Press "Enter" to skip to content

„Czasy przejściowe”

Bo w czasach przejściowych kto przysiąc gotowy. Co czeka strażników wartości, cnót ponadczasowych?” – jak śpiewał Przemysław Gintrowski w „Astrologu” do słów Jacka Kaczmarskiego. Czasy przejściowe. Czy były już wcześniej? A może właśnie nastały teraz? I czym właściwie są? Przejściem od jednego ustroju społeczno-gospodarczego do drugiego? Tak na przykład od feudalizmu do kapitalizmu? Czy może raczej od manufaktury do rewolucji przemysłowej? A może oczekiwaniem na koniec świata i Paruzję? Czasy przejściowe kojarzą nam się na ogół z czymś gwałtownym, nagłym, czy są to stosy zgilotynowanych trupów „na paryskim bruku”, czy buchające parą maszyny, ale niezmiennie jest to coś odległego, coś spoczywającego na kartach zakurzonej książki do historii, której i tak nikt dziś już nie czyta, wszak Wikipedia niczym Cyganka „prawdę Ci powie…”. Popatrzmy teraz na naszą swojską rzeczywistość. Polska, koniec drugiej dekady XXI wieku. Niby mamy wreszcie, po latach komuny, wolność, demokrację, takie tam. Również wolność religijną. Co nie oznacza wolności od szykan i zniewag. Cóż, niewątpliwie nie jest u nas jeszcze tak źle jak na Bliskim Wschodzie, w Indiach czy w niektórych krajach Afryki. Nie jesteśmy Kościołem męczenników, którym za wiarę w Chrystusa obcinane są głowy. Jeszcze nie, i to nam akurat nie grozi, przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości. Co innego wisi nad nami niczym miecz Damoklesa. Właściwie to nasze społeczeństwo, jak to słyszymy w wielu badaniach, to są w ponad 90-ciu procentach katolicy, wiadomo, praktykujących jest niecałych 40 procent, ale jednak…Obudźmy się mili Państwo. Nie jesteśmy wcale żadną samotną „zieloną wyspą” na morzu europejskiego zeświecczenia („khe khe” – to a propos tej zielonej wyspy…) Nie łudźmy się, że procesy, które zdruzgotały katolickie społeczeństwa Irlandii i Hiszpanii ominą nas szerokim łukiem, jako „przedmurze”, „antemurale christianitatis”, jeno, że z drugiej strony tym razem. Już teraz w polskiej przestrzeni publicznej, czy też w tzw. „wielkim świecie” drwiny i szyderstwa z chrześcijaństwa są czymś jak najbardziej w dobrym tonie, po prostu „comme il faut”. Żyjemy w kraju, gdzie kinowe tryumfy święci „Kler”, który obejrzało już ponad 4 miliony widzów, a liczba ta ciągle rośnie. Powiedzmy sobie szczerze, ten film nie jest bynajmniej rodzajem „Monachomachii” księcia biskupa warmińskiego Ignacego Krasickiego, który słusznie chłostał satyrą to, co złe w Kościele, wszak „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”…Tutaj jest to rodzaj baseballa, a raczej cepa, do walenia w Kościół i duchownych, ale także w samą wiarę. Tytułem dygresji, na premierze tego filmu brylował między innymi tzw. „wodnik” a raczej „rzecznik” Jerzy Urban, a sam reżyser nie ukrywa, że drażni go Kościół, krzyże, i najlepiej chciałby, żeby w Polsce było tak jak w Czechach, czyli jedna msza na tydzień zamiast pięciu mszy dziennie. Taka swoista wymiana barterowa. Nie oszukujmy się. Są w Kościele katolickim księża, którzy są wspaniałą alegorią, wręcz uosobieniem, niestety bynajmniej nie siedmiu cnót kardynalnych, ale raczej siedmiu grzechów głównych. Już zresztą za czasów, kiedy Zbawiciel był pośród nas również jako Człowiek, około 8,3 % ówczesnego Kościoła, pod postacią Judasza Iskarioty, wykazywało daleko posunięty proces demoralizacji. Tyle tylko, że współczesne kino, współczesne dziennikarsko, współczesne tzw. „kręgi opiniotwórcze” nie starają się zwalczać w Kościele, tego co złe. Bo to złe jest i było obecne od zawsze. Trudno wymagać od diabła, żeby nie starał się zniszczyć Mistycznego Ciała Chrystusa. I w żaden sposób nie usprawiedliwia to oczywiście tych wszystkich duchownych, którzy mu w tym pomagają. W zeszłym stuleciu jedne z najbardziej przejmujących słów o trądzie wdzierającym się do Kościoła wygłosił papież Paweł VI, mówiąc o „swądzie szatana”. Jednakowoż piętnującym zło obecne w Kościele nie chodzi o podążanie śladami świętego Franciszka, który łatał w pocie czoła sercem, wiarą i modlitwą ubytki w murach bazyliki św. Jana na Lateranie. Tak zwany „współczesny świat” chciałby Kościół wbić w przysłowiową „glebę”, skompromitować go, odebrać mu możliwość głoszenia Słowa Bożego, i pozostawić w najlepszym razie rolę jednego z wielu stowarzyszeń charytatywnych. Do takiej roli zresztą Kościół został sprowadzony w wielu krajach Europy Zachodniej. A że „bliższa koszula ciału”, to naprawdę mamy teraz w Polsce czasy przejściowe. I to nie pisane w cudzysłowie. Wspierajmy całym sercem naszych kapłanów, walczmy z tym, co złe. Choć samo słowo walka, jak i „ecclesia militans”, kościół wojujący, wydają się nie do zaakceptowania dla współczesnego świata. Co nas czeka? Kościół jutra, o którym Benedykt XVI pisał, że ilość przejdzie w nim w jakość? Kosztem tego, że będzie dużo mniejszy? Czy może wręcz czasy Kościoła z katakumb, sprzed nastania cesarza Konstantyna? Nie wiem. Ale pamiętajmy, że jak powiedział Edmund Burke: „Do zwycięstwa zła wystarcza, aby dobrzy ludzie nic nie robili”. A na kogo możemy liczyć w walce o ratunek dla Kościoła Bożego? Wiem wiem, trochę zabrzmiało jak pytanie w „Familiadzie”, ale odpowiedź nie jest już taka wesoła: „Nie na naszych biskupów, naszych kapłanów ani członków zakonów. To WASZE zadanie, ludu wiernego! Pan Bóg dał wam rozum, oczy i uszy, abyście uratowali Kościół. WASZA misja to pilnować, aby wasi kapłani zachowywali się jak kapłani, biskupi jak biskupi, a zakonnicy jak zakonnicy!”. Kto taki słowa te wypowiedział, ha, to już niech każdy sobie spróbuje wyszukać po słowach kluczowych w przepastnych zasobach internetu, na pewno się uda. Dla ułatwienia dodam, że godzinę dziennie spędzał na adoracji Najświętszego Sakramentu. A pewien znany hollywoodzki aktor przyjął nazwisko na jego cześć. I żeby nie kończyć tak smutno, a wręcz złowieszczo, prawie do dźwięków toccaty i fugi d-moll Jana Sebastiana Bacha, to pamiętajmy, jaki był sens słów mistrza Hemara w jednym z jego bardzo mądrych wierszy: trzeba się śmiać. To bardzo potężna broń. I może nas ocalić.

Bartosz Malinowski

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.