Press "Enter" to skip to content

Moda na apostazję. Fiasko Kościoła otwartego czy lekcja dla wszystkich?

Moda na apostazję nie musi być złą informacją. Momenty, w których procesy sekularyzacyjne przyspieszają, a ludzie gremialnie odchodzą z Kościoła, mogą stanowić moment otrzeźwienia. Kościół pozbawiony zbędnych przywilejów i złudzenia posiadania armii wiernych za sobą łatwiej odzyska społeczną wiarygodność.

Rok 2020 był bardzo trudny dla wszystkich, lecz chyba szczególnie dla Kościoła katolickiego, który musiał zmagać się z wieloma poważnymi kryzysami – pandemią koronawirusa, strajkiem kobiet, aferą z kardynałem Dziwiszem, biskupem Janiakiem itd.

Jednym z efektów tych wydarzeń są różne kampanie zachęcające do opuszczenia Kościoła. Wśród nich największy rozgłos uzyskały dwie – Licznik Apostazji oraz hasztag #teżodchodzę. Na uwagę zasługuje szczególnie ta druga inicjatywa, której inicjatorkami są Jola Szymańska, dawniej znana jako Hipster Katoliczka, oraz Natalia Białobrzeska, autorka bloga Drużyna B.

Akcja polega na tym, że różni ludzie pod hasztagiem #teżodchodzę mogą podzielić się swoją historią odejścia z Kościoła: „To nasza oddolna inicjatywa na stworzenie »miejsca«, w którym wy macie głos. I ten głos jest ważny. Wasze historie mają znaczenie” – czytamy na instagramowym profilu Drużyny B. Odzew był dość spory i w internecie można znaleźć nawet kilkadziesiąt różnych historii. Wsłuchajmy się zatem w głos uczestników akcji.

„Chcecie pracować z ludźmi, grzebać im w duszach i zachowujecie się, jakby koloratka znaczyła dużo, dużo więcej niż certyfikat psychoterapeuty”.

Jola Szymańska została w Kościele skrzywdzona – była molestowana przez księdza. Temat krzywdy rzeczywiście pojawia się we wpisach innych uczestników hasztagowej akcji.

Jedna z jej uczestniczek, Agnieszka, zdecydowała się otwarcie opowiedzieć o tym, jak była molestowana przez duchownego: „Nie miał problemu z przytrzymaniem mojej głowy, kiedy próbowałam się wyrwać z jego »pocałunku«”. Tak dramatyczne historie to na szczęście rzadkość. Jest to zrozumiałe, ponieważ poważne nadużycia nie stanowią normy, lecz patologię. I nawet jeśli nie znamy do końca skali tego zjawiska, to nie można uważać, że każdy ksiądz to seksualny przestępca.

Znacznie częściej można przeczytać o dyskomforcie psychicznym, którego odchodzący doświadczali m.in. we wspólnotach lub w konfesjonale: „Brak reakcji albo teksty w stylu »dobrze, że przyszłaś«, które dostawałam od księży słuchających moich wyznań na temat grzesznych uczynków z ostatniego tygodnia. Wyznań – dziś to wiem – spełniających kryteria zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. […] Kościół by mi nie pomógł, a wręcz dalej utwierdzał w poczuciu winy, bo przecież najwierniejszy sługa to ten, co się boi swego pana” – czytamy we wpisie Julii.

„A są rzeczy, które nie zadowalają mnie już teraz i nie chcę być już torpedowana myślą »musisz być albo gorąca, albo zimna«. Chcę przestać czuć poczucie winy, że albo wszystko akceptuję, albo jestem gorszą katoliczką. Szczególnie, jeśli zaczyna to się przejawiać nie tylko w tym, że »daję żyć innym«, ale także w moich osobistych poglądach i planach” – pisze Katarzyna.

