Press "Enter" to skip to content

O wyobrażaniu sobie Boga

Jest jak osoba – tutaj i wszędzie. Jak miłość, mądrość, śmierć i chwila. Lecz nie jest chwilą, śmiercią, mądrością, miłością, osobą. Lecz jest. Wewnętrznym korzeniem wrasta i wyrasta. Strumieniem, w który czółno moje wpływa.

Pierwszą rzeczą, którą robi człowiek zrodzony z niewiasty, jest wdech. Ostatnią – wydech.

Chcę mówić o sprawie naprawdę wielkiej. Co jednak począć wobec niewypowiadalnego? Jak wypowiedzieć to, na co nie ma słów, bo nie może być, w żadnym z języków ludzi i aniołów? Trzy są drogi takiego mówienia (i droga czwarta – ale nie uprzedzajmy wypadków…). Po pierwsze język adoracji – droga wywyższenia, via eminentiae. Alleluja i hosanna, i sanctus sanctus sanctus. Po drugie język zaprzeczenia, droga negacji – bo skoro nie da się powiedzieć, czym jest to, o czym mówić się chce, to mówić trzeba, czym nie jest, skoro dlaczegoś mówić się musi. Droga trzecia – ulubiona ścieżka wariatów, poetów i mistyków – język metafory i paradoksu. Credo quia absurdum (Eriugena: Albowiem niewiedza o Nim jest niewypowiedzianym pojmowaniem; Augustyn: lepiej zna się Go – nie znając (…) niewiedza o Nim jest prawdziwą mądrością).

Wyobraźnia, by Boga wyobrazić, który przecież jest Inny, musiałaby zrobić Go z niczego (rewanżując się za to, z czego On zrobił mnie). A rozum musiałby wyrozumować coś rozumniejszego od siebie.

Mimo wszystko – próbujemy.

Oto starzec z długą siwą brodą, spływającą z tronu na szczycie aż do stóp góry, tron z lodu, góra, milionkrotna iglica katedry, szkli się w blasku wirujących aureol. Starzec jest taki mądry, że zaniechał działania, bo mądrość absolutna jest znieruchomieniem u kresu. Wicher wieje, starzec jest niedosiężny, oślepiający. Słońce jest cieniem Jego blasku.

Ale to za mało. Więc może nie starzec, może dziecko. Mały nagi chłopczyk na brzegu morza. (Spotkał go raz Mistrz Eckhart, zaprowadził do swojej celi i powiedział:

Weź szatę, którą tylko chcesz.

Wtedy nie byłbym królem.

I znikł). Do miejsca, gdzie stoi, nie wiodą żadne ślady. Fala czule obmywa mu stopy, a on wymachuje patykiem. Patyk w górę – rodzi się wszechświat, patyk w dół – uderza piorun, patyk w górę – poczyna się poeta, patyk w dół – niebo czarne jak krew… Chłopczyk się śmieje. Cisza jest echem jego śmiechu.

Ale i to za mało. Więc wyobraź sobie sześcian z ołowiu wielki jak masyw Tatr. Raz na sto lat przelatująca gęś muska ołów skrzydłem. Czas potrzebny gęsi, by zetrzeć ołów do dna, to jedno westchnienie Boga albo jeden interwał między uderzeniami Jego serca. Jeżeli promień ogromnego Wszechświata pomnożyć przez liczbę atomów, z których jest zbudowany, to otrzymana wielkość będzie promieniem Bożej źrenicy, zwężonej od zapatrzenia w jasności promieniste, niebiańskie rosy czyste. Tak wielki jest Bóg. Lecz Bóg nie tylko jest wielki. Jeżeli ogromny Wszechświat byłby wielkości elektronu, to Bóg szybuje pomiędzy ziarenkami piasku w tym pomniejszonym Wszechświecie. Tak mądry, że niepojęty nawet sam dla siebie. Właśnie napisał list i śle go do ciebie, puszczając białe gołębie, jednego po drugim. Lecz ich droga jest daleka, pełna wichrów, mgieł i żarłocznych jastrzębi. A ty siedzisz przy oknie i roisz o nim, daremnie wpatrując się w zmierzch. Nicość jest nieskończonością jego jedyności.

