Press "Enter" to skip to content

Klasztorne rozważania: Pilnować swojej wewnętrznej wolności

Od czasu do czasu wypadałoby zrobić porządki. Idąc za tym natchnieniem, bardzo praktycznym i codziennym, postanowiłam przejrzeć karton z różnymi kartkami. Dwa razy do roku przeżywamy najważniejsze święta, prowadzimy wtedy ożywioną korespondencję, więc trochę się tego nazbierało. Miedzy innymi kartki bożonarodzeniowe. Takie kolorowe, z różnymi motywami – i tymi malarskimi, religijnymi, poważnymi, i tymi światowymi. Boże Dziecię owinięte w pieluszki, Mateczka w kolorowej, zdobnej szacie, ponad głowami cherubinki wesoło wyśpiewujące, gdzieś z boku św. Józef , pastuszkowie z darami, tkliwe owieczki, dostojni Królowie. Patrzymy na to, ale gdzie tu Ewangelia? Paradoksalne pytanie, bo przecież teoretycznie trzymamy przed sobą „ewangeliczną scenę”.A jednak. Uwagę na to „zwrócił” mi ks. Krzysztof Wons, którego konferencje zawarte w „Lectio divina z Maryją” są niejako inspiracją do pochylenia się nad tym tematem pod takim kątem.

Betlejem. Ot, takie „nic” dla sobie współczesnych. Pewnie nikt z nich nie przypuszczał, że kiedyś po tej mieścinie przechadzać się będą tłumy pielgrzymów. Cóż, nasz Bóg jest Bogiem paradoksów, Tym, który wybiera to co niemocne w oczach ludzi by zawstydzić mędrców według ciała. W ogólnym spostrzeżeniu możemy wyznać, że to było mało gościnne miejsce, skoncentrowane na sobie, na swoich zyskach – bez miejsca dla Pana, na Jego scenariusz, nie dające pozwolenia na to, by Bóg zaskoczył.

Idąc dalej uliczkami Domu Chleba docieramy do miejsca Narodzin. Zupełnie na uboczu, z daleka od gwaru codziennego zabiegania, własnych interesów znajdujemy miejsce spowite ciemnością nocy. A przecież w tej ciemności miało narodzić się Światło świata.

Święty Jan w Apokalipsie maluje przed nami zachwycający obraz „niebiańskiej adoracji” Baranka Bożego. Hymny, gesty liturgiczne, pokłony i uwielbienie nie mające końca. Apokalipsa jest jednak zwieńczeniem wszystkiego – jako ostatnia księga. A początek Nowego Testamentu jest zupełnie inny.

Mistrzyni adoracji

Słusznie nazywamy Maryję „Dziewicą kontemplacji”, Tą, która w milczeniu słucha, jest cała skierowana ku Bogu, w Niego wpatrzona, Jemu posłuszna – Mistrzyni adoracji, nasz Wzór, Ta, która razem z nami oddaje cześć Bogu. Ale jak wyglądała Jej pierwsza adoracja kiedy już „ujrzała” Pana? Kiedy Słowo stało się – poprzez Jej zgodę, Jej serce i ciało – właśnie Ciałem?

Po pierwsze. Maryja jest nieustannie poddawana próbie. Pewnie bardziej ze względu na nas, sama Ona jest bowiem doskonałą, pełną cnót (choć popieram stwierdzenia, że do wielu rzeczy i Ona musiała dojść; że Ona też nieustannie rozwijała się przy pomocy Łaski; była Oblubienicą i Matką, ale była jednocześnie Uczennicą). A jakże wielka była próba w Betlejem! I tu nawiążę do konferencji ks. Wonsa. My ubraliśmy tę scenę w kolorowe szaty, bardzo ją pokryliśmy lukrem. A tymczasem – tam jest smród, brud, bałagan, tłoczno od zwierząt, panują tam nie królewskie, ale wręcz nieludzkie warunki. Bóg złożony w żłobie. Wielki, wszechpotężny Król Wszechświata. Kiedy o tym myślałam, pomyślałam o naszej codzienności, także o duszy. Czy nieraz nie jest im bliżej do takiego Betlejem niż do idealnie wypastowanej i ozdobionej drogocennymi obrazami świątyni, w której unosi się woń kadzidła? Nasza dusza, z aktu stworzenia, jest ową świątynią, jest czymś nieskończenie piękniejszym, bo wyszła z głębokości Bożego Serca, jest utkana Jego miłością. Ale jest też poddana naszej wolnej woli. A my, nieraz i chcąc nawet współpracować w tym dziele stworzenia, przeszkadzamy i ze świątyni powstaje owa grota. A rzeczywistość , która nas otacza? A grzechy i postępowanie innych, które także nas ranią, też mają na nas swój wpływ? A te wszystkie problemy, z którymi musimy się zmagać? Szeroko rozumiane ubóstwo, niedostatek, niemoc i niepokój? Czujemy jak opada „lukrowa skorupa”. I tu kryje się – także dla nas – pierwsza próba. Polega ona na dostrzeżeniu w tym wszystkim, pośród tego wszystkiego Boga żywego i prawdziwie obecnego Emanuela. Zobaczyć, że Bóg jest – pośród naszego niepokoju, tych naszych, ludzkich planów i oczekiwań, które rozsypały się, zderzyły się z brutalną nieraz rzeczywistością. Bóg jest – choć my możemy być przez ludzi odrzuceni, odepchnięci. Bóg jest – gdy my niczego nie pojmujemy, gubimy się w labiryncie myśli i zmagamy się wewnętrznie z samym sobą.

