Press "Enter" to skip to content

Niechaj w każdej duszy będzie dusza Maryi

Maj to taki „matczyny” miesiąc. W całości poświęcony Matce Najświętszej, to również Dzień Mamy. Z kolei na początku nowego miesiąca będziemy obchodzić Dzień Dziecka. Mama i Dziecko są ze sobą nierozerwalnie związani, stanową niejako jedno – ciało z ciała, kość z kości. Ale zdarza się też tak, że między tymi – wydawałoby się najbliższymi sobie osobami – potrafi istnieć prawdziwa przepaść. Niezrozumienie, odrzucenie, brak akceptacji czy nawet znęcanie się, zaniedbywanie, porzucenie… Wokół nas rozgrywa się wiele takich tragedii, niestety. Ale są też problemy, które wynikają z różnicy wieku, innych poglądów, innego podejścia do życia, innego środowiska. Jednym słowem -rozdźwięk międzypokoleniowy. I najgorzej, gdy każda ze stron zamknie się w swoim pokoju racji. I jedno i drugie chce dominować, narzucać swoje patrzenie, chcą się wzajemnie pokonać, podeptać – zwłaszcza młode pokolenie, które chciałoby „zwojować świat”. Tylko czy… Matka jest źródłem życia. Cóż się z nami stanie jeżeli zniszczymy to źródło? Czy drzewo mogłoby rosnąć bez korzeni? Bez czerpania życiodajnych soków z pewnej i mocnej gleby?

Snując tę refleksję, chciałabym zaprosić Państwa do domu św. Elżbiety. Pośpieszmy tam razem z Maryją – tym bardziej, że maj zakończymy wspomnieniem Nawiedzenia św. Elżbiety.

Kim jest Maryja? Kim dla nas jest w tej scenie? Pozwólmy by stała się obrazem Młodości. Jest już Matką, unosi pod Sercem Dziecię. Ale zatrzymajmy się na tej młodości (bo obie niewiasty z tej sceny są w stanie błogosławionym). Jej podróż przebiega z pośpiechem, chce jak najszybciej dotrzeć do swojej Krewnej. Jest pełna radości, przecież „wielkie rzeczy uczynił Jej Wszechmocny”. Ale zapewne unosi w sobie jeszcze to zmieszanie, to zaskoczenie; może i jakiś lęk, obawę, niepewność. Jest Niewiastą Wiary, ale często będzie poddawana próbie, będzie konfrontowana z różnymi sytuacjami. Jeszcze tak wiele przed Nią. Może zastanawia się jak ją przyjmie społeczeństwo – jest brzemienna, a „nie zna męża”. Jej Serce jest szlachetne, pełne idei, kochające i otwarte – inaczej nie pomyślałaby o Krewnej i nie skierowała do niej swych kroków po tak wielkim wydarzeniu. Śpieszy z pomocą. Ale zapewne udała się do niej także ze względu na słowa Archanioła – przywołanie Elżbiety w jego mowie było tym pieczętującym wszystko argumentem, po którym Maryja wypowiedziała swoje „Amen”. Chce sprawdzić? Chce zaczerpnąć wiedzy od doświadczonej już Elżbiety. Chce razem z nią dzielić to wszystko, co sama przeżywa.

Maryja dochodzi na miejsce i wychodzi ku Niej, na powitanie, „podeszła w latach” Kuzynka. Kim dla nas jest Elżbieta?Za nią już niemal większość życia. Nie było ono łatwe – ze względu na jej bezdzietność nie była dobrze przyjmowana w swoim otoczeniu; to było dla niej powodem hańby. Przez lata zdobyła wiele doświadczenia, od najdrobniejszych czynności gospodarski rozpoczynając po tworzenie relacji aż zapewne po znoszenie pierwszych dolegliwości fizycznych związanych z wiekiem. Teraz, w swojej jesieni i jej Bóg uczynił wielkie i przedziwne rzeczy. Jest dowodem, że nic nie jest dla Boga ani niemożliwe, ani skończone. To największy zwrot w jej osobistej historii.

