Press "Enter" to skip to content

Antyklerykalizm nie wystarczył. Ale jesienią znów go użyją.

Łącznie ponad 40 proc. głosów w katolickim kraju dla ugrupowań, które w ostatnich tygodniach prześcigały się w nienawiści do Kościoła, życia ludzkiego i rodziny, każe nam dzisiaj postawić pytanie: kim jesteśmy my, Polacy, że dajemy się porwać obietnicy zniszczenia tego, co stanowi największą wartość?

Na pewno znacie Państwo to uczucie, gdy dochodzi do niespodziewanego zdarzenia, po którym dotychczasowe życie zmienia się diametralnie. Wówczas często doceniamy to, co było wcześniej – ów błogi spokój przerywany raz zarazem drobnymi zaledwie problemami.

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy, w wieku nastu lat, czytałem „Zbrodnię i karę”, niespecjalnie przeżywałem nieco abstrakcyjny dla nastolatka spór Dostojewskiego z Nitzscheaniską „zbrodnią na Bogu”. Znacznie większe wrażenie robiły na mnie losy nieszczęsnego Raskolnikowa. To one poruszały strunę wrażliwości, nastoletniej emocjonalności. Dokonawszy zbrodni na starej kobiecie i jej siostrze ów bohater Dostojewskiego odmienia radyklanie swoje, niezbyt może atrakcyjne, ale jednak w miarę spokojne życie. Nic już nie było potem takie samo. A gdy przyznał się do winy i wyjawił prawdę zakochanej w nim po uszy Soni, ponownie wywrócił wszystko do góry nogami. Dawne relacje z bliskimi musiały się zmienić. Znów coś przestało być takie samo, jak dawniej.

I teraz, od pewnego czasu, znów daje o sobie znać to nieznośnie uczucie, ale tym razem w odniesieniu do świata rzeczywistego: wszystko się zmieniło – nic już nie będzie takie samo. Każe nam tak myśleć właśnie wynik niedzielnych eurowyborów.

Przyspieszenie

Nigdy dotąd antykościelna retoryka nie stała się jednym z głównych tematów kampanii wyborczych. Owszem, były partie deklarujące tzw. potrzebę laicyzacji, proponując najbardziej brutalne, antykatolickie rozwiązania. Ale film „Tylko nie mów nikomu”, który mocnym przekazem emocjonalnym i autentyzmem historii celnie trafił na glebę epoki post „Kleru”, epoki upowszechniającego się przekonaniu o zepsutym Kościele, sprawił, że owa antykatolicka machina ruszyła z całym impetem.

Pedofilia w Kościele” – ta zbitka, za sprawą popularności filmu Sekielskich, upowszechniła się na dobre. I rozbudziła emocje, którą szybko postanowili zagospodarować politycy. Wykorzystali oni cynicznie zarówno cierpienie ofiar jak i grzechy ludzi Kościoła – a przecież stanowią one rany w sercu całej Wspólnoty – w najbardziej brutalny sposób. W takich sytuacjach, i tego trzeba być świadomym, wystarczy iskra, by rozbuchać złe nastroje, wzbudzić nienawiść projektowaną na wszystkich kapłanów czy katolików. Dowodem tego atak na Bogu ducha winnych kleryków, spacerujących alejkami krakowskich Plant. Politycy podjęli temat grzechów niektórych księży z właściwą sobie zaciekłością, przerzucając się winą za stan rzeczy, ujawniony w „Tylko nie mów nikomu”.

Być może to przypadek, że właśnie po wrzuceniu tego obrazu na YouTube, PiS odnotował spadek w sondażach. Ale przecież kampania rozpętana przeciwko Kościołowi, mająca także celować w bliską niektórym biskupom partię Kaczyńskiego, wybrzmiewała nie tylko na partyjnych konwentyklach Koalicji Europejskiej, Lewicy Razem czy Wiosny, ale także wyzierała z okładek „Gazety Wyborczej”, „Newsweeka”, „Polityki” czy z programów informacyjnych TVN.

