Press "Enter" to skip to content

Br. Tadeusz Ruciński FSC: Kiedy pościcie

„Mądrej głowie dość dwie słowie” – mawiali przodkowie, więc z początku Wielkiego Postu weźmy te dwa słowa: „Kiedy pościcie”. O czym więc myślicie, kiedy pościcie? – O głodach ciała, czy o głodzie duszy? Jednak o dogadzaniu ciału słyszy się ciągle i wszędzie, ale o potrzebach czy głodzie duszy – rzadko i gdzie niegdzie.

Pamiętam z dzieciństwa, gdy któreś z nas dzieci snuło się z kąta w kąt, to babcia nie pytała: A może coś zjesz, wypijesz? A może coś ci zrobić, kupić? Ale: „Czego dusza pragnie?” Ciekawe, czy współczesne babcie i mamy mają przepisy na „zdrową żywność lub smakołyki dla duszy”? A wiedzieć trzeba, że anoreksja i bulimia, to nie tyle zaburzenie odżywiania ciała, co raczej… zagłodzenie duszy.

Ciekawe, że Buszmeni – mały afrykański ludek, który nie zawsze potrafi nawet przechowywać żywność na drugi dzień, więc chadza czasem głodny i który ma dość prymitywny język, ma w tym języku dwa określenia głodu: Mały głód i wielki głód. Ten mały dotyczy ciała, a ten wielki jest głodem… sensu. A to już jest sprawa duszy. Głodów duszy nie zapcha się jedzeniem, choćby wyszukanym. Ludzie bogatego Zachodu – często przesyceni, przejedzeni – nawet nie wiedzą, że cierpią często na powolne umieranie duszy. Rosnąca szybko ilość chorujących na depresję jest tego przejawem i dowodem. Bo my bardzo rzadko pytamy o swoje dusze. Nie bardzo nawet wiemy, czym ta nasza dusza jest. – Poetycką metaforą? Pierwiastkiem życia? Czymś z podobieństwa do Boga? Zalążkiem wieczności? Co ją żywi, a co zabija?

Pewien młody misjonarz otrzymał polecenie natychmiastowego wyjazdu do Kenii, ponieważ zmarł tam na misji jedyny kapłan. Był jakiś czarterowy lot, więc zapakował trochę żywności, leków, aparatury i poleciał. Na prymitywnym lotnisku czekali tragarze, którzy przybyli z tej misji. Przywitali misjonarza, chwycili toboły i ruszyli razem do dość odległej wioski. Misjonarz, nawykiem Europejczyka, spoglądał na zegarek i lekko przynaglał tragarzy, sądząc, że idą za wolno. Jednak w pewnym momencie tragarze zatrzymali się, zrzucili toboły i usiedli na nich. Nie wyglądali jeszcze na zmęczonych. Gdy misjonarz zapytał o przyczynę postoju, najstarszy z nich powiedział: „Ojcze, szliśmy za szybko i przegoniliśmy nasze dusze”.

Misjonarz myślał, że ten żartuje i zapytał: „To co, dusz teraz nie macie?” A tamten odpowiedział poważnie: „Ojcze, gdy człowiek przegoni swoją duszę, to w jej miejsce wchodzi duch wiatru, duch pustki i duch śpiączki… I człowiek już nie jest swój. Dlatego poczekamy, aż nasze dusze nas dogonią. Misjonarz siadł przy nich i już nie patrzył na zegarek W pewnym momencie tragarze zerwali się, zarzucili na plecy toboły i ruszyli w górę ze śpiewem.

Wobec tej przypowieści rodzi się pytanie: Jak daleko my, ludzie „zaśpieszeni”, wciąż nie nadążający, przegoniliśmy nasze dusze? I czy one nas mogą jeszcze dogonić? Bowiem człowiek, zapominający o swojej duszy, głodzący ją, staje się powoli BEZDUSZNYM, BEZMYŚLNYM i BEZWOLNYM. A przejawy tego widać dookoła…

Wróćmy jednak do tych duchów, o których mówił tamten mądry tragarz, bo to nie tylko metafory.

DUCH WIATRU – to właśnie ów stan „zaśpieszenia”, nienadążania, zabiegania – z nieustannym refrenem: „Nie mam czasu”. Na co?  Ale jest to  także uleganie wpływom, miotaninie, chwiejności, zmienności, kapryśności.

DUCH PUSTKI – to stan nudy, czczości, ssania nicości: nic nie smakuje, nic nie cieszy, nic nie warto… Dlatego potrzeba ucieczki od nudy, zapełnienia tej pustki, zalania jej czymś, co pobudzi, co podnieci, co spowoduje skok adrenaliny, wyrwie z tego bólu agonii duszy.

DUCH ŚPIĄCZKI – to stan ospałości, otępienia,. poddawania się telewizyjnej pół-hipnozie, różnym formom znieczulenia. Ale to też lenistwo umysłu, serca i sumienia. „I wtedy człowiek nie jest swój”, czyli nie jest sobą i u siebie – nie może znaleźć sobie miejsca.

Podobny stan nawiedzał mnichów na pustyni i nazywany był demonem południa, jednym z kusicieli lub acedią. Jeden z ojców pustyni Ewagriusz z Pontu określi ten stan jako życie na podobieństwo demonów, kiedy człowiek nienawidzi tego, co jest, a pożąda tego, czego nie ma. To właśnie niechęć, wstręt do obowiązku, do powinności, do modlitwy, dobrej pracy… a pogoń za zachciankami, podnietami, doznaniami. To bezruch duszy przy podnieceniu ciała… Słowo „acedia” oznaczało też brak troski o duszę, o bliźnich, o zbawienie i był to ósmy grzech, z którego poczynało się siedem innych. Teraz badający depresję, sięgają po opisy owej acedii, bo podobieństwa narzucają się same. My możemy to nazwać nieustannym stanem pokuszenia.

Dlatego Wielki Post jest czasem walki o swoją duszę. Walki z pokuszeniami – istną machiną wabienia, mamienia, uwodzenia, z jaką mamy teraz do czynienia prawie wszędzie, a w mediach szczególnie. To walka z cichymi, acz perfidnymi zabójcami duszy. To powrót do niej. Odzyskiwanie jej, karmienie i ożywiane. Od czego tu zacząć? Może znów coś powie pewna przypowiastka.

Pewien bogaty Amerykanin, taki co już doznał w życiu rozkoszy jakich tylko mógł i jakie mógł sobie zafundować, wciąż walczył z poczuciem pustki. Jako że niektórzy jego znajomi „odkrywali duchowość Wschodu” i opowiadali o rewelacyjnych przeżyciach duchowych, to i on tam się udał. Odwiedzał klasztory buddyjskich mnichów, aśramy różnych guru, ale nie napotykał tego, czego oczekiwał.

Zniechęcony miał już wracać, gdy trafił przypadkiem do katolickiej misji. U wejścia siedział strasznie wychudzony, zakurzony i spalony słońcem człowiek, ale z niesamowicie szczęśliwą twarzą. Amerykanin przypatrywał mu się długo, ale ten nie tracił tego wyrazu pogody, pokoju i harmonii. Poprosił więc o tłumacza i zapytał, co ten człowiek robi, że jest taki szczęśliwy. Tamten uśmiechnął się i powiedział: „Nic. Kiedy siedzę, to siedzę; kiedy wstaję, to wstaję; kiedy idę to idę”. Amerykanin nie rozumiał: „A ja, to co robię?” – powiedział. Na to tamten ze spokojem: „Nie. Wy, kiedy siedzicie, to już wstajecie; kiedy wstajecie, to już idziecie; kiedy idziecie, to już myślicie o punkcie dojścia… Nigdy więc nie jesteście w sobie. To jak macie być szczęśliwi? Szczęście was omija”.

Ojcowie Pustyni mówili podobnie o leku na acedię: „Nie opuszczaj celi; nie uciekaj przed sobą; bądź wdzięczny za to, co masz i za to co jest”.

Trochę w duchu pewnej fraszki „Co to jest miłość? To wdzięczność bez granic za wszystko i za nic”. Czy nam do tego jest blisko, czy daleko?

Dlatego może w tym Wielkim Poście trzeba byłoby dać odpór tym wyżej wspomnianym duchom i demonom oraz ich kuszeniu. W jaki sposób? Ot, po prostu, żyć trochę…

WOLNIEJ – jeśli czas to krople upływającego życia, to nie powtarzać mantry „Nie mam czasu”, bo może okazać się, że nie mając owego życia na modlitwę, na spotkanie, na spowiedź, na troskę o kogoś, na zatrzymanie… nie będzie się miało życia na… życie. Jak więc można żyć bez życia? Trzeba usiąść, dać czasowi czas, rozprawiać się tak z diabłem ukrytym w pośpiechu („Co nagle to po diable”), pozwolić zaistnieć temu, co z duszy i dla duszy. Jak mówił ks. Twardowski: „Jeżeli kochasz, czas zawsze odnajdziesz, nie mając nawet ani jednej chwili – na spotkanie, list, spowiedź, na smutku w telefonie długie pół minuty, na żal niespokojny i na rozeznanie, że dobrzy są mniej dobrzy, a źli trochę lepsi”.

CISZEJ – wyciszać w sobie i wokół siebie jazgot, hałas, bo on niszczy nerwy, serce i duszę. Trzeba wyłączyć samograje, zbędne słowotoki, a posłuchać w milczeniu ciszy, swojego serca, szeptu sumienia czy Boga w Jego słowie zatrzymywanym w sobie, by wybrzmiało; by zacząć słyszeć to, czego się już dawno nie słyszało. Wbrew tej nieustannie jazgoczącej plotkarni telewizyjnej czy internetowej będącej na podobieństwo fraszki: „Szumi drętwa mowa jak muszla klozetowa”.

TROCHĘ MNIEJ WSZYSTKIEGO – popijania, pojadania, zagryzania, dogadzania sobie, dopieszczania, uganiania się za magią zakupów, czy głupiej rozrywki. W niedosycie ciała, można odczuć i nazwać głody duszy, i dla niej szukać pokarmu.

WRAŻLIWIEJ – zacząć odchodzić od tego przewrażliwienia sobą, swoimi potrzebami, bólami, kłopotami; od tego tańca wokół swojego „ja” („Szczęście mnie mija, bo wciąż tylko: mnie – mi – ja!”) I budzić w sobie wrażliwość na innych, uczyć się czuć czyjeś łzy, cierpienia, dramaty.. Bo po to jest przeżywanie Drogi Krzyżowej i Gorzki Żali.

PO CO TO WSZYSTKO? – ŻEBY NIE ŻYĆ BEZWOLNIE, BEZMYŚLNIE I BEZDUSZNIE. To jest tak ważne zwłaszcza teraz, gdy coraz częściej mówi się o końcu świata, o Apokalipsie, ale jakoś mało lub wcale o zbawieniu wiecznym, jakby to życie zupełnie je przysłoniło, jakby nie było zaledwie wstępem do wieczności i do prawdziwego szczęścia. Może więc jeszcze jedna przypowieść z czasów Ojców Pustyni.

Pewien mnich tak bardzo modlił się, tak bardzo pościł, pokutował; poskramiał głody ciała, że nie zauważył, jak bardzo subtelnie zaczął być kuszony myślą, iż nie ma już doskonalszego mnicha nie tylko na tej pustyni, ale i na świecie. Wtedy zjawił się Anioł i pokręcił przecząco głową, mówiąc: „Chodź, pokażę ci znacznie doskonalszego od ciebie”. Ruszyli więc, ale nie na pustynię, nie do pustelni, tylko DO miasta, które ów mnich już dawno opuścił. Gorzej, bo do najgorszej dzielnicy rozpusty w nim. I tam, pośrodku tej rozwiązłości i grzechu ujrzał ów mnich małą budkę z szewcem łatającym buty. Ten, co i raz spoglądał znad swojej pracy przez okno na ludzi tarzających się grzechu i modlił się: „Boże, mnie możesz potępić, byle byś ich zbawił”. Wtedy Anioł rzekł: „Widzisz, ten w oczach Boga jest już zbawiony. Siadaj przy nim, pracuj jak on i módl się z nim tak samo”.

Może właśnie trzeba poprosić swojego Anioła, żeby przeprowadził nas w ten Wielki Post przez te różne pokuszenia – z zewnątrz i z wewnątrz. Żeby wskazał nam nasze miejsce, powinności, ale i możliwości – dane i zadane. Żeby prowadził do stanu duszy – już nie pustej, nieobecnej czy zamarłej – ale Łaski pełnej.

Brat Tadeusz Ruciński

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »