Press "Enter" to skip to content

Rozwody czyli upiorna mentalność tymczasowości

Wszystko jest dziś tylko na jakiś czas. Gdy przestajemy coś lubić (istnieją wszak specjalne guziki do „dania lajka”), odznaczamy to i zwyczajnie o tym zapominamy.

Tylko na jakiś czas są rzeczy – potop chińskiego dziadostwa sprawił bowiem, że nie przejmujemy się, że coś zniszczymy czy zgubimy, wszak za parę złotych kupimy sobie kolejny artefakt ze znacznie świeższą datą produkcji.

Tylko na jakiś czas są mieszkania – promowany jest bowiem styl „życia mobilnego”; życia na wynajem, bez własności przytrzymującej nas w jakimś miejscu na dłużej.

Tylko na jakiś czas są wreszcie „przyjaciele”, których w wirtualnej rzeczywistości możemy jednym kliknięciem myszki czy touchpada wymienić na innych.

Coraz częściej tylko na jakiś czas wydają się obowiązywać również śluby zakonne czy kapłańskie…

Czy może więc zaskakiwać, że tylko na jakiś czas są też związki międzyludzkie? Tworzenie rodziny zmieniło się dziś w tymczasową zabawę, która – kiedy się już znudzi – zostanie zwyczajnie zamieniona na inną. Stąd wszystkie usprawiedliwienia konkubinatów, stąd „wspólne mieszkanie na próbę” przed ślubem i stąd wreszcie godna najwyższego pożałowania plaga rozwodów.

To, że jest ona dramatem społeczeństw i poszczególnych ludzi – dorosłych i dzieci – stało się niejako tematem tabu w naszych domach. Dlaczego we wciąż przecież katolickiej Polsce coraz częściej milcząco akceptujemy zadawanie sobie nawzajem, a także naszym dzieciom, wnukom i krewnym, ran niedających się wyleczyć przez całe życie? Dlaczego – w dobie największego rozwoju nauk społecznych udowadniających, jak wielką tragedią zarówno dla jednostek, jak i dla całych społeczeństw są rozpadające się rodziny – rezygnujemy z walki o wieczną wierność na rzecz jakiegoś (pojmowanego w skrajnie sentymentalny sposób) fałszywego i chwilowego „nowego szczęścia”?

Obserwując ten proces, chciałoby się jakoś nań odpowiedzieć! Katolickie serce powinno wszak wyrywać się do walki o przetrwanie wszystkich małżeństw, zwłaszcza, że jako katolicy pamiętamy, iż przecież każde sakramentalne małżeństwo trwa, choćby małżonkowie nie wiadomo ile razy zmieniali adres i współlokatora.

Dlatego najchętniej powiedzielibyśmy, że rozwodów po prostu trzeba zakazać. Wrócić do czasów (w niektórych krajach Zachodu wystarczyłoby cofnąć się zaledwie o dekadę!), gdy państwo stało na straży nierozerwalności małżeństwa. Miało w tym rację z kilku powodów – powstrzymywało wyrządzanie krzywdy niewinnym osobom i zgorszenie wywoływane łamaniem publicznie zawartej umowy. Wychowawcza funkcja prawa oddziaływała na społeczeństwo, które pamiętało, że skoro coś jest zakazane, to znaczy, że jest niemoralne.

Od dni, gdy pisał o tym wszystkim w Casti Connubi papież Pius XI, stanowczo zakazując państwom legalizacji rozwodów, minęło jednak sporo czasu. Nikt dziś ani w Kościele, ani wśród polityków nie myśli żądać od prawodawców zakazania rozwodów. Dlatego powinniśmy zakazać ich sobie sami – w naszych sumieniach i zdecydowanych postawach. Naszym rodzinom i znajomym, i wszechobecnej nachalnie promującej rozwody kulturze.

Krystian Kratiuk

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »