Press "Enter" to skip to content

Czysta miłość, istnieje czy nie?

Mam pięćdziesiąt cztery lata, a wierzę w Pana Boga od ponad trzech lat, tak więc jestem maluszkiem, który dopiero poznaje miłosierny, Boży świat. Jestem pełen podziwu, jak Pan Bóg wszystko doskonale stworzył. Kiedyś Jego miłość do mnie była niepojętą, do pewnego czasu. Ja nigdy nikogo nie kochałem, bo nie znałem Pana Boga. On zaś jest prawdziwą Miłością. Tak naprawdę, to nawet nikogo nie lubiłem, a co dopiero kochać tak prawdziwą i czystą miłością, jaką kocha nas Jezus Chrystus. Mówiłem, że kocham, ale to było jedno wielkie oszustwo i tak naprawdę to ja kochałem tylko swoje zachcianki i nałogi, a świat dawał mi wszystko, czego wtedy pragnąłem. Brałem bez zahamowań i bez opamiętania, a piękno tego świata zaczęło przemieniać się w nałogi. Byłem w bagnie, z którego nie potrafiłem się wydostać. 

Od młodych lat mojego życia interesował mnie świat dorosłych. W moim wykonaniu oznaczało to: wino, piwo, papierosy, koleżanki, ucieczki z domu, kradzież, a jak kradzież, to i milicja, i tak na okrągło. Czym większe szambo, tym bardziej podobało mi się to, co robię. Dzisiaj wiem, że Anioł Stróż czuwał nade mną, bo powinienem siedzieć w więzieniu kilka razy. Zawsze działo się jednak tak, że dobrzy ludzie i “siły nadprzyrodzone” pomagały mi w unikaniu kary. Teraz wiem, że Pan Bóg nie chciał, abym znalazł się w więzieniu. Cały czas pokutuję za to, co robiłem i wierzę, że zdołam to wszystko naprawić. Nazbierało się tego… 

Czterdzieści dwa lata nie byłem u spowiedzi. Ciężar był ogromny. Kto cierpi, ten przestaje grzeszyć, a naśladuje Chrystusa Pana i uczestniczy w Jego cierpieniach (1 List Św. Piotra – wstęp). Wracam teraz do prawdy o miłości w świecie. Związek bez Pana Boga nic nie znaczy i prowadzi do upadku. Prędzej czy później, w takim związku myślimy, że jakoś to będzie, a dzieci dorastają i cierpią. W moim wykonaniu wyglądało to tak: po krótkiej znajomości z kobietą narodził się nasz syn. W urzędzie co prawda byliśmy, ale do ślubu nie doszło, bo ja tak postanowiłem. Coś we jednak mnie drgnęło. Chciałem pokochać syna, tak, jak kochają normalni ojcowie. Po roku od narodzin przestałem jednak lubić mamę mojego synka. Bo przecież mi się chciało zabawy, a nie prania pieluch i obowiązków wynikających z posiadania potomka. Tak więc odstawiłem moich bliskich na bok i… znalazłem sobie kobietę z dwojgiem dzieci. Szatan daje wszystko, tylko dług trzeba spłacać. Nie było tak źle, za to moje nałogi coraz częściej dawały o sobie znać. Z kierowcy spedycji międzynarodowej, stałem się kierownikiem magazynu, bo jak tu jeździć, gdy ciągle chce się pić. W magazynie nigdy nie brakowało alkoholu, tak więc miałem, co chciałem, no i dzieci nie musiałem wychowywać, bo “nie moje”. I tak piłem sobie przez następne kilka lat, aż straciłem pracę. Po pewnym czasie miałem stracić także życie, ale straciłem tylko nogi. To był czas, w którym Pan Bóg zdecydował, że pomimo moich “wybryków” poda mi rękę i to właśnie On postanowił moje życie zmienić. Po utracie nóg około dwa lata nie piłem alkoholu. Starałem się być lepszym człowiekiem. Z dzieckiem miałem dobry kontakt, żadnych ograniczeń ze strony mamy dziecka nie było i światełko nadziei na lepsze jutro zaczynało się palić. Mój syn dorastał, chodził do kościoła i był kochanym dzieckiem. Nigdy nie narzekał na przeszłość i moje zachowanie, które nie powinno mieć usprawiedliwienia. Uczył się dobrze i był lektorem w kościele. Ja jednak znowu zacząłem pić. Tym razem ze zdwojoną siłą i energią, tylko bez nóg. Zabrałem się do tego profesjonalnie. Ot, po dwóch latach abstynencji pokazałem na co mnie stać! Po dziesięciu latach następny związek odleciał w niepamięć. Znalazłem lokum w domu, w którym nigdy nie brakowało alkoholu. Wcześniej – po dłuższym pobycie w tym właśnie domu – straciłem nogi. To co się działo tam jest nie do opisania. Piekło na ziemi. Nie wiem, jak to przeżyłem. To był najgorszy okres mojego życia. Kiedyś z pomocą Bożą postaram się to opisać. 

Powrót syna marnotrawnego.

Moja siostra zadzwoniła do mnie i powiedziała, że można się starać o mieszkanie dla osoby niepełnosprawnej w Kołobrzegu. Po roku starań mamy i siostry, otrzymałem klucze do mieszkania. Ja nie ruszyłem palcem, a dostałem mieszkanie! Po szesnastu latach w końcu wróciłem z tułaczki, bez nóg i z niczym, bo przecież wszystko przepiłem. Tylko kredyty zostały do spłacenia, bo przecież za coś trzeba było pić. Dwieście tysięcy – oj tam, oj tam, jakoś tam będzie, myślałem. I znowu się zaczęło. Wódka i koledzy z dawnych lat. Wszyscy doświadczeni życiem podobnym do mojego. Mama miała dosyć wszystkiego. Mówiła, żebym wracał skąd przyjechałem, bo wstyd przynoszę całej rodzinie. Siostra przestała mnie odwiedzać. Ale w sercu była iskierka nadziei. Syn chodził do liceum i zaczął przyjeżdżać do mnie, zawsze na kilka dni. Wtedy starałem się być trzeźwy, chociaż nie zawsze mi się to udawało. Czułem więź między synem a mną. To była Boża miłość, czysta miłość i pragnienie powrotu do normalnego życia. Ale zły nie dawał za wygraną. Pewnego dnia zawitała do mnie koleżanka z Wrocławia. Ona była z domu, w którym nie było nadziei i wiary. To był dom, z którego udało mi się uciec. Po pewnym czasie ja również nie miałem nadziei na lepsze jutro. Zabawa trwała dalej. Koledzy z dawnych lat zaczęli przyjeżdżać z zagranicy i jeszcze tak z dwa lata przeleciały. Po drodze zaliczyłem też odwyk. U kresu sił, wykończony fizycznie i psychiczne, nie miałem ochoty żyć dalej. Było mi obojętne, co ze mną będzie. Dno.

Kolejny powrót syna marnotrawnego.

W Kołobrzegu poznałem Romana, który jak się okazało był moim sąsiadem. Parkował naprzeciw mojego balkonu i dobrze wiedział co się u mnie działo przez ostatnie lata. Rozmawialiśmy czasami pod balkonem, a kilka razy był u mnie w domu. Roman był zawsze jakiś inny. Pogodny, grzeczny, nie pił, nie palił, no i czasami ratował mnie pożyczką. Nie pytał, na co, bo wiedział, że nie na chleb. Pewnego razu przyszedł, by opowiedzieć mi o spoczynku w Duchu Świętym. Pokazał filmiki z rekolekcji i zaprosił mnie do kościoła. Zaproszenie przyjąłem. Kościół stał się dla mnie domem nadziei, domem wszystkich grzeszników, takich ludzi, jak ja. Pierwszy raz w kościele byłem oczywiście z Romanem. Podał mi pieniądze, bym wrzucił na tacę. Wrzuciłem i myślałem o tym cały dzień! Przecież nie tak dawno mówiłem, że tylko idioci dają na kościół. Tak więc zostałem idiotą. Bożym idiotą. Teraz patrzę na to inaczej i jestem dumny, że mogę wspierać dzieło Boże i pomagać w potrzebie. Nastąpił przełom – przestałem pić. Kilka miesięcy bez alkoholu, kościół, spotkania Wspólnoty Świętego Pawła w Koszalinie… sporo zmian. Byłem na fali. 

Po jakimś czasie znowu zeskok – piłem miesiąc. I tym razem Roman podał mi pomocną dłoń. Zawiózł mnie na rekolekcje do Sarbinowa. W czasie spowiedzi ksiądz Rafał zapytał, czy chcę wyrzec się grzechu i wyzwolić się z moich nałogów? To przecież był nie tylko alkohol. No i stało się! Jestem wolny od ponad trzech lat! Podpisałem Krucjatę. Dopiero teraz zaczynam dostrzegać piękno tego, co stworzył Pan Bóg. Dowiedziałem się po czasie, że syn z żoną modlili się codziennie, abym przestał pić. Stało się. Pan wysłucha wszystkich naszych próśb, tylko nie rezygnujmy z modlitwy. Jesteśmy obecnie kochającą się rodziną. Mama ma syna, siostra – brata, a syn – ojca. Pan Bóg ma mnie, a ja mam wspólnotę. Chwała Ci Panie na wieki! 

Niedawno był Stadion Młodych. Nie chciałem jechać do Warszawy – dopadła mnie słabość. Bo za stary, bo kręgosłup boli, bo wózek się rozsypuje… I podobnie jak w przypadku Romana, pewna siostra nie dawała za wygraną! W piątek zdecydowałem, że jadę. Miałem kilka godzin do wyjazdu, więc spokojnie się przygotowałem do podróży. Właśnie tam – na Stadionie Młodych spotkałem czystą bezinteresowną miłość, radość w oczach młodych, kochane dzieci, piękne świadectwa, wrażliwość, dzielenie się kanapkami, super pieśni dla Jezusa Chrystusa i tylu radosnych kapłanów! Całości szczęścia dopełnił Biskup Edward Dajczak. Karteczka, a na niej napisane jedno Boże słowo: Jezus. Jezus, to Słowo naprawdę jest Święte. Minęło już trochę czasu, a słowo czystej miłości zostało we mnie i ciągle je powtarzam. Jezus, Jezus, Jezus. Teraz wiem, że czysta miłość istnieje, ale trzeba to wyznać ustami. PANIE JEZU, PRZYJMUJĘ TWOJĄ MIŁOŚĆ I UZNAJĘ SWOJĄ GRZESZNOŚĆ. OTWIERAM CI DRZWI MOJEGO ŻYCIA. PRZYJMUJĘ CIĘ JAKO MOJEGO JEDYNEGO ZBAWICIELA I PANA. DZIĘKUJĘ CI, ŻE PRZEBACZYŁEŚ MI MOJE GRZECHY, UMIERAJĄC ZA MNIE NA KRZYŻU. PROSZĘ O TWOJEGO DUCHA ŚWIĘTEGO, KTÓRY BĘDZIE MNIE PROWADZIŁ DO WSPÓLNOTY, W KTÓREJ BĘDĘ WZRASTAĆ I BUDOWAĆ RELACJĘ Z TOBĄ. 

Od kiedy zacząłem poznawać Pana Boga wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze. Kocham syna i jego rodzinę, rodzinę moją i wszystkich, których spotykam w cudownym, pełnym miłości życiu. “A do człowieka powiedział, bojaźń Boża zaiste mądrością, roztropnością zaś zła unikanie”. (Hiob 28,28).

Dariusz Dziemiańczyk

Ps. Ciekawe jest to, że od kiedy zacząłem unikać zła, nie muszę dotykać, a kocham. Nie mam nóg, ale mam Pana Boga w sercu i wiem, że to jest najważniejsze w życiu. Czysta, bezinteresowna miłość. Amen.

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.