We wpisach znacznie częściej pojawiają się jednak krzywdy cudze, także te znane z mediów – pedofilia, przekręty finansowe i inne głośne sprawy. Co ciekawe, wielu uczestników akcji #teżodchodzę twierdzi jednak, że to nie doznane krzywdy przelały czarę goryczy, lecz coś zupełnie innego.

„Zgadzać w 65% to ja się mogę z Szymonem Hołownią, ale nie z instytucją, która ma uosabiać moje wartości”.

Bardzo wiele osób w swoich wpisach odnosi się do bieżących sporów światopoglądowych, m.in. do kwestii LGBT. „Nie chcę być częścią instytucji, która uważa, że grzechem jest kochać inną osobę dorosłą, która również nas kocha. Nie chcę być częścią instytucji, która ma obsesję na punkcie grzechu seksualności i kontrolowania ciał. Która wymusza na nas życie, które nie czyni nas szczęśliwymi” – pisze Małgorzata.

Co ciekawe, oprócz typowych kwestii światopoglądowych czasem pojawiały się też wątki bardziej teologiczne, jak wątpliwości związane z kultem maryjnym czy kultem świętych, który w Polsce rzeczywiście przybiera często bardzo osobliwą formę, niejednokrotnie ociera się o magiczne traktowanie wiary (źle rozumiana cześć dla relikwii, „cudowne źródła” w różnych sanktuariach itp.). Wątpliwości te wynikają też często z tego, że duchowni nie czują potrzeby tłumaczenia niektórych kwestii, nie tłumią przejawów magicznego rozumienia wiary lub też posługują się takim językiem, którego młodzi ludzie zwyczajnie już nie rozumieją.

W wielu osobach, w szczególności z dużych miast, narasta sprzeciw wobec nauki Kościoła lub przynajmniej wobec pewnego wyobrażenia o tej nauce. „Chciałam się̨ zastanawiać, myśleć i decydować samemu, mieć własne powody, dlaczego coś jest złe lub dobre. Żyć zgodnie z własnym sumieniem, sama definiować, co jest moją słabością̨ i jak sobie z nią poradzę. Nie kultywować patriarchatu i stereotypów. Bazować na nauce, a nie słowach i intuicji ludzi, z którymi nic mnie nie łączy. Ufać sobie i własnej głowie. Dlatego #teżodchodzę – pisze Milena.

#zostajęnaskale, ale na jak długo?

Akcja #teżochodzę wywołała dość ożywioną reakcję ze strony ludzi Kościoła. Wśród osób wierzących można było zauważyć trzy podstawowe sposoby reagowania na tę akcję – ubolewanie nad tym, co się stało i wezwanie do zmian w Kościele, pewnego rodzaju satysfakcja z tego, że z Kościoła odchodzą ci, którzy de facto i tak nigdy w nim naprawdę nie byli oraz nawoływanie do pozostania w Kościele, wskazywanie na jego zalety, przede wszystkim natury duchowej.

Sporą popularność zdobył konkurencyjny hasztag, #zostajęnaskalę, w którym katolicy opowiadają o tym, dlaczego chcą zostać w Kościele. „W Kościele nie jest »fajnie« i to jest w porządku. Kościół pokazuje nam drogę do Zbawienia, a ta droga jest bardzo trudna, wymagająca, wąska i pod górkę. Dlatego będę w nim zawsze” – czytamy w jednym z wpisów. „Dzięki Kościołowi i jego ludziom nauczyłem się miłości i akceptacji do drugiego człowieka, bo wbrew temu, co się mówi, to Kościół naprawdę uczy kochać i akceptować” – napisał ktoś inny.

Są też tacy, którzy z pewnego rodzaju zadowoleniem przyjmują akcję. Twierdzą oni, że to dobrze, że z Kościoła odchodzą ludzie, którzy tak naprawdę już nie definiowali się jako katolicy, a sakrament chrztu, który przyjęli w dzieciństwie, nie stanowił dla nich ważnego punktu odniesienia. Nie można im odmówić pewnej słuszności, wielu uczestników akcji #teżodchodzę argumentowało swoje odejście tym, że po prostu nie wierzą w Boga.