Owszem, powie ktoś, laicyzacja w Polsce nie jest kwestią ostatnich tygodni czy miesięcy. Kto uważnie słuchał i bacznie się przyglądał, dostrzegał jej symptomy w kolejnych badaniach opinii publicznej na temat wiary, w chwilowym sukcesie antyklerykalnej partii Janusza Palikota, spadku powołań czy coraz częściej ziejących pustką kościołach. Jednak pierwszy raz właśnie w tegorocznej kampanii do europarlamentu, wulgarny antykatolicyzm stał się tematem sporów, jedną z głównych osi walki politycznej. Ta odwaga, z jaką liderzy walczący o centrum szermowali hasłami antykościelnymi, to najlepszy dowód na to, że coś nieodwracalnie się zmieniło, coś przyspieszyło. I nic już nie będzie takie samo.

Zejść na ziemię

Jeśli przypomnieć sobie chociażby sukces niesławnego Palikota, to warto pamiętać, że wjechał on do sejmu na grzbiecie kolejnych skandali. Pisaliśmy wtedy o trupie dziwolągów, których wprowadzał do parlamentu, o marginesie społecznym, którego mroczne elementy Palikot podniósł do rangi posłów. A jednak, dzisiaj już w twarzach arbitrów elegancji takich, jak Leszek Jażdżewski, Robert Biedroń, Donald Tusk czy Grzegorz Schetyna, dostrzegamy te same demony, które wrzasnęły z radością, gdy w ławach poselskich zasiadł Roman Kotliński.

I, naturalnie, łatwo zaoponować, że przecież dwa filmy nie mogą zmienić obrazu polskiego społeczeństwa ani tym bardziej kształtu sceny politycznej. Tyle, że przegapiliśmy jedno: to społeczeństwo zmienia się od dawna i właśnie dlatego te filmy dokonały swojego dzieła. Jeśli ktoś żył lub żyje jeszcze miazmatami istnienia ogromnej rzeszy „młodych-konserwatywnych” czy pokolenia JPII – pora, by zszedł wreszcie na ziemię. I zaczął po niej twardo stąpać. Polska zmienia się nieodwracalnie. I zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy niewiele tutaj zmienia. Wszak siły antyklerykalnej lewicy zyskały poklask między innymi za sprawą swojej twardej, antykościelnej retoryki.

Za eksplozję każdej rewolucji odpowiada jeden, pozornie nic nie znaczący wobec jej prawdziwych przyczyn, punkt zapalny. Sukces frekwencyjny „Kleru” i kilkudziesięciomilionowa liczba wyświetleń filmu braci Sekielskich, to wydarzenia, które podpaliły lont. Gdyby Polska była katolicka, zapewne „Tylko nie mów nikomu” oglądane byłoby równie chętnie, ale stanowiłoby wezwanie do pokuty oraz reformy Kościoła. Sekularyzująca się Polska zareagowała inaczej: eksplozją poparcia dla radykalnych postulatów Koalicji Europejskiej i Wiosny Biedronia.

Wulgaryzm, a nie Oświecenie

Kolejne komentarze lewicowych publicystów po filmie „Tylko nie mów nikomu”, przypomnijmy, pełne były entuzjazmu wobec nadchodzącego rzekomo do Polski Oświecenia, którego nigdy podobno w naszym kraju nie było. Z całym szacunkiem, ale festiwal wrogich wobec Kościoła komentarzy, postulatów powszechnego dostępu do aborcji, legalizacji homozwiązków czy adopcji dzieci przez pary homoseksualne, nie jest nawet marną podróbką Oświecenia, lecz ponurą zapowiedzią czasów mroku, barbarzyństwa, rządów motłochu dewastującego wszelki ład i porządek.

Oświecenie pozostawiało współczesnym obietnicę czegoś nowego, obietnicę lepszego świata. Nie brakowało zresztą pośród nawet ateistycznych koryfeuszy tamtej epoki szacunku dla tego, co święte. Czy naprawdę ktokolwiek wierzy, że Biedroń lub Schetyna czytają Kanta lub rozważają czy koncepcje Rousseau przyjmą się u urosną na polskiej glebie?

Przywódcy rewolucji, która nadchodzi nad Wisłę, składają nam przede wszystkim obietnicę wielkiego zniszczenia. Zapłoną nasze domy, kościoły, szkoły i miejsca pracy. A zostaną tylko zgliszcza. Czy obietnica tych zgliszczy jest tak bardzo atrakcyjna dla współczesnych Polaków? Jeśli tak, to kim w takim razie jesteśmy?

Tomasz Figura
/Pch24.pl/

 

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.