Na zajęciach z religii dzieci mają taki sposób dręczenia katechetek: „Czy Wszechmogący może stworzyć tak ciężki kamień, że go nie udźwignie? tak szerokie morze, że go nie przepłynie? Czy umie wymyślić tak trudne pytanie, że na nie nie odpowie?”. Pani katechetka złości się, bo myśli, że to są pytania przeciwko Bogu (a co gorsza – przeciwko niej). I złości się na siebie, że się złości. I dramat gotowy. A przecież to są bardzo dobre pytania, na które są bardzo proste odpowiedzi. Owszem, Wszechmogący może stworzyć tak ciężki kamień, że go nie udźwignie. Bo jest Wszechmogący. I może ten kamień udźwignąć – bo jest Wszechmogący. Stoi ponad myśleniem, ponad logiką, ponad rozumem. Jest słowem i milczeniem. Treścią milczenia i ciszą słowa. Tym, który jest, i wielkim nieobecnym. Tym, którego Imienia nie wolno wypowiadać, i tym, którego Imię wypowiadam w każdej sekundzie mojego życia: wdech (jh) – wydech (vh), wdech – wydech, wdech – wydech, jh – vh, jh – vh. Między pierwszym wdechem noworodka a ostatnim wydechem umierającego – całe życie jest bardziej lub mniej wyraźnym wypowiedzeniem Imienia, mniej lub bardziej donośnym wołaniem Boga.

Język paradoksu: kiedy niemożliwe jest rzeczywistym, wówczas realność, obnażona z pozoru, staje się nicością. Filozofowie nazywają to aporią. Miejscem nie do przejścia. Ale dla niektórych z nich aporia to drzwi do prawdy. Dla Eriugeny, co w dziewiątym wieku był nadwornym myślicielem u króla Franków Karola Łysego. Dla Simone Weil, która w latach wojny projektowała nową lepszą Francję dla de Gaulle’a (też Karola). Sprzeczności nie nazywaj murem, lecz bramą. Operacje logiczne na Bogu nieuchronnie do niej prowadzą. Logiczną konsekwencją tezy o istnieniu Boga jest circulus vitiosus, błędne koło. Konsekwencją tezy o nieistnieniu jest regressio ad infinitum, nieskończony upadek.

Ponadniepoznawalny wszechniebyt.

Ale to jeszcze za mało.

Jest Człowiekiem przybitym do krzyża, niewinnym skazańcem, który przewędrował wszystek ból, do dna upokorzonym, wystawionym na wyśmianie w szacie z plwocin i krwi. Który nawet wtedy nie zakończył swej drogi, poszedł jeszcze dalej, jeszcze niżej, stał się chlebem, pokarmem, czymś do jedzenia! I który – to już najbardziej przeraża – mówi do mnie, żebym szedł za Nim, szedł Jego drogą, nie szukając pociechy. No z jakiej racji On mnie tak szanuje?

Jest jakaś głęboka, przez samych autorów nieprzeczuwana racja w opiniach, które głosili na temat chrześcijan starożytni Rzymianie: chrześcijanie to sekta ateistów, czcicieli głowy osła, obłąkanych głupców, szalonych wyrzutków uprawiających rytualny kanibalizm. Szaleństwo miłości, niebaczące na siłę ciążenia. Uwaga – starożytni Rzymianie wracają, i wiodą tresowane lwy.

Wyobraź sobie, że kiedy umrzesz, wtedy Go zobaczysz. Ujrzysz Go całego, nieskończonego. Zapatrzony w ten blask doznasz nieprzemijającej radości, nieporównywalnej z żadną ziemską rozkoszą. A On, tak wielki, nieskończenie większy od ciebie, będzie też od ciebie nieskończenie daleko. I to On będzie tą odległością, otchłanią. Twoje zapatrzenie będzie tęsknieniem wciąż większym, wciąż głębiej przez Niego spełnianym. Jego miłość pociągnie cię ku sobie, w ten blask. Twój lot ku Niemu będzie coraz szybszy, z wciąż – w nieskończoność – rosnącą bliskością, z wciąż – w nieskończoność rosnącą tęsknotą i radością, której najmniejszy ułamek, tu, na ziemi, natychmiast by cię zabił. I tym właśnie będzie wieczność: nieskończonym przyciąganiem ciebie, skończonego, ku nieskończoności. O tym należy milczeć.

Jak wyobrażam sobie Boga? Jest chłodną dłonią na czole umierającego. Bólem. Ulgą, gdy mija ból. Wszystkim, czym zechce. Patykiem znalezionym i porzuconym przez Zosię, wtedy, na plaży.

Wojciech Czaplewski

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.