Press "Enter" to skip to content

Bóg nas pięknie skleja

Wszystko było przygotowane. Uszyta sukienka wisiała w pokrowcu. Pub na nocne szaleństwo przystrojony. Kościół górny obsypany kwiatami. W dolnym kościele stoły otulone wykrochmalonymi obrusami i zastawą – czekały na półmiski potraw, torty i wino. Wynajęty apartament dla nowożeńców odkurzano pewnie porannym sprzątaniem. Tyle miejsc i tyle ludzi uszykowanych na to nasze uroczyste “tak”. Goście w drodze do kościoła. Dopisali wszyscy. 
Pan młody – jak malowany, piękniejszego nie widzieliście nigdy. Panna młoda – szczupła jak nigdy potem… 
Po co wam ten ślub – pytali znajomi. Po 9 latach bycia idealną parą, rodzicami… Po co to psuć? Po co ryzykować, że was ten papier rozwali? Wam to nie jest potrzebne – mówili. 
Ślub, przyjęcie w kościele i wesele w pubie były idealne. Goście wzruszeni, wybawieni, syto nakarmieni i napojeni. Buty nie obtarły w tańcu do świtu, ksiądz dał nam piękne słowo na Mszy, Ave Maria, to wymarzone, wyśpiewane było najpiękniejszymi tonami. Nie pojawił się tylko pan od wideo i sytuację ratowali goście oraz po prostu wspomnienia. 
A teraz do brzegu. Czego się spodziewałam? Że w nasze życie przenigdy nie wkradnie się nuda i że tylko my będziemy decydować o jego zawartości. Czego byłam pewna? Że nie pękniemy w żadnym zderzeniu z życiem. I że Bóg nas nie zostawi przenigdy. 
W nasze życie nigdy nie wkroczyła nuda i Bóg nas nigdy nie zostawił. Zwłaszcza wtedy kiedy upadaliśmy i pękaliśmy.  I tak sobie dzisiaj z tej rocznicowej sytuacji patrzę na to nasze 14 lat poślubnej drogi, tak innej niż ta “przed”. Na kolejne dzieci, które do nas dołączyły. Niektóre tylko na chwilę i póki co tylko po to, żeby być naszymi aniołami – orędownikami w niebie. Na te dzieci, które z kolei nie odchodzą od rodziców kiedy wyrastają im pierwsze godowe pióra, bo mają taką diagnozę na papierze. I na te dzieci, które są czujnymi świadkami i nosicielami naszych wyborów i naszych zaniechań. W sumie siedmioro ludzi, dla których chcielibyśmy lepiej niż dla siebie.
Dostałam życie tak na serio, że nie wiem jak to możliwe, że mnie – takiego świra Bóg tak poważnie potraktował… Dostałam wszystkie narzędzia do tego, aby iść przez moje życie w hardości i pokorze. Dostałam odwagę i nie narzekactwo wplecione w bezsilność i bunt. Dostałam do pary człowieka, z którym sięgam amplitud każdego emocjonalnego stanu. Dostałam życie, gdzie opadnięte martwo ręce zmartwychwstają do tego, aby zrobić znak krzyża a potem dostają napędu do wybierania odpowiednich nr telefonu, noszenia dzieci, klepania w klawiaturę i kopania ziemi. 
14 lat temu zrobiłam najważniejszy i najmądrzejszy i najbardziej samo zachowawczy krok w moim życiu. Wspólnie z Michałem. Choć wtedy zupełnie nieświadomie. Nie ten, że wyszłam za mąż. Ten, że do tego małżeństwa zaprosiliśmy Boga. I teraz żyjemy. Choć umieraliśmy wiele razy. Nie te poranne kawy, nie wybuchanie śmiechem w tym samym momencie, nie imponowanie sobie w tym czy każdym temacie sprawiło, że wierzę w moc mojego małżeństwa. Ale właśnie te momenty najsłabsze, te których wolałabym żeby nie było, te w których zobaczyłam, że my żadnej mocy w tym, żeby trwać nie mamy. Bo dotknęliśmy Czegoś ponad naszą słabość. I na szczęście na tym zawiesiliśmy nas te 14 lat temu. To nie moc naszej przysięgi, ale Jego obecność w naszym życiu trzyma nas. My pękliśmy już sto razy. A On nie pęka. On nas zawsze tak przepięknie w miłości odradzającej się z każdego rozczarowania – skleja. Amen.

Barbara Konarska

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.