I oto te dwie Niewiasty stają przed sobą. Wiążą je ludzkie więzy krwi, ale także jeden Pan, który każdą z nich uczynił wybraną w swoich niepojętych planach. Są równe w dziecięctwie Bożym. Wyznają jedną wiarę. Zaufały i służą temu samemu Panu. Obie wydadzą życie i wiedzą, że macierzyństwo jest darem – obie podchodzą do tego daru z pokorą i skromnością. Gdy stają przed sobą żadna z nich nie chce pierwsza mówić o sobie. Jest cała nastawiona na przyjęcie drugiej i na wysłuchanie jej. To są dopiero przepiękne spotkania!

Zaczyna Maryja. Ona przerywa milczenie – zapewne Elżbieta była zaskoczona, nieuprzedzona o tych odwiedzinach . Maryja jest młodsza, wypada by Ona pierwsza pozdrowiła Krewną. I choć jest świadoma swojego szczególniejszego Wybrania, nowej godności jaką została obdarowana przez Boga – milczy o sobie. Ewangelista podaje, że pozdrowiła Elżbietę. To, że Krewna wypowie za moment pochwałę Jej macierzyństwa, wynika z jakiegoś wewnętrznego natchnienia, objawienia, nie z przekazu Maryi, bo ta jest cała skupiona na Elżbiecie.

Maryja jest więc obrazem Młodości, młodego pokolenia. Elżbieta to symbol starszego pokolenia. I tak patrzmy na to, co się dzieje. I Młodość i Starszeństwo (trochę niefortunnie brzmiałoby tu wyrażenie: starość) są płodne. I są ze sobą powiązane. Każde Nowe Pokolenie ma misję szczególną, niewątpliwie wnosi coś nadzwyczajnego w otaczający je świat. Św. Benedykt powiedział, że należy „czcić starszych, kochać młodych” (słowa te w swoim dokumencie apostolskim przytacza Papież Franciszek, który wielokrotnie i przy różnych okazjach podkreśla także wzajemną relację między pokoleniami). I tego doświadczamy w Nawiedzeniu. Maryja okazuje szacunek Elżbiecie, ona zaś z miłością przyjmuje Maryję. A co widzimy w otaczającej nas rzeczywistości? Młodzi, jeśli już wejdą w jakiej struktury, chcą dominować, chcą wszystkim zawładnąć i wszystko zmieniać. Zmiany te mogą iść w dwóch kierunkach – albo totalnego liberalizmu, źle rozumianej wolności i swobody, legalnego bezprawia, w duchu konsumpcjonizmu, hedonizmu i egoizmu; albo w kierunku nadgorliwego radykalizmu, którym będą przykrywać jak płaszczem próby pseudoreform. Jak wiemy żadna ze skrajności ostatecznie nie jest dobra. Zwłaszcza, że często Młodość nie patrzy na metody, nie zna hamulców by osiągnąć cel (nie myślę tutaj o dobrze rozumianej i prawidłowo rozwijanej ambicji, która faktycznie może stać się pozytywną cechą). Jest jednak też tak, że Starszeństwo zamyka się w sobie, a stwierdzenie „zawsze tak było” staje się czymś negatywnym a nie bezpieczną opoką, ważnym punktem odniesienie.

Elżbieta wyszła na spotkanie Maryi. Tak naprawdę, one obie wzajemnie wyszły na to spotkanie. Nie budują murów otaczających pałac ich „Ja”. Obie wzajemnie uznają cud, który każda z nich nosi pod sercem. Chcą niejako razem przeżywać swoją płodność. Lubię tę scenę wyobrażać sobie tak – obie, i Maryja i Elżbieta, stoją za zewnątrz, przed domem, otulone słonecznymi promieniami. To też alegoria dla naszego rozważania. Obie „coś” opuściły, wyszły na zewnątrz, poza jakieś schematy, obwarowania, poza jakiś jeden krąg swojego istnienia.