Taka postawa została jednak bardzo dosadnie skrytykowana na przykład przez popularnego jezuitę, Grzegorza Kramera. „Naszą – Kościoła reakcją nie może być atak, nie mogą być kolejne slogany, zrzucanie odpowiedzialności na odchodzących, znieczulica czy osąd ich decyzji i życia lub ostentacyjna modlitwa w ich intencji. To wszystko sprawia tylko to, że fałszywie czujemy się lepsi” – napisał duchowny. Takie słowa bardzo dobrze oddają napięcia, jakie od dłuższego czasu występują między różnymi środowiskami w Kościele, które bardzo różnie podchodzą do miejsca, jakie katolicyzm powinien zajmować we współczesnym świecie.

Kto zawinił?

Dyskusja wokół akcji #teżochodzę wpisuje się bowiem w znacznie szerszą debatę, która toczy się w kręgach okołokościelnych. Ostatnia działalność Joli Szymańskiej, osoby, której teksty można było znaleźć często na łamach DEON-u czy Tygodnika Powszechnego, wywołała ożywioną dyskusję na temat przyszłości tzw. Kościoła otwartego. Wielu katolików uważa, że to, co stało się z dawną Hipster Katoliczką, jest wyraźną oznaką upadku takiej drogi. Krytyka Szymańskiej często przeradza się w krytykę różnych przedstawicieli Kościoła, którzy ją wspierali lub byli kojarzeni z jej środowiskiem.

Rzeczywiście, ostatnie wydarzenia po raz kolejny podkopały pozycję liberalnego katolicyzmu. Wybuch sporu o aborcję wyraźnie pokazał, że w Kościele są tematy nienegocjowalne, które po prostu nie podlegają dyskusji, a przynajmniej nie w takich granicach, jakie zwykle wyznacza dyskurs demokracji liberalnej. Nauka Kościoła w pewnych kwestiach jest po prostu niezmienna, a dla niektórych taki stan rzeczy jest trudny do przyjęcia. Wyznania w ramach akcji #teżodchodzę wydają się to potwierdzać. Ostatnie wydarzenia związane ze Strajkiem Kobiet sprawiły, że ukrywanie tego faktu nie jest już możliwe.

Obarczanie całością winy tego jednego środowiska byłoby jednak niesprawiedliwe. Polski Kościół zmaga się z wieloma problemami natury systemowej, które zostały brutalnie obnażone, m.in. przy sprawie pedofilii wśród duchownych. Poważną trudnością jest także opisany przez Marcina Kędzierskiego upadek chrześcijańskiego imaginarium. Język zmienił się na tyle, że pojęcia i motywy wywodzące się z chrześcijańskiej tradycji nie organizują już społecznego dyskursu. Rozpad pewnego obrazu świata, który jeszcze do niedawana wydawał się dominować, sprawia, że przedstawicielom Kościoła niezwykle trudno jest znaleźć taki język, który byłby zrozumiany i przyswojony przez ogół społeczeństwa.

Z tymi dwoma problemami próbował sobie radzić szeroko pojęty Kościół otwarty. To właśnie przedstawiciele m.in. tych środowisk potrafili odważnie mówić o grzechach polskiego Kościoła (np. inicjatywa Zranieni w Kościele zainicjowana została przez środowisko Więzi i Klubu Inteligencji Katolickiej), a także próbowali jakoś mediować między światem a Kościołem (założony przez o. Szustaka kanał Langusta na palmie, który codziennie publikuje treści ewangelizacyjne, ma ponad 700 tysięcy subskrybentów na YouTubie). Czy udało im się odnieść sukces, to temat na zupełnie inną dyskusję, ale ich wysiłki z pewnością zasługują na docenienie. Warto jednak zastanowić się, czy akcja #teżodchodzę i tzw. moda na apostazję nie powinny skłonić przedstawiciela Kościoła otwartego do zmiany w modelu działania.

