Press "Enter" to skip to content

„Królewscy Mędrcy czy Mądrzy Królowie…?”

„W Wigilię każdy do żłobu się pchałby: w delikatesach ścisk, błoto i zaduch. Z powodu puszki kakaowej chałwy organizuje oblężenie lady tłum objuczony, grożąc samosądem: każdy sam sobie królem i wielbłądem”, pisał znakomity rosyjski poeta Josif Brodski. Może nawet bardziej objuczonym wielbłądem, biorąc pod uwagę ilość dźwiganych sprawunków, smakołyków i prezentów, kiedy zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. A co trzech królów, których wszyscy znamy od dzieciństwa, czyli Kacpra, Melchiora i Baltazara, to ich historia i perypetie do chwili obecnej budzą spory historyków i biblistów. Tak literalnie rzecz ujmując, u św. Mateusza, który jako jedyny ewangelista wspomina o naszych dzielnych pielgrzymach, mowa jest o Mędrcach ze Wschodu, bez podawania ich liczby. Św. Mateusz napisał jedynie o trzech darach, które też potrafimy odruchowo wyrecytować: złoto, kadzidło i mirra. Dzięki tym darom widzimy w Dzieciątku Króla, Boga i Człowieka jednocześnie. Długo by można snuć dywagacje o naszych bohaterach. Ilu ich tak naprawdę było, czy byli mędrcami, uczonymi, astrologami, magami, a może władcami jak chce tradycja? Badacze są raczej zgodni, że nie byli magami pokroju Gandalfa Szarego (ew. Gandalfa Białego po przemianie) od Tolkiena. Zapewne byli uczonymi, być może kapłanami albo nawet prorokami. O zgrozo, niektórzy badacze twierdzą, że cała mateuszowa opowieść o Mędrcach ze Wschodu to tylko rodzaj przypowieści, nie zaś wspomnienie prawdziwych pielgrzymów do żłóbka. Ale to wszystko nieważne. Zostawmy spory i dociekania. Specjaliści i tak będą fechtować swoimi hipotezami. My od dziecka wiemy swoje, i niech tak pozostanie. Zwłaszcza, że w naszej kołobrzeskiej konkatedrze możemy znaleźć obraz „Pokłon Trzech Króli”. Jest to tempera na desce, namalowana z fundacji Szymona Adebara po roku 1495. Zgodnie z przysłowiowym „duchem epoki” hojny fundator, a także dwie jego zmarłe żony, o których pamiętał i co mu się chwali – Dorota (Dorothea) i Katarzyna (Catherina), zostali przedstawieni jak klęczą pobożnie i odmawiają różaniec u dołu obrazu. Gdy spojrzymy wyżej, naszą uwagę od razu przykuwa scena składania darów. Dzieciątko Jezus jest radosne, co wszak nie dziwi. Żartobliwie rzecz ujmując ludzie dzielą się na bowiem na dwie grupy: tych który otwarcie mówią, że lubią dostawać prezenty, oraz tych, którzy się do tego głośno nie przyznają. A Syn Boży stał się człowiekiem. Maryja z pewnym zdziwieniem ogląda przybyłych gości, strojnych w ozdobne szaty i składających bogate dary, oraz ich orszak. Za to św. Józef gestykuluje, jakby wyrażał swoiste désintéressement dla zaistniałej sytuacji. Spójrzmy jeszcze na osiołka i woła, którzy ukryci z lewej strony obrazu za Maryją czujnie obserwują całe zbiegowisko. Są też oczywiście królowie wraz z darami. Trzeba tylko spytać, choć zabrzmi to może nieco po koreańsku, „kto jest kim”? Jacek Kaczmarski w swojej „Kolędzie barokowej” śpiewał: „Nad korytkiem z godną miną Kacper w słońcu lśni łysiną. Obok w pozłocistej zbroi Ciemnoskóry Melchior stoi, A Jezusek już się stara Capnąć brodę Baltazara”. Czyli klęczy Kacper, następny w kolejce z darem stoi Baltazar, a za nim Melchior. Choć po prawdzie to była raczej licentia poetica, gdyż w tradycji utarło się, że to Kacper był murzynem i pochodził z Afryki, Melchior pochodził z Azji, a Baltazar z Europy. W tej sposób reprezentowali trzy rasy ludzkie i trzy kontynenty zarazem. I przy tym może pozostańmy. Co jeszcze zwraca naszą uwagę? Scena składania darów Dzieciątku na obrazie nie ma kameralności, która mimowolnie nam się nasuwa przed oczy. Nie widzimy cichych, strapionych wędrowców, których wcześniej wypytywał podstępny i zły Herod, a którzy pod osłoną nocy, w ciszy i zadumie wręczają podarki. Wręcz przeciwnie, z obrazu przebija gwar, ruch, jest jasno i nikt nie musi się ukrywać. Jeśli spojrzymy wyżej, zobaczymy kolejne orszaki ludzi spieszących, aby przywitać Pana. Pomyślmy przez chwilę, gdyby to nam przyszło znaleźć się na ich miejscu, jaki podarunek ofiarowalibyśmy Dzieciątku w czas Narodzin? Czy byłby to suto zastawiony stół, uginający się pod ciężarem wigilijnych potraw? Nasze okołoświąteczne zabieganie dla samego biegania? Czy może najnowszy smartfon znaleziony pod choinką? Najnowszy laptop w fantazyjnej obudowie? A może pierwszokomunijny dron, który ponoć nie jest już niczym szczególnym z tej okazji? Nasze żale do całego świata, że jeszcze nie dostaliśmy w pracy upragnionego awansu? Bilet na wczasy na Wyspach Kanaryjskich? Każdy z nas na pewno przyniósłby coś Dzieciątku. Dziwiąc się przy tym samemu sobie, bo myślałby, że niesie coś zupełnie ale to zupełnie innego. Najtrudniej byłoby przynieść nam w darze to, na czym Synowi Bożemu zależy chyba najbardziej- dobre i ufne serca, gotowe wsłuchiwać się w Jego słowa. Dlatego tak świetnie odnajdujemy się na obrazie wiszącym w konkatedrze, pełnym gwaru i wrzawy. Jeśli jest tu pokora, to udawana, przez którą przebija duma, a może nawet pycha. Tacy właśnie jesteśmy. Tak trudno nam zrozumieć, że w Świętach Bożego Narodzenia nie są ważne tak naprawdę prezenty, wystrój choinki, ilość potraw, narzekanie na obżarstwo et caetera….Najważniejsze jest przyjście na świat Syna Bożego i nasze serca przyniesione Mu w darze. To byłoby prawdziwie piękne. Tak jak pięknie swój wiersz zakończył Josif Brodski – „Lecz, gdy w drzwiach twoich, otwartych w połowie, z mgły i przeciągu, i mroku gęstego postać wyłania się, w chuście na głowie, wtedy i Dziecię, i Ducha Świętego całym swym wnętrzem otulasz jak gniazdem; spoglądasz w niebo — i widzisz ją: gwiazdę”.

Bartosz Malinowski
 fot. Jerzy Błażynski

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.