Maryja pozostała u swojej Krewnej trzy miesiące. Dlaczego? Zapewne nie po to, by doznawać chwały i względów. Młodość usiadła u stóp Starszeństwa by w tym wspólnym życiu pod jednym dachem, uczyć się, zdobywać mądrość, przejmować niejako ten bagaż doświadczeń, który już miała Elżbieta. Maryja w czynie zrealizowała to , co powiedziała Archaniołowi – „jestem Służebnicą” (najpierw Pana, ale z miłości dla Niego i w Nim, także bliźniego). Maryja i Elżbieta razem tworzyły świat. Źle jest chyba wtedy kiedy każda ze stron chce zmieniać stronę przeciwną. Wspólne bytowanie jest wielkim wyzwaniem. Ale naprawdę, Młodość nie byłaby pełna gdyby odcięła się od Starszeństwa. Nie na wyniosłości i pysze mamy budować swoją tożsamość. Św. Jan Paweł II napisał: „Pamięć i tożsamość” – nie można tego rozdzielać, bo utracimy płodność, wszystko stanie się chwilowe i skupione jednostkowo a nie na dobru ogółu. Św. Paweł napisze: „Nikt z nas nie żyje dla siebie”. Inaugurując przed laty Rok Życia Konsekrowanego, Papież Franciszek w swoim specjalnym liście poruszył także temat pamięci – szczególnie zwracając właśnie uwagę młodych osób powołanych na ten istotny aspekt. Ale pisał o tym także w kontekście wdzięczności, dziękczynienia – za wkład poprzednich pokoleń w życie i tworzenie wspólnoty. Można to także odnieść do funkcjonowania rodzin czy każdej innej grupy. Młodość musi podejść do Starszeństwa z wdzięcznością. Ten szacunek powinien wypływać także z uznawania dobra uczynionego przez naszych Poprzedników, ich wkładu i trudu. W Ojczyźnie czcimy i musimy czcić, kultywować pamięć o wielkich bohaterach, działających na różnych niwach – inaczej naród utraci tożsamość. Dobrze wiemy, co dzieje się z człowiekiem, który cierpi np. na sklerozę, demencję czy jeszcze poważniejsze zaburzenia utraty świadomości. Pewnie niejeden z nas mógł oberwać zagubienie takiej osoby. Oczywiście, zdaje sobie sprawę z pewniej idealizacji, którą uprawiam w tym tekście – śmiało i słusznie, ktoś może zarzucić, że nie zawsze Starszeństwo zachowało się godnie i nie ma za co, dziękować, raczej trzeba zmierzyć się z „najtrudniejszym kunsztem przebaczania win”. Przebaczenie nie oznacza zapomnienia, nie jest związane ze sferą emocji, lecz z aktem woli, a zdecydowanie nie jest, nie może być, usprawiedliwieniem w fałszowaniu prawdy, w chowaniu prawdy pod przysłowiowy dywan.

