wszelką pseudo-duchowość, spirytualizm oraz zbyt górnolotne i jednostronne wizje miłosierdzia. Nie jest ono, według nich, jakąś sentymentalną filantropią ani rozmazaną litością. Nie polega na przymykaniu oka i patrzeniu przez palce na ludzkie słabości. Nie ogranicza się do bezradnego współczucia z powodu zła moralnego, fizycznego czy materialnego. Raczej wszyscy zgodziliby się z Janem Pawłem II, który w encyklice Dives in misericordia ukazywał miłosierdzie jako wielki czyn “dowartościowywania”, “podnoszenia w górę”, “wydobywania dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i w człowieku” (n.6). Aby więc nie dopuścić do sloganowego mówieniu o miłosierdziu, ale w realizacji prawdziwie miłosiernego czynu, Święci każą nam najpierw zejść na sam dół, do granic sprawiedliwości, która umie rozróżniać dobro i zło, “moje” i “twoje”. I nie odrywając się nigdy od miłosierdzia, każą bardziej zaufać sprawiedliwości – jak św. Teresa od Dzieciątka Jezus, która mówiła, że “właśnie sprawiedliwość, która przeraża tyle dusz, jest dla mnie źródłem radości i ufności. Być sprawiedliwym, to oznacza nie tylko wymierzać surową karę winowajcom, ale także uznać intencje prawe i wynagradzać cnotę. Spodziewam się tyleż od sprawiedliwości Bożej, ile od Jego miłosierdzia; właśnie dlatego, że jest sprawiedliwy, równocześnie ‘łagodnym i miłościwym jest Panem, nieskory do gniewu i bogaty w łaskę… Wie On, z czego jesteśmy utworzeni, pamięta, że jesteśmy prochem… Jako się lituje ojciec nad synami, tak Pan się lituje nad tymi, co się go boją’ (Ps 103,8.14.13)” (List 226, z 9 maja 1897).

Jednocześnie, zapatrzeni w samego Boga, każą nabrać dystansu do obiegowych opinii, które utożsamiają sprawiedliwość z rygorem. Takie utożsamienie bowiem rodzi nie ufność, ale lęk przed sprawiedliwością i chęć wyeliminowania jej z obszaru chrześcijaństwa na rzecz samego miłosierdzia. A to jest bardzo ryzykowne. Dlatego św. Tomasz z Akwinu słusznie przestrzegał: “Miłosierdzie bez sprawiedliwości jest matką rozwiązłości” (In Matth. 5,2).

A zatem miłosierdzie domaga się sprawiedliwości. I to nie “mniej” sprawiedliwości, lecz “więcej” – jak słusznie zauważa Papież Benedykt XVI w swej książce Jezus z Nazaretu, s. 94. Tego zresztą uczy Świętych sam Jezus, który jest dla nich bardzo wymagającym Nauczycielem: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż [formalna i minimalistyczna sprawiedliwość] uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego (Mt 5,20).

Miłosierdzie przewyższa sprawiedliwość

Jest jednak jeszcze druga strona medalu, którą też ukazują nam Święci Pańscy. Mianowicie, że nie można poprzestać na samej sprawiedliwości i do niej tylko się ograniczyć. Już św. Tomasz z Akwinu mówił, że “sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem” (In Matth. 5,2). Bardzo pięknie, obrazowo, tę samą prawdę wyraził nasz poeta C. K. Norwid: “Częstokroć się lękam wyobrażeń sprawiedliwości niezachwianej, która w człowieku pojedynczym tak łatwo schodzi na fanatyzm. A sądziłbym, że właśnie znajdujemy się w czasie tysiąca drobnych fanatyzmów, w ciasnotę jedną połączonych i jakoby łokciami rozpierających się o miejsce” (C.K. Norwid, Sumienie słowa, n. 1). W tę samą duchową tradycję wpisuje się wierny ich uczeń, Sługa Boży, Jan Paweł II, który w encyklice Dives in misericordia, n. 12, stanowczo stwierdza: “Sprawiedliwość sama nie wystarcza”. Doświadczenia przeszłości i współczesności wskazują bowiem, że w imię motywów rzekomej sprawiedliwości niejednokrotnie niszczy się drugich, zabija, pozbawia wolności, wyzuwa z elementarnych praw ludzkich i ostatecznie doprowadza do zaprzeczenia i zniweczenia samej sprawiedliwości. Stosowanie zasady “oko za oko i ząb za ząb” (Mt 5,38) prowadzi niechybnie do wielkich krzywd ludzkich i niesprawiedliwości. Po prostu dehumanizuje, co wyrażone zostało w pięknej łacińskiej maksymie: Summum ius – summa iniuria (“najwyższe prawo – najwyższą krzywdą”, albo prościej: “najwyższa sprawiedliwość – najwyższą niesprawiedliwością”).

