Press "Enter" to skip to content

Rozmowa z ks. neoprezbiterem Janem Wojtczakiem, kołobrzeżaninem

Miłość utrzymuje nas przy życiu

– Wczoraj wszyscy przeżywali uroczystość Twoich święceń kapłańskich i to w murach pięknej kołobrzeskiej świątyni, Twojej Bazyliki, bo przecież tu chodziłeś na Msze, byłeś ministrantem… Jakie myśli Ci towarzyszyły, w tym szczególnym dla Ciebie dniu?

Z całą pewnością to niewypowiedziana radość, że te niezwykłe wydarzenia odbyły się właśnie w moim kościele parafialnym, w tym, w którym przyjąłem sakramenty: Chrztu świętego, I Komunii św., Bierzmowania, w którym przez lata służyłem Bogu jako ministrant. Są to więc niezliczone godziny – zbiórek, liturgii i modlitw – spędzone wobec murów tej świątyni i wobec obecnego w nich Jezusa. Od dłuższego czasu marzyłem, aby święcenia kapłańskie naszego rocznika odbyły się właśnie w bazylice kołobrzeskiej… i udało się!

Jesteś już księdzem. Czy masz swój ideał duszpasterski? Jakim chcesz być kapłanem?

– Chciałbym w centrum mojego duszpasterstwa umieścić Jezusa i miłość do Niego. Głęboko wierzę, że to jest moje pierwsze powołanie i ono będzie rodzić wszystko pozostałe. Mam oczywiście, przed oczami liczne sylwetki świętych oraz kapłanów, w których ujrzałem ten żar miłości do Boga oraz tak wielkie oczekiwania ludzi, które tak bardzo chciałbym zobaczyć w swoim kapłaństwie. Ale ufam, że jeśli będę szedł wiernie za Jezusem, to On będzie mnie czynił takim, jakim sam chce oraz takim, jakiego ludzie będą potrzebowali.

Dzisiaj odprawiłeś pierwszą Mszę św. na swojej kapłańskiej drodze. Bałeś się?

– Bez wątpienia. Już od kilkunastu dni, czując, że to już blisko, moje myśli krążyły, bez ustanku, wokół tej pierwszej w pełni mającej być sprawowaną przeze mnie, Eucharystii. Wpierw to troski o techniczną poprawność w celebrowaniu, a następnie o nadanie, mimo przeżyć i emocji, duchowej treści sprawowanym tajemnicom. Świadomość sprowadzania Boga na ołtarz przez moje kapłańskie, namaszczone ręce, skutecznie wywoływała we mnie, zarówno zdumienie, jak i poczucie niegodności i nawet wstydu.

Jaka jest największa wartość w Twoim życiu?

– Św. Jan od Krzyża, jeden z odnowicieli i doktorów Kościoła, powiedział: „Pod wieczór życia, sądzeni będziemy z MIŁOŚCI.” Może to zabrzmi tak idealistycznie i oderwanie od życia, ale to właśnie miłość utrzymuje nas przy życiu. Najpierw miłość Boga do nas, który sprawia, że ten świat jeszcze istnieje, a dalej nasza miłość, która nie jest sloganem z książek i filmów, których scenariusze nieporadnie chcą wypełnić jej brak w naszych sercach, ani nie jest jakąś niebiańską cnotą, o której możemy tylko marzyć. Miłość to konkret, i to konkret, który nas kosztuje – uśmiech, słowo, gest… szukamy tej miłości i błądzimy, raniąc siebie nawzajem, bo niedowierzamy, że ona jest tak blisko – bliżej niż na wyciągnięcie ręki, jest w naszym sercu, i wypływa z obecnego w nim Boga.

Czy Twoim zdaniem ksiądz może być kolegą bądź przyjacielem świeckich?

– Musi. Wszyscy jesteśmy przecież, dzięki wierze, braćmi i siostrami. Kapłani nie byliby potrzebni gdyby nie było ludzi świeckich, gdyż kapłaństwo, do którego przez święcenia zostałem włączony to kapłaństwo służebne – mające być w dyspozycji i służbie dla innych. Idziemy razem, jako wspólnota ramię, w ramię.Świeccy odgrywają ogromną rolę w tej kwestii. To z rodzin wychodzą przyszli kapłani, to świeccy w dużej mierze kształtują nas kapłanów, wspierają i omadlają. Z natury wszyscy jesteśmy relacyjni i w tych relacjach się spełniamy, i wręcz konieczne są relacje kapłanów z osobami świeckimi – bo mówiąc szczerze i bez ogródek – to one nie pozwolą nam zdziwaczeć i izolować się, co czasem może być pokusą w życiu celibatariusza.

Kto miał na Ciebie największy wpływ w życiu?

– Zdecydowanie moi kochani rodzice. Otrzymałem od nich wychowanie, wiarę, wartości i przykład prawdziwej miłości. Byli przy mnie, kiedy stawiałem pierwszy krok, kiedy po raz pierwszy złożyłem ręce do modlitwy, kiedy pierwszy raz założyłem plecak i wyruszyłem do szkoły, kiedy spakowałem pierwszą walizkę, bo nadszedł czas wyfrunięcia z domowego gniazda, i są teraz, i są razem. I za to im dziękuję! Nie mam też wątpliwości, że wpływ mieli na mnie wszyscy ludzie, których spotykałem na mojej drodze – każdy z nich przyczynił się do ukształtowania mnie takim, jakim jestem: rodzeństwo, wychowawcy, kapłani, rówieśnicy, przyjaciele. Jestem pewien, że nade wszystko to Bóg i Jego łaska, która dość skutecznie „ukartowała” to wszystko… – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Jacek Pechman
fot. Jerzy Błażyński

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.