Maryja by dotrzeć do Elżbiety musiała pokonać górską drogę, Jej wędrówka nie była łatwa. Jeśli zwrot „w stanie błogosławionym” zastąpimy „jest brzemienna”, można snuć kolejne alegoryczne refleksje. I Młodość i Starszeństwo są brzemienne – w swoje nawyki, naleciałości, przyzwyczajenia, już podjęte decyzja, dokonane czyny… Tylko, że ta brzemienność nie przeszkadza im w spotkaniu. Spotkanie staje się tym piękniejsze im bardziej stają w prawdzie. Elżbieta przyjmuje pozdrowienie Maryi, uznaje to kim jest i dlaczego Maryja do niej przybyła. Ale i Maryja – bez wywyższania, bez nadęcia – przyjmuje pozdrowienie Elżbiety. Bywa, że ukrywanie prawdy wyrządza większą krzywdę niż jej wyjawienie. Nie należy jej także sztucznie wybielać. I Młodość i Starszeństwo są brzemienne w skutki swojego postępowania, swoich poglądów i muszą podejść do tego odpowiedzialnie. Jest to także odpowiedzialność za siebie wzajemnie. W przypadku Młodości jest to odpowiedzialność by otoczyć właśnie opieką, szacunkiem Starszeństwo, by „ocalić od zapomnienia” to, co piękne i szlachetne, to wielkie dziedzictwo – ale jeśli trzeba także prawdę „bolącą” (jednym z rodzajów nauki, jaki otrzymujemy od życia i w ciągu życia, jest nauka na błędach). W przypadku Starszeństwa jest to odpowiedzialność za wychowanie Młodości, przekazanie jej najcenniejszych, autentycznych wartości, rzeczywistych wzorców, skarbca wiary i moralności. Można to porównać do sztafety. Starszeństwo pielęgnowało sztafetę poprzedniego Starszeństwa (ono też musi pamiętać, że było kiedyś Młodością, a to powinno skłonić to pewnej wyrozumiałości, oczywiście w racjonalnych granicach, by nie popaść w ryzykowne pobłażanie – jedną z form nauki jest również poprawianie i korygowanie błędów, upominanie) i ją przekazuje dalej. Później Młodość uczyni to, gdy już będzie Starszeństwem wobec kolejnej grupy (dlatego Młodość powinna również od początku mieć wzgląd na to, że kiedyś stanie się Starszeństwem – jeśli dobrze nie wykorzysta okresu nauki, formacji, cóż później przekaże, ale też jak kiedyś, w „nowej ziemi, nowym niebie” spojrzy w oczy minionemu Pokoleniu – przecież będzie musiała zdać rachunek , cóż uczyniła z odziedziczonym dziedzictwem; jak pielęgnowała i rozwijała trud minionych Pokoleń? Bo jak Młodość mówi teraz o Starszeństwie, tak kiedyś, kolejna Młodość będzie mówiła o niej. W kiedyś bardzo znanym filmie „Gladiator” główny bohater, generał Maximus, wypowiada ciekawą myśl – chcą zmotywować swój oddział przed kluczową bitwą mówi: „nasze czyny”, to , co uczynimy za życia, „będą brzmieć echem w wieczności”.) Owa „brzemienność” to także wszelkie problemy w porozumieniu się, różnice poglądowe, kulturowe, obyczajowe. Nieraz wydaje się, że tak wiele dzieli, tylko czy to na tym mamy się skupić? Zdecydowanie bardziej szukać trzeba i pielęgnować to, co łączy, na czym można razem budować. Papież Franciszek mówiąc o pamięci, jednocześnie radzi, by nie zatrzymywać się na przeszłości. Potrzeba nam ufnego i pełnego nadziei spojrzenia w przyszłość. Przed nami też „coś” jest. To też rozwijanie ducha odpowiedzialności.