Niektórzy księża i publicyści katoliccy mogą oczywiście po raz kolejny wzywać do nieoceniania odchodzących i skupieniu się na tym, co można zrobić, aby takich ludzi zatrzymać, ale prawda jest jednak taka, że spora część wiernych wypisuje się z Kościoła z powodu swoich poglądów lub tego, że ich wiara była po prostu dość płytka i niepogłębiona. Dalsze podtrzymywanie mitu o tym, że w obrębie Kościoła można reprezentować całe spektrum poglądów do niczego nas nie doprowadzi. Katolicyzm stawia pewne wymagania i należy o nich głośno mówić.

W takiej postawie oczywiście trzeba wystrzegać się wszelkiej hipokryzji, występowania równych i równiejszych czy tuszowania zaniedbań, a przede wszystkim czynienia z Kościoła sekty świętych, do której mogą należeć tylko nieskazitelni moralnie ludzie. Oczyszczenie się Kościoła jest kwestią kluczową, ale nie dlatego, żeby utrzymać jego wpływy i pozycję, ale dlatego, że tego wymaga nasza wiara i zwyczajna przyzwoitość.

Prawdą jest oczywiście, że w Kościele to miejsce dla osób o różnych wrażliwościach i osobowościach. Twierdzenie, że prawdziwy katolik chodzi wyłącznie na msze trydencką, walczy z gitarami na oazie i czytuje do poduszki teksty Ojców Kościoła to kolejna niebezpieczna skrajność.

Apostazja jednego człowieka to tragedia, apostazja miliona to statystyka

Moda na apostazję to zjawisko, z którym Kościół ma poważny problem. Z jednej strony jest to temat bardzo medialny, który domaga się reakcji, a z drugiej to wciąż nie do końca wiadomo, jaka jest dokładna skala tego zjawiska i czy rzeczywiście jest potrzeba, aby bić na alarm.

Gdy pojawią się statystyki, będziemy mogli pokusić się o pogłębioną i chłodną analizę tego zjawiska. Akcja #teżodchodzę pozwala nam jednak spojrzeć na kwestię apostazji z innej strony. Możemy w ten sposób dowiedzieć się, co myślą i co czują konkretni ludzie odchodzący z Kościoła. Powinna zatem stanowić zachętę do autorefleksji zarówno dla Kościoła otwartego, jak i dla wszystkich środowisk składających się na Kościół w Polsce.

Należy jednak pamiętać, że każda historia jest inna, nie wszyscy odchodzą z powodu błędów ludzi Kościoła. Trzeba też otwarcie przyznać, że niektórzy z odchodzących postrzegają swoją apostazję jako ostateczne zerwanie zasłony katolicyzmu kulturowego i stanięcie w prawdzie, czego nie możemy oceniać negatywnie.

Część z tych ludzi ma natomiast za sobą trudne doświadczenia, podjęła decyzję o apostazji i przez takie akcje chce się zwyczajnie utwierdzić w swojej decyzji, na nowo odnaleźć stabilizację. Klimat do reewangelizacji takich osób nie jest zatem najlepszy. Oczywiście chcielibyśmy zatrzymać w Kościele wszystkich, bo do tego wzywa nas Bóg, ale nie zawsze jest to możliwe. Nie możemy jednak zapomnieć w tym wszystkim o tym, że centrum Kościoła nie są ludzie, lecz Chrystus, i to wokół niego powinniśmy się wszyscy gromadzić, a nie okopywać się na swoich pozycjach. Jeśli naprawdę jesteśmy Kościołem, to właśnie to będzie najlepsze wyjście z tej sytuacji.

Maciej Witkowski
/klubjagiellonski.pl/

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »