Press "Enter" to skip to content

Rozważania klasztorne. Traktaty o Kościele?

I.

Gdy Piotr i Jan wchodzili do świątyni na modlitwę o godzinie dziewiątej, wnoszono właśnie pewnego człowieka, chromego od urodzenia. Kładziono go codziennie przy bramie świątyni, zwanej Piękną, aby wstępujących do świątyni prosił o jałmużnę. Ten, zobaczywszy Piotra i Jana, gdy mieli wejść do świątyni, prosił ich o jałmużnę. Lecz Piotr wraz z Janem, przypatrzywszy się mu, powiedział: „Spójrz na nas!”. A on patrzył na nich, oczekując od nich jałmużny. „Nie mam srebra ani złota — powiedział Piotr — ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!”. I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. A on natychmiast odzyskał władzę w nogach i stopach. Zerwał się i stanął na nogach, i chodził, i wszedł z nimi do świątyni, chodząc, skacząc i wielbiąc Boga. A cały lud zobaczył go chodzącego i chwalącego Boga. I rozpoznawali w nim tego człowieka, który siadał przy Pięknej Bramie świątyni, aby żebrać, i ogarnęło ich zdumienie i zachwyt z powodu tego, co go spotkało. Dz. 3, 1 – 10

To bardzo wyjątkowy fragment, pełen figur. Zobaczmy w chromym nas samych, w Piotrze i Janie – Kościół (zbudowany na dwóch filarach: słabości, dobrych chęci i czystości miłości, oddanej wierności). Jak bardzo jesteśmy materialni, skupieni na swoich potrzebach i pełni roszczeń, ciągle czegoś oczekujący – a jednocześnie sparaliżowani, niezdolni do podejmowania samodzielnych decyzji.

Można rzucić jałmużnę i przejść obojętnie obok. Ale nie – Kościół jest Matką (przynajmniej w duchowym wymiarze). A jak matka może nie spojrzeć na swoje dziecko? Dlatego Apostołowie rozpoczynają wszystko od spojrzenia. Ale ono nie może być jednostronne. „Spójrz na nas” – proszą. Ale spojrzenie chromego było mętne, pozbawione czystej intencji. Warto sobie zadać pytanie – jak ja patrzę na Kościół? Czy tylko materialnie? A może potrafię tylko krytykować?

Zarówno Piotr jak i Jan mieli za sobą bardzo mocne „doświadczenie spojrzenia”. Piotr doświadczył spojrzenia miłosiernego po wyparciu się Jezusa. To było spojrzenie przebaczenia, miłości (choć i pewnie wówczas w oczach Jezusa był ból i obietnica wierności Boga). A Jan? Gdy wszedł do pustego Grobu – „ujrzał i wierzył”. Spojrzenie, które zrodziło wiarę i które nie zatrzymało się tylko na materii, ale było zdolne przeniknąć dalej, głębiej.

Kościół – Oblubienica nazywa siebie – przypisując sobie słowa z Pieśni nad Pieśniami – „piękną i czarną”. Możemy oburzać się na ową czerń, ale to właśnie jest to, co ludzkie. Razem z Boską cząstką tworzy mozaikę, które przetrwała wieki. Owszem, „czerń” potrafi ugodzić, zranić, spowodować ból, zaskoczyć. I wtedy jest nam potrzebne spojrzenie Jana – ale i on nie byłby do niego zdolny, gdyby nie dwie jego wcześniejsze postawy – mocne i ufne, dziecięco proste wtulenie się, przytulenie do Serca Jezusowego, a potem trwanie pod Krzyżem i wzbudzone poczucie odpowiedzialności za innych. Nie tylko matka ma czuwać nad synem, nad dzieckiem, ale i dziecko nad matką.

Jak następne słowa Piotra musiały zaskoczyć chromego. Ale Apostoł powiedział prawdę – nic nie ma swojego do dawania, sam z siebie jest ubogi i sam potrzebuje wsparcia. Ale na szczęście jest ta „Boska cząstka”. Piotr wypowiadając nakaz powstania do chromego, powiela gesty, czyny i słowa Jezusa. Czy jest tego świadomy? Czy Kościół (konkretne persony
z tytułu swojego powołania) mają świadomość Kogo uosabiają? (albo: Kogo powinni uosabiać?). To nie ich gesty i słowo, ale Pana. Tylko najpierw w Panu trzeba je dostrzec, od Niego ich się nauczyć. Czy gdyby Piotr wcześniej nie widział Jezusa, który uzdrawia, czy teraz wiedziałby jak postąpić?

Mamy – my osoby Kościoła – dawać innym Boga, tzn. pozwolić, by Bóg przez nas przychodził do innych. Ale być narzędziem w Jego ręku można być tylko wtedy, gdy odrzuci się swoje plany, swoje aspiracje, gdy samemu, w szczerości i w sobie samym, wobec samego siebie, zajmie się ostatnie miejsce.

Ale tak sobie jeszcze myślę, że to była też próba dla Piotra. Co czuł, gdy wypowiadał te słowa? Co byłoby, gdyby chromy nie powstał? Pewnie czasem jest tak, że pewne „cuda” są bardziej dla „ludzi Kościoła” niż prostych wiernych … Dlatego chromy powstaje.

II.

Kościół cieszył się pokojem w całej Judei, Galilei i Samarii. Rozwijał się i żył bogobojnie,
i napełniał się pociechą Ducha Świętego. Kiedy Piotr odwiedzał wszystkich, przyszedł też do świętych, którzy mieszkali w Liddzie. Znalazł tam pewnego człowieka imieniem Eneasz, który był sparaliżowany i od ośmiu lat leżał w łóżku. Piotr powiedział do niego: „Eneaszu, Jezus Chrystus cię uzdrawia, wstań i zaściel swoje łóżko!” I natychmiast wstał. Widzieli go wszyscy mieszkańcy Liddy i Saronu i nawrócili się do Pana. Mieszkała też w Jafie pewna uczennica imieniem Tabita, co znaczy Gazela. Czyniła ona dużo dobrego i dawała hojne jałmużny. Wtedy właśnie zachorowała i umarła. Obmyto ją i położono w izbie na piętrze. Lidda leżała blisko Jafy; gdy więc uczniowie dowiedzieli się, że jest tam Piotr, wysłali do niego dwóch posłańców z prośbą: „Przyjdź do nas bez zwłoki”. Piotr poszedł z nimi, a gdy przyszedł, zaprowadzili go do izby na górze. Otoczyły go wszystkie wdowy i pokazywały mu ze łzami w oczach chitony i okrycia, które zrobiła im Dorkas za swego życia. Po usunięciu wszystkich Piotr upadł na kolana i modlił się. Potem zwrócił się do ciała i rzekł: „Tabito, wstań!” A ona otwarła oczy i zobaczywszy Piotra, usiadła. Piotr podał jej rękę i podniósł ją. Zawołał świętych i wdowy i ujrzeli ją żywą. Wieść o tym rozeszła się po całej Jafie i wielu uwierzyło w Pana.
Dz. 9, 31 – 42

… a jego powstanie „zabiera nas” do kolejnego fragmentu. Następne uzdrowienie, a i jakże dokładne polecenie, by uzdrowiony zaścielił swoje łoże. Bo nie można tylko przyjmować daru. Otrzymana szansa ma obudzić z bierności do odpowiedzialności. Zarówno my – lud – nie możemy być bierni w łodzi Kościoła. Łatwo jest być tylko pasażerem. Ale rolą Matki jest także wychowywanie, którego elementem jest m.in. nauka odpowiedzialności właśnie. Bóg wspomaga swoją łaską, ale potrzebna jest i nasza współpraca. To taka wzajemność. Boży dar jest łaską darmo i niezasłużenie nam daną, ale już od nas zależy, co z nią uczynimy, czy i na ile się na nią otworzymy. To nie teatr z góry zaplanowanym, przewidzianym scenariuszem.

W tym momencie ktoś mógłby słusznie zarzucić, że figurę ludu, wiernych widzę tylko w chorych, ułomnych. Zgadzam się. Również Kościół możemy w nich dostrzec. Kościół powołany jest do dawania życia. Czy na pewno to czyni? Czy sam czasem też nie jest bierny, sparaliżowany, obwiązany ludzkimi więzami?

Piotr – w następującej zaraz potem scenie wskrzeszenia – nie chce z tego czynić spektakularnego wydarzenia, chce być z dala od zgiełku, liczy się tylko owa kobieta.

Czy Kościół jest jeszcze gotowy – tak indywidualnie – pielgrzymować do sanktuarium serca danej osoby, modlić się, szukać dla niej ratunku? Piotr upada na kolana – wie, że sam nie potrafi dać życia. Jeden jest dawca Życia.

III.

Paweł z Miletu posłał do Efezu i wezwał starszych Kościoła. A gdy do niego przybyli, przemówił do nich: «Wy wiecie, jaki byłem z wami przez cały czas od pierwszej chwili, kiedy stanąłem w Azji. Jak służyłem Panu z całą pokorą wśród łez i doświadczeń, które mnie spotkały z powodu zasadzek Żydów. Jak nie uchylałem się tchórzliwie od niczego, co pożyteczne, tak że przemawiałem i nauczałem was publicznie i po domach, nawołując zarówno Żydów, jak i Greków do nawrócenia się do Boga i do uwierzenia w Pana naszego, Jezusa. A teraz, przynaglany przez Ducha, udaję się do Jeruzalem; nie wiem, co mnie tam spotka oprócz tego, że czekają mnie więzy i utrapienia, o czym zapewnia mnie Duch Święty w każdym mieście. Lecz ja zgoła nie cenię sobie życia, bylebym tylko dokończył biegu i posługiwania, które otrzymałem od Pana Jezusa: bylebym dał świadectwo o Ewangelii łaski Bożej. Wiem teraz, że wy wszyscy, wśród których po drodze głosiłem królestwo, już mnie nie ujrzycie. Dlatego oświadczam wam dzisiaj: Nie jestem winien niczyjej krwi, bo nie uchylałem się tchórzliwie od głoszenia wam całej woli Bożej». Dz. 20,17 – 27

Spotkaliśmy się z Piotrem, z Janem. Jest jeszcze bardzo ważna osoba Pawła – i jego przemówienie do starszyzny Efezu. Słowa pożegnania, ale i wielkiej właśnie odpowiedzialności, cechuje jak – pomimo wszystko – przejrzyste powinno być działanie członka Kościoła, jawne, a kiedy trzeba, poddane kontroli i ocenie. „Wiecie jaki byłem” – znacie i przeszłość i postawę po łasce nawrócenia. Droga Pawła w Kościele nie była prosta, była zupełnie inna niż Piotra. Paweł musiał „w to wejść”, był na początku kimś obcym, ciążyła na nim przeszłość prześladowcy. Można powiedzieć, że to „wejście” zawdzięcza on Barnabie – mężowi pocieszenia, który zamiast oceniać i przesądzać, podał mu pomocną dłoń. A kiedy już Paweł mógł wejść, to wszedł na całego. Jest on przecież przykładem służby pomimo wszystko i w każdych okolicznościach, i wobec każdych – „zarówno wobec Żydów jak Greków” – Słowo Boże, Jego dzieło zbawienia, są skierowane do wszystkich.

Zamykając się w strukturach, w schematach można zapomnieć o tym powszechnym posłannictwie Kościoła. Nie jest sztuką wybierać sobie dogodnych słuchaczy. W Boży plan wobec nas jest wpisana także lekcja doświadczenia, porażki (nieudane wystąpienie na Areopagu wobec Greków) i konfrontacja, czy jesteśmy gotowi bronić głoszonej nauki (spory z Żydami i prześladowania), czy raczej ulegamy pokusie konformizmu, bycia chwiejną chorągiewką (spór o obrzezanie).

Paweł żegna się ze starszymi przed wyjazdem do Jerozolimy. Możemy dostrzec w tym symbol jeszcze głębszego wejścia w Kościół. Paweł jest świadomy czekającego go cierpienia. Z historii znamy wiele przykładów, ile to święci wycierpieli właśnie od Kościoła, szczególnie wtedy, gdy rozpoczynali walkę, starania o poprawę tej „ludzkiej cząstki”. I tu nie chodzi o spełnienie swoich ambicji, podążania za swoimi żądzami, ale czystą miłość ku Matce i jej dzieciom. To pożegnanie, świadomość Pawła, że więcej już nie ujrzy Efezjan, też można potraktować symbolicznie.

Im bardziej wchodzimy w głąb, tym bardziej my powinniśmy znikać. By to już nie nasze „ja” było na pierwszym miejscu, by nasze czyny przestały być naszymi, a stały się Chrystusowymi – w autentycznej postawie a nie w wykrzykiwanych hasłach.

Fragment ten kończy się pięknym wyznaniem Pawła: „nie jestem winien niczyjej krwi”. Nie uchylał się od głoszenia „Ewangelii łaski Bożej”, „Bożej woli”. Bo Paweł wiedział, że grzechem jest milczeć, gdy powinno się przemawiać, że milczenie jest przytaknięciem, zgodą, a są rzeczy, na które zgodzić się nie można, że milczenie, gdy powinno się przemawiać jest współudziałem w złym, a może i zachętą do danego grzechu. Jest też obłudą – podobnie jak uśmiech i fałszywe usprawiedliwienie. Paweł nie poszedł łatwą drogą, nie chciał chodzić ścieżkami kompromisu, źle pojmowanej „miłości”, dlatego w szczerości serca mógł tak wyznać. Obyśmy i my na końcu naszej wędrówki mogli tak podsumować swoje życie.

s. M. Teresa Pechman OCPA

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.