To, że Maryja pozostaje u Krewnej oznacza także to, że Elżbieta otworzyła dla niej swój dom, przyjęła Jej pomoc. Starszeństwo otworzyło się na Młodość. Jest to oznaka wzajemnego zaufania, pewna forma docenienia, uznania trudu drogi. Papież Franciszek wielokrotnie podczas spotkań z młodzieżą, także w Polsce na ŚDM, pytał, czy młodzi rozmawiają ze swoimi dziadkami, czy ich pytają, proszą o rady i słuchają ich opowieści. Dziadków nazywał prawdziwymi skarbami, skarbnicami wiedzy i mądrości. Czy my, młodzi, chcemy z tego korzystać czy też raczej omijamy je źródła? Ile w nas jest ducha lekceważenia! Jak bardzo nieraz powierzchownie patrzmy, zewnętrznie oceniając. A czyż Elżbieta – albo starotestamentalna Sara i Anna – nie uczą nas, że to, co po ludzku wydawało się już „przekwitnięte”, bardziej chylące się już ku końcowi, może być niezwykle płodne i piękne? Skarby mają to do siebie, że lubią być dobrze schowane, ukryte, pokryte kamuflażem i kurzem. I to – wielkie pole do popisu dla młodzieńczego zapału i entuzjazmu. Ale można odwrócić pytanie Papieża. Czy Starszeństwo chce słuchać i odkrywać Młodość? Elżbieta daje tego wspaniały przykład. Znamy jednak z codziennych obserwacji nieco inne „scenariusze”. Jakże bowiem często Starszeństwo przyodziewa się w pychę, zamyka się w swojej wyniosłości, obwarowuje się murami: „ja, tylko ja,zawsze to robiłem”, „to jest jedyny słuszny sposób wykonania tego”. I nawet jeśli zaryzykuje i pozwoli sobie na przyjęcie Młodości, zaraz próbuje ją osaczyć, zagarnąć i zmanipulować. I w ten sposób zabija się płodność Młodości, jej entuzjazm i ducha poszukiwania, sprawie się, że staje się ona zgorzkniała, skostniała. Są reguły, normy, które muszą pozostać, które zapewniają ład i porządek, ale są takie drobne przestrzenie życia, takie „pokoje”, w których – bez szkody – można nieco „otworzyć okna” i „przewietrzyć”, np. choćby pozorna sprawa, co dzisiaj na obiad albo jak ubrać choinkę… Medal ma zawsze dwie strony… Istnieje także pytanie, czy Młodość zawsze postępuje w porządku? Czy nie próbuje podstępem dotrzeć do Starszeństwa a potem wszystko rozwalić; porywa się nawet na niszczenie fundamentów. Wydaje się jej, że coś buduje, tylko czy naprawdę coś osiągnie depcząc Starszeństwo?

Być może te trzy miesiące spędzone u Elżbiety były dla Maryi swoistego rodzaju szkołą formacyjną do macierzyństwa. Ale w tej scenie jest jeszcze jeden, niezwykle ważny element. Magnificat. Tuż po wzajemnym pozdrowieniu, po serdecznym i szczerym błogosławieństwie – wypowiedzianym w duchu prorockiego uniesienia przez Krewną – Maryja wyśpiewuje Bogu swój wspaniały hymn uwielbienia. Nie uczyniła tego w Nazarecie, w tej niepojętej dla nas chwili całkowitego zjednoczenia z Bogiem i „osłonięcia” przez Ducha Świętego. Czyni to – dopiero – tutaj, przed domem Elżbiety, na jej oczach,jako autentyczna Służebnica, pełna miłości bliźniego (dwa wielkie Przykazania w Maryi były doskonale zespolone w jedno). I można powiedzieć – przy współudziale Krewnej, ponieważ ta pieśń – powtarzana przez tysiąclecia przez Kościół powielekroć każdego dnia i na całym świecie – rodzi się, wynika, niejako z tego spotkania. Maryja w słowach Elżbiety otrzymała ostateczne potwierdzenie słuszności swojego „Amen” i prawdziwości Bożego Objawienia (Bóg do takich celów lubi posługiwać się ludźmi). Młodość w Starszeństwie znalazła oparcie, podporę i umocnienie. Może więc całym swym jestestwem wyśpiewać „Wielbi dusza moja Pana…” To hymn bardzo osobisty, ale kto wie, czy nucąc wersy o „rozproszeniu pyszniących się” nie myślała Maryja także o tych, którzy dokuczali Elżbiecie? Podobnie gdy uwielbiała wierność Bożego Przymierza i Jego nieskończone Miłosierdzie. Pieśń utkana jest – choć tak osobista – z wersetów Starego Testamentu. Maryja czerpie z dziedzictwa, które często rozważała, kontemplowała, przyswajała sobie; w którym szukała odniesień do swojego życia; z którym w końcu zżyła się – stanowiło ono cząstkę Jej a i Ona stanowiła część jego.

W tej scenie są jeszcze dwaj „niewidoczni Bohaterowie”. Już bardzo króciutko, zauważmy, że generalnie to, co powiedzieliśmy powyżej w odniesieniu do Dziewicy z Nazaretu i Elżbiety, można odnieść także do nienarodzonych jeszcze, jak i w latach późniejszych już działających, Jezusa i Jana Chrzciciela. Wzajemnie pozdrawiają się, są świadomi zależności jaka jest między nimi; później Jezus w swojej pokorze, okaże posłuszeństwo Janowi przyjmując z jego rąk chrzest. Z kolei Jan będzie podprowadzał swoich uczniów do Chrystusa, niejako Mu ich przekazywał – nie będzie zaborczym tyranem zatrzymującym uczniów dla siebie i skupiających ich na sobie, od początku był świadomy, że Ktoś nadejdzie, nie wychowywał ich więc dla siebie , ale dla Kogoś. Wyczekiwał Go więc, wskazał. Jan był więc człowiekiem budującym przyszłość, otwartym i świadomym swojej misji i jej pewnej skończoności – skończoności, która okazuje się początkiem Nowego. Owszem, Jan będzie musiał zmierzyć się z także z chwilą niepewności – niektórzy mówią, że to pod wpływem otoczenia naszły go takie myśli wątpiące co do osoby Jezusa (przecież Żydzi inaczej wyobrażali sobie Mesjasza i nadejście Jego królestwa); inni komentują, że to właśnie po to by rozwiać wątpliwości innych, sam będąc od nich wolnym, wysłał posłów z owym zapytaniem do Jezusa. Tak, Starszeństwo nieraz może przeżywać takie chwile patrząc na Młodość, na jej różne zachowania, postawy, czyny. Tylko czy zostaje podjęty dialog? Bo co przychodzi z narzekania? Z drugiej strony, znów powraca pytanie, czy jeżeli coś zostanie wykonane nieco inaczej, a efekt i zastosowane metody będą dobre, czy to oznacza, że to jest złe? Potrzeba wsparcia, nie narzekania i negatywnego nastawienia. Jan nie utracił nadziei. Bo takie wątpliwości mogą „zaatakować” – i to całkiem słusznie – Starszeństwo także wtedy gdy widzi, że naprawdę jego wysiłki zostają zaprzepaszczone, jego starania odrzucone, a lata wychowywania nie przynoszą owoców i doznaje krzywdy od Młodości, a plany posypały się jak domki z kart… Bóg pisze i po krzywych liniach piękne symfonie… Piękne i wiele znaczące jest także zachowanie Jezusa, który wygłasza swoistego rodzaju pochwałę Jana – nie ma większego wśród narodzonych z niewiast. Uznaje jego zasługi, docenia jego trud, niezachwianą postawę prawości i i wierności,w końcu męczeńską śmierć. Ale jednocześnie nie zatrzymuje się na tym i zaraz dodaje, że mimo to, „najmniejszy w Królestwie Niebieskim większy jest od Jana” – to przekazanie owej sztafety, to zachęta dla Młodości. Żyć razem a nie we wzajemnym cieniu. W końcu i ten „najmniejszy” i Jan Chrzciciel spotkają się razem przez tronem Baranka. Chodzi przecież o Bożą chwałę, Jego wolę.

Jakże rozsądną, naturalną i „zdrową” jest rzeczywistość, w której wszystkie te sfery przenikają. Jedno unosi w sobie dwoje. W łonie Elżbiety jest malutkie, bezbronne jeszcze dziecię – w Starszeństwie jest cząstka Młodości. A w Młodości – cząstka Starszeństwa (Maryja unosi w sobie Syna Bożego, który mimo bycia Dziecięciem jest idealną pełnią Starszeństwa, Pierwszeństwa i Władzy). Nie zatracić tego w sobie i nie zabijać tego w innych. Pozwolić Starszeństwu cieszyć się swoją Młodością i wciąż ją w sobie pielęgnować; pozwolić i pobudzać Młodość do odkrywania w sobie Starszeństwa i rozwijania go w duchu odpowiedzialności, dojrzałości.

Zakończmy te rozważania pobożnym westchnieniem św. Ambrożego: „Niechaj w każdej duszy będzie dusza Maryi, aby wielbiła Boga; niechaj w każdym duchu będzie duch Maryi, aby radował się w Bogu”.

s. M. Teresa Pechman
od Jezusa królującego w boskiej Eucharystii
(OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.