Press "Enter" to skip to content

Definicje kształtują myślenie ludzi

“A co powiesz dziewczynie, która została brutalnie zgwałcona i jej ciąża przypomina jej nieustannie o tej traumie?” “Dlaczego nie próbujesz wczuć się w sytuację kobiety, która nosi wadliwy płód?” “Czy jesteś osobą tak pozbawioną wrażliwości, by zmuszać kogoś do rodzenia?” “Kobieta to nie inkubator!”

Takie argumenty słyszę za każdym razem, kiedy ośmielę się wyrazić swoją opinię na temat aborcji w jakimś bardziej “postępowym” towarzystwie. Nigdy nie przestaje mnie zadziwiać, z jaką łatwością przychodzi niektórym ludziom myślenie o ciąży jako sytuacji jednoosobowej, jak oczywiste może być dla kogoś oglądanie tylko jednej strony medalu i trwanie w niezbitym przekonaniu, że druga strona w ogóle nie istnieje. Jeszcze kolega gej, który studiuje biologię, jeszcze krzykliwa czternastolatka, która wrzuca na portale społecznościowe zdjęcie z wieszakiem – to potrafię zrozumieć. Ale jak to możliwe, aby matka, czy dzieci już narodzonych, czy taka, która swojego potomka wciąż nosi pod sercem, potrafiła pogodzić takie myślenie z deklaracjami o własnej miłości macierzyńskiej? Aż mam ochotę zapytać – jak można trwać w tak głębokiej sprzeczności i jeszcze bronić tej sprzeczności z pełnym przekonaniem?

W czasach brutalnej proaborcyjnej propagandy i wielkiego społecznego opętania na punkcie seksu, połączonego z ideologią wolności, od której odrywa się, wbrew jej najbardziej podstawowym definicjom, pojęcie odpowiedzialności, taka sprzeczność z łatwością znajduje dla siebie miejsce. Podstawowe mechanizmy, moim zdaniem, są dwa.

Nienarodzone dziecko jest niewidzialne. I nieme. Nie jest w stanie zadeklarować swojego pragnienia życia. Nie spojrzymy mu w oczy. Nie istnieje taka jego postać, która mogłaby słać ten sam przekaz, co wzruszające zdjęcia szczeniaczków (o których prawa walczą często ci sami ludzie, dla których dziecko poczęte jest niczym więcej jak wrzodem, zagrażającym spokojnemu bytowaniu matki). Ruch pro-life posługuje się czasem zdjęciami urodzonych już dzieci, zwłaszcza w kampaniach na rzecz zakazu dokonywania aborcji na dzieciach z zespołem Downa, jednak nie jest to zabieg w pełni skuteczny, ponieważ nie trafia w główną linię sporu; samo zdjęcie dziecka nie niesie jeszcze jasnej sugestii, iż dziecko to jest tą samą, czy też wyposażoną w te same prawa istotą, która wcześniej znajdowała się w łonie matki. Niektórzy ludzie są jednak wyposażeni w pewne naturalne instynkty, umożliwiające odruch współczucia i troski wobec tej istoty. Mimo to człowiek, który wymyślił sztukę, filozofię i etykę, powinien być zdolny do dokonywania osądów moralnych w oderwaniu od swych wrodzonych odruchów. Nie zaś, dla ułatwienia sobie życia, prowadzić wyszukane racjonalizujące wywody, z pomocą których owe odruchy całkowicie wytępi.
Drugą przyczyną jest oczywiście propaganda. Jej osią i motorem jest zaś wielka wojna definicji. To one bowiem – definicje – kształtują nasze myślenie. Jeśli na przykład ktoś zechce wierzyć, że rodzina to dla niego wszystko, mimo że zdradza żonę, może zawsze zmienić definicję rodziny i powiedzieć na przykład: “rodzina to osoba, z którą aktualnie sypiam”. Nie od razu, ale po jakimś czasie ciągłego powtarzania tej stworzonej przez siebie definicji będzie mógł znowu mówić: “rodzina to dla mnie wszystko” – i spać spokojnie. W ten sam sposób działa powtarzanie jak mantry określeń typu: “zlepek komórek” czy mówienie “ciąża” tam, gdzie należałoby powiedzieć co najmniej “płód” – na przykład w wyrażeniach takich jak “usuwanie ciąży” czy “przerywanie ciąży”. Jeszcze niedawno stwierdzenie, że zakaz aborcji to “torturowanie” i “mordowanie kobiet” byłoby wyśmiane przez wszystkich, włącznie z feministkami. Dziś to hasło stało się hasłem przewodnim dla marszów, których uczestniczki ubierają się na czarno, na znak żałoby po owych “zamordowanych kobietach”. Co za ironia.

Jakie wobec tego wszystkiego zadanie stoi przed nami, chrześcijanami i wszystkimi ludźmi dobrej woli? Przede wszystkim – stanowczy sprzeciw wobec tych bombardujących nas, dehumanizujących nienarodzone dzieci pojęć. Tam, gdzie inni, zamiast w miarę neutralnego “aborcja” wybierają dehumanizujące “usuwanie ciąży” – my mówmy “zabijanie nienarodzonych”. Tam, gdzie inni mówią “zlepek komórek” – my mówmy “osoba”. Nie gódźmy się na mówienie “zaostrzenie praw aborcyjnych” – czy bowiem tam, gdzie poszerza się prawo do życia, można mówić o “zaostrzeniu”? Nie bójmy się nie dostosować do narzucanych nam bezdusznych reguł językowych. Czasem może się nam wydawać, że nasz trud jest daremny a nasz głos ginie wśród niezliczonych głosów strony przeciwnej – ale to tylko złudzenie. W pierwszym kołobrzeskim czarnym proteście, który miał miejsce w październiku 2016. roku, uczestniczyło około tysiąca osób. Teraz, w marcu br., przy molo pojawiło się ich ledwie kilkadziesiąt. Podobnie ma się sprawa w skali kraju – podczas gdy pod inicjatywą obywatelską “Zatrzymaj Aborcję” podpisało się około 830 000 osób, o wiele bardziej nagłośniony w mediach projekt “Ratujmy Kobiety” zebrał ponad czterokrotnie mniej podpisów (około 200 000). Tak więc to nieprawda, że jest nas mniej. Tamci po prostu głośniej krzyczą. Krzyczą być może tak głośno, żeby w samych sobie zagłuszyć ową sprzeczność, tę samą sprzeczność, którą usiłują zamaskować swoimi wymyślnymi pojęciami. Nie pozwólmy im na to. Tak samo jak antyaborcyjne plakaty w strasznych obrazach odsłaniają prawdę o tym, co dzieje się w klinikach aborcyjnych, tak każdy człowiek, poprzez sam dobór słów, może odsłonić prawdę o tym, KTO mieszka pod sercami kobiet w ciąży.

Maria Czaplewska

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.