Dlatego też sprawiedliwość zawsze musi być otwarta na miłosierdzie, l to takie miłosierdzie, które – mając obowiązek przebaczania siedemdziesiąt siedem razy w ciągu dnia (Mt 18,21-22) – ostateczny sąd (Mt 7,12) – również na mocy obowiązku (przykazania) – pozostawia Miłosierdziu Bożemu. “Bo gdyby tylko była Sprawiedliwość a Miłosierdzie się nie dołączało, któż byłby zbawiony?” (Ch. Peguy, Przedsionek tajemnicy drugiej cnoty, s. 150). I gdyby tylko obszar sprawiedliwości miał być jasno określony i sztywno zobowiązujący, a poza nim miałaby się rozpościerać jakaś mglista przestrzeń rzekomego miłosierdzia z zadaniami nieokreślonymi, spontanicznymi i zupełnie dowolnymi, któż zdołałby ocalić swoje i innych człowieczeństwo? Na szczęście są jeszcze Święci! Oni pokazują, że miłosierdzie przewyższa sprawiedliwość, bo dokonuje tego, czego nie jest w stanie dokonać sprawiedliwość. A gdy w grę wchodzi ratowanie człowieczeństwa bliźnich, nie pytają, czy zawsze mają być miłosierni. Co najwyżej rozwiewają wątpliwości innych ludzi, a sami po prostu czynią miłosierdzie. I to bez granic! Czują się do niego zobowiązani słowem Jezusa. Nawet ból nie stanowi granicy dla ich miłosierdzia… Święci bowiem dziecięco wierzą, że “miłość i tylko miłość (także owa łaskawa miłość, którą nazywamy ‘miłosierdziem’) zdolna jest przywracać człowieka samemu człowiekowi” (Dives in misericordia, n.14).

Św. Rafał Kalinowski, będąc jeszcze na Syberii, zajmował się wychowaniem dzieci i młodzieży. Kiedyś jeden z wychowanków bardzo ordynarnie do niego się odezwał. Nawiązując do tego faktu, w liście do swojej siostry, Marii, tak opisuje swoją postawę i jednocześnie swe najgłębsze przekonania: “Matka chciałaby, zdaje się, widzieć mię trochę sroższym (…), ale nie potrafię lwa udawać; a jeżeli czasami zniecierpliwiony wybuchnę, to ostatecznie sam ze siebie nierad jestem i kończy się tym, że podwajam łagodność (…). Dla normalnego też wychowania dzieci trzeba posługiwać się oprócz karności ludzkiej [tj. sprawiedliwości], nadto karnością kościelną [tj. miłosierdziem], gdy zaś tę ostatnią stosować nie można, złe będzie wychowanie, złe też będą i rządy” (Rafał Kalinowski, List 219, do Marii Kalinowskiej, Perm, 12/14 lutego 1873).

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus otrzymała kiedyś list od swojej siostry Celiny, w którym donosi jej o tym, że boryka się z pewną leniwą, fałszywą i pijącą wino pokojówką. Wydawałoby się, że w takich sytuacjach trudno odwoływać się do wzniosłej teologii miłosierdzia. Należałoby raczej sięgnąć do zwykłej ludzkiej sprawiedliwości. A jednak Teresa odpisała siostrze: “Pan Bóg miłosierny w odpuszczaniu wszelkich grzechów, jest dość potężny na to, aby ugruntować zasady nawet takim ludziom, którzy ich nie posiadają. Pomodlę się serdecznie za nią; może na jej miejscu byłaby jeszcze gorsza… może ona byłaby już wielką świętą, gdyby otrzymała połowę tych łask, jakimi Pan Bóg obdarzył mnie tak hojnie” (List 147). Wynika z tego, że Teresa swoją teologię miłosierdzia potrafi zastosować do najbardziej banalnych i codziennych sytuacji życiowych. Wiarygodność tej teologii potwierdzona jest pytaniem otwartym na tajemnicę: “Co stałoby się, gdyby ta biedna pokojówka otrzymała połowę tych łask, jakimi Panu Bogu spodobało się obdarzyć Teresę?”.

I na zakończenie jeszcze jedno świadectwo miłosierdzia autentycznie “ubogiej wdowy” z Ewangelii; świadectwo jakie wystawił Zbigniew Herbert swojej babci: “Babcia była w trzeci zakonie. Ojciec wyśmiewał to. Była stale zawstydzona swoją dobrocią. Na pomaganie biednym nie wystarczała jej emerytura. Ojciec czasem dostawał rachunki do zapłacenia, jakieś pięćdziesiąt złotych… Babcia była w stałej defensywie, ale nigdy nie broniła się, że Pan Jezus powiedział… Ojciec bardzo był podobny do babci, chciał ją jakoś uchronić, wychować [sprawiedliwość!]… Raz, gdy zamknął drzwi, uciekła do kościoła przez okno. Jej można było wszystko powiedzieć. Opiekowała się dziewczyną, co miała dziecko. Nigdy nie mówiła o niej, że to taka panna, co zgrzeszyła. Babcia nigdy nie wykorzystywała swojej religijności jako argumentu, że tak trzeba żyć. Nie chciała nikogo pociągać za sobą. Myślała, że ci, którzy postępują inaczej, mają swoje racje po temu. Gdy przychodzą, trzeba ich przyjąć. Jak aniołów (…). U babci nie było bluźnierstwa, była pokora. W niej światło nie gasło. Ona miała (…) kontakt z Panem Bogiem (…) Ona była z Nim. Upadłym dziewczynom nie mówiła, że trzeba się nawrócić, iść do spowiedzi (…). Babcia wiedziała, że jest jakiś plan i ona w jego realizacji strasznie źle pomaga (…) Nie chciała naprawiać świata jak ojciec, tylko akceptować”.

o. Albert Wach OCD

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »