Press "Enter" to skip to content

Dobrze, że nie potrafię zatrzymywać czasu…

Chodzę tam głównie prosić o cuda. Albo za nie podziękować. Ja. Taka zaradna, niepłaczliwa, odporna, samodzielna. Nie proszę o to, co sama ogarniam… Tak sobie myślałam do czasu tej pielgrzymki. Do jej ostatniego dnia. Tego dnia, kiedy miał po mnie przyjechać mąż. Mieliśmy z Michałem razem pójść na mszę, potem na spacer, potem znowu już razem do Tej Rozdającej Łaski, potem nocowanie pod namiotem i rano kupowanie pamiątek. A potem wspólny powrót i załatwianie w samochodzie przy jakiejś fajnej muzyczce tysiąca spraw domowych, może jakieś anegdoty… Już to przerabialiśmy w zeszłym roku. Było super. Ale kiedy stanęłam przed obrazem Jasnogórskiej Matki, jeszcze przed przyjazdem Michała, kiedy jak flesz przewaliły mi sie przez głowę te wyproszone i spełnione Jej wstawiennictwem cuda i kiedy zaczęłam wyszeptywać tegoroczne intencje spadł na mnie cud największy. Światło na to co przypisywałam do tej pory trochę fajności mojego męża a trochę (a może i bardziej) swojej. Moje małżeństwo. Coś, co chyba jest najtrudniejszą drogą. Przez własny egoizm, rutynę, znudzenie, słabości, złość, opadanie masek, zmęczenie, wywalanie na najbliższych pomyj brudów codziennych zmagań w pracy, z sąsiadami, koleżanką , dziećmi, zmarszczkami, nieudanymi projektami i nieodnalezionymi rymami do pisanego wiersza. To przecież droga, którą czasami już nie chce się iść, która zarasta chwastami, bo dawno przestaliśmy na niej sadzić róże… A moje małżeństwo trwa przecież nie tylko w jakiejś poprawnej, uczciwej relacji ale te roże rosną nam coraz bujniej. Serce zabiło mi przed Tym Obrazem świadomie, taką tęsknotą i takim zakochaniem. Łzy pociekły. I zrozumiałam, że to żadna zasługa nasza, ale po prostu prezent z Góry. Taki najpotrzebniejszy. Nie dlatego, że zasłużyłam, ale dlatego, że jestem słabiakiem strasznym. Takim, co to sam nie upilnowałby nie tylko wielkiej miłości ale nawet i relacji z panią z kiosku. Takim, co to nienapędzany miłością i obecnością kochającej osoby odpadnie przy byle pagórku. Niekochana i niekochająca nie uniosłabym żadnego trudnego wydarzenia. A tu nie tylko, że jest dźwigane, to jeszcze daje radość i dokładnie te trudne sytuacje, te nasze codzienne troski i te zwalające na kolana wydarzenia, które wpadły w nasze życie przez te ponad dwie dekady pokazały, żeby sie nie bać bo jesteśmy sobie wsparciem i radością a z nami Bóg. Że w takiej konfiguracji nic nie tylko nie zniszczy nas, ale też nie wypłucze zakochania, radości i ciekawości jutra. Ja, najsłabsza z najsłabszych zostałam wyposażona do walki w kategorii ekstra ciężkiej. I kiedy zrozumiałam od Kogo ten prezent już nic nie było zwyczajne…. Czekałam aż Michał przyjedzie z sercem bijącym jak przed ślubem. A Maryja przygotowała nam Święto wielkie. Wspólnie stanęliśmy w miejscu, gdzie dzieją się cuda. Poszliśmy na najpiękniejszy spacer rozświetlonymi i wysłanymi hortensjami alejami. Weszliśmy do jakiejś knajpki, gdzie właściciel absolutny pasjonat zrobił nam ekskluzywną i pyszną kolację. Rano, po mszy poszliśmy w to samo miejsce na nieziemskie śniadanie. Robiąc zakupy wpadła nam w ręce płyta Zbyszka Wodeckiego., która jak dopełnienie naszego nastroju towarzyszyła nam w drodze do domu. Jadąc samochodem nie rozmawialiśmy o remoncie tarasów, ani nie robiliśmy list zakupów. Ale o nas. I śpiewaliśmy trochę. I słuchaliśmy. I wzruszaliśmy się nazywając to co dostaliśmy… A ja pierwszy raz w życiu pomyślałam, że to dobrze, że nie potrafię zatrzymywać czasu w tych najpiękniejszych momentach bo bardzo czekam na to co jeszcze przed nami. Wszystkie moje pielgrzymki były piękne. Ale ta miała najcudowniejszą drogę powrotną. Pokazała mi że zostałam obsypana tyloma cudami, że już przestałam je wyławiać z tego codzienności. Pokazała mi, że moja codzienność składa się z cudów. Pokazała mi, że mam wszystko. Dziękuję Jasnogórska Pani. Najbardziej jak tylko potrafię.

Barbara Konarska

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.