Stanęła przed próbą wiary

Ale w tej próbie ukryta jest jeszcze jedna próba. Bo nawet jeżeli dostrzeżemy, uznany Jego obecność, pozostaje jeszcze „przyjęcie” tego jaki On jest, Jego postaci. Bo jakiego Boga ujrzała Maryja? Małe, całkowicie bezbronne Dziecię, Niemowlę, może nawet cichutku płaczące?Tego Boga Maryja trzymała w swoich ramionach- Nieogarniony dał się Jej ogarnąć, przytulić. Jakże to możliwe? – czy nie mogła sobie wtedy zadać takiego pytania Maryja? – To jest Bóg? Ten Wszechmocny wobec którego Jej przodkowie zasłaniali twarz, bali się na Niego spoglądać z obawy przed Jego gniewem. Ale właśnie – oto jest Objawienie Nowego Testamentu. Bóg zawsze był blisko, był, jest i będzie. Ale „nadeszła pełnia czasu” – i narodziło się Dziecię, Syn został nam dany. Czym jest kruchość Boga? To Jego nieskończony szacunek do naszej wolnej woli.

Maryja stanęła przed próbą wiary w Prawdę jaka została Jej objawiona. Ten Władca, Syn Najwyższego – leży pokornie w żłobie. Czasem obecność Boga w jakiejś naszej sytuacji wydaje się właśnie taka – niepozorna, wbrew naszym oczekiwaniom (a często jesteśmy jak synowie Zebedeusza – jesteśmy „synami gromu”), może nawet niedostrzegalna. Ale jest. Obecność Jest. I od początku Nowego Objawienia wyciąga w naszą stronę swe stęsknione rączki. I Maryja uznała. Potwierdził to też św. Józef, kiedy ósmego dnia obrzezali Syna i nadali Mu imię objawione przez Anioła – czyniąc ten akt posłuszeństwa uznali Prawdę. Maryja stanie jeszcze raz przed tak radykalną próbą – na Kalwarii. Będzie patrzyła na Tego, którego inni odrzucili, porzucili, zaparli się; na Tego, który kona jak najgorszy złoczyńca. Będzie patrzyła jak umiera Życie. Ale Jej wiara przetrwała. Dla Niej Jezus pozostał Życiem – nie zwątpiła w Jego zapewnienie, że On jest Życiem. Dlatego doświadczyła Zmartwychwstania. A gdy krewniacy mówili, że opętał Go zły duch? Gdy niektórzy odchodzili mówiąc, że oszalał, że trudna jest ta Jego mowa? Czy wtedy Maryja nie miała prawa zwątpić – czy Jezus naprawdę jest Drogą? Ale szła za Nim. Cicho i pokornie, nasłuchując odpowiedzi w sercu, w duszy, a nie w zgiełku ludzkich stwierdzeń. I przeszła z Nim najważniejszą drogę…

Ewangeliści zauważają, że gdy do Betlejem przybyli Pastuszkowie i opowiadali o cudach, które widzieli, o Aniołach i ich „zwiastowaniu”, to Maryja i Józef „dziwili się temu”. Zadziwili się tymi nowinami, tymi niezwykłymi odwiedzinami. A Bóg naprawdę przedziwnie „reżyserował” swoje pierwsze chwile Wcielenia – grota, zwierzęta, żłób, a teraz jeszcze osoby, które w ówczesnej społeczności raczej nie były wysoko postawione, a na pewno były proste i ubogie. A doświadczyli wizyty Aniołów! Przyszła mi ostatnio taka myśl, że Maryja wraz z Józefem mieli jeszcze jeden powód do zadziwienia. Stanęli przed kolejną próbą – przed tą, którą my chyba dobrze znamy i często się na nią napotykamy w naszym pielgrzymowaniu. Jest to próba porównywania, ukrytej zazdrości, goryczy i zawodu. Na zakończenie opisu Zwiastowania w Nazarecie Ewangelista mówi, że wraz z wypowiedzianą przez Dziewicę zgodą odszedł od Niej Archanioł. I – przynajmniej w ewangelicznym opisie – nie powraca do Niej w Betlejem. Jest to kolejne „oszustwo” sztuki, o którym wspomina także ks. Wons. W Grocie Narodzenia nie ma chórów Aniołów. Oni udali się do Pasterzy, nie było ich przy Świętej Rodzinie. Maryja powiła Dziecię w prawdziwej nocy, nie tylko w wymiarze czasowym. Boryka się ze swoimi myślami, próbuje wierzyć we wszechmoc Boga i prawdę tego, co zostało i Jej i Józefowi powiedziane, zapowiedziane, a tu nagle zjawiają się obcy Pasterze i opowiadają o nadzwyczajnych znakach, śpiewach i niebieskich posłańcach. Czy nie znamy tego uczucia? My przeżywamy jakąś posuchę, kryzys, albo nawet staramy się być bardzo pobożni, wszystko gorliwie spełniamy, padamy już przez to ze zmęczenia – a tu nagle zjawia się ktoś „lepszy”, „mistyk”. Zaczynamy się porównywać, rozpada się nasze wyobrażenie, zaczynamy mierzyć szerokość i głębokość naszej duchowości, religijności. Zaczynamy gnębić się pytaniami dlaczego my tacy nie jesteśmy, a ile nam jeszcze brakuje, a może jednak wcale nie jesteśmy tacy gorsi, a co jeśli z nas już nic nie będzie?…A jeszcze do tego dochodzi z czasem oburzenie – jakim prawem on, przecież ja jestem lepszy, mam takie same lub lepsze predyspozycje, wiem więcej, też się modlę… i plączemy się wewnętrznym węzłem, wchodzimy w bardzo niebezpieczny labirynt. Archanioł odszedł od Maryi, ale przecież pozostał sam Bóg! Najpierw jeszcze zasłonięty, w Jej łonie, a w Betlejem już w Jej ramionach. Sam Bóg! Jakże w takiej sytuacji można się jeszcze oglądać na innych? Czytając różne książki z duchowości, wszędzie powtarza się jedno – nie można się porównywać, dla każdego Bóg przewidział indywidualny plan, wyjątkowy i niepowtarzalny, Bóg dla każdego wie, co jest najlepsze. A to porównywanie – a za tym idą czasem próby przyrównania się, upodobnienia, ślepego naśladownictwa ( a naśladować mamy tylko Pana) – czy zazdrość – to przecież są trucizny dla naszej duszy, szkodniki niszczycielskie, które odbierają nam wewnętrzną wolność. A zostaliśmy przecież powołani do wolności! Jezus nas uwolnił! Jezus zaprasza nas słowami Pieśni nad pieśniami do wyjścia, do ukazania się przed Nim, by pójść z Nim po rozkwitłych łąkach – dla każdego ma On jego łąkę, przyozdobioną najpiękniejszymi kwiatami. Ile razy patrząc na Krzyż czy otwarte Serce Jezusowe zapominamy o świecie, a uświadamiamy sobie, że to wszystko tylko i wyłącznie dla mnie – tak niepojęta jest Boża miłość ! Kiedy próbujemy „pracować nad sobą” i przemierzać kolejne ścieżki duchowe jedynie o własnych siłach (pewien rekolekcjonista użył kiedyś ciekawego porównania do „duchowej siłowni) – wtedy co chwila będziemy rozbijali się o takie pokusy. Bo nie odkryliśmy jeszcze tego osobistego, intymnego wymiaru wewnętrznej pielgrzymki, na której jestem tylko ja i Pan (a gdzie Pan tam i Niebo całe z Jego Matką na czele). Dlatego i w XXI wieku powtarzają się herezje pierwszych wieków Kościoła, bezwiednie stajemy się naśladowcami pewnych odszczepieńczych grup, które np. głosiły, że człowiek o własnych siłach dochodzi do zbawienia; że wszystko zależy od jego osiągnięć.

Łaska zaprasza

A przecież to nie my. To łaska Boża! A Łaska zaprasza nas – nie przymusza- do współpracy ze sobą, ale to Ona ma być na pierwszym miejscu. Niezwykle istotne jest nasze otwarcie na nią, nasze posłuszeństwo, wierność – ale to wszystko nie ma być i nie może być jedynie naszym wysiłkiem. To trudne. Przyjąć fakt o swojej słabości i zawierzyć Bogu, zdać się na Niego, otworzyć się na Jego plan, porzucić swoje własne wyobrażenie o sobie – tym bardziej, że nie mamy „być” na swoje podobieństwo, według swojego wyobrażenia , ale mamy być tacy jakimi chce nas Bóg. Dlatego Pan – poprzez tajemnicę swojego Wcielenia -zaprasza nas do drogi dzieciectwa duchowego. Św. Teresa z Lisieux to odkryła wyznając, że sama nie umie „chodzić”, potrzebuje wpaść w ramiona Jezusa, by On ją przeniósł…

Dobrze znam te niebezpieczne zaułki, tak bardzo ludzkie. Nie jest łatwo puścić kierownicę, tak zawierzyć i przestać opierać się na sobie. Gubimy się w tym „wymaganiu od siebie”. A gdzie miejsce na miłość?

Jakże byłoby pięknie gdyby nasze oczy spoglądały na innych tylko w duchu miłosierdzia i by czynić miłosierdzie. Dlatego w sercu każdy powinien pielęgnować „klauzurę”. Św. Rafał Kalinowski powiedział, że Królem duszy ludzkiej może być tylko Bóg. Pewnie to nasze rozbijanie się wynika także z niedoceniania tego, co mamy; jest efektem braku wdzięczności. Na co byli Maryi Aniołowie kiedy tuliła Boga w ramionach? Po co zaprzątać sobie głowę rozmyślaniem o tym, że sąsiadka z ławki jest już krok dalej w duchowości, że ona to robi trzy pompki duchowe codziennie więcej niż ja, kiedy w Komunii św. przyjmuję żywego, osobowego Boga i całe Niebo zstępuje do mego serca? Jakże bardzo wtedy Jezus jest stęskniony naszej czułości, skupienia uwagi na Nim wyłącznie. Jaki sens ma „mierzenie” na jakim etapie już jestem? Czy nie rozpoczynamy wtedy bardziej adoracji siebie? Jeśli kochamy, to czy będziemy wyliczać kochanej osobie, ile to my już dla niej przelaliśmy „wiader” potu na tej naszej „siłowni”?

Pilnować swojej wewnętrznej wolności i pozwolić innym na nią. Owszem, spoglądać na to, co szlachetne, czerpać z nauk innych (by nie popaść w skrajność zarozumialstwa i odseparowania – bo jednak naszą wiarę mamy przeżywać we wspólnocie, pod czujnym spojrzeniem hierarchicznej części tejże wspólnoty), uczyć się od świętych, ubogacać siebie nawzajem, ale w duchu wdzięczności i z nieustannym ukierunkowaniem na Jezusa. (Czy doceniam skarb i dar Eucharystii?)

Maryja z Józefem i Pasterzami mogli świętować dalej razem tylko dlatego, że na Jej ustach, w sercu, ciągle rozbrzmiewała jedna pieśń: „Amen. Niech się dokonuje Twoja wola. Uwielbia dusza moja Ciebie…”Była to także pieśń dziękczynienia za cuda jakie Bóg zdziałał w innych i dla innych, bez domieszki zazdrości – przecież Jej Serce było przeczyste. Ta pieśń to również zgoda na to by Pan nieustannie nas zaskakiwał – jak, kiedy zechce. To nie roztrząsanie „po co” i „dlaczego”, „a inaczej to byłoby lepiej”. Nie, nie taką drogę wskazuje nam Maryja i Józef.

Prośmy Świętą Bożą Rodzicielkę, Tę która przewodzi nam w pielgrzymce wiary, idzie przed nami, która przeszła przez rożne próby i „noce”, aby uchroniła nas wzrok, także ten duchowy, od niepotrzebnego oglądania się na boki; prośmy by była Panią i Królową naszego serca, byśmy zawsze wpatrywali się w Jej Syna i Jego, wraz z Nią adorowali – w konkrecie naszej codzienności, bez dodawania sztucznego lukru; prośmy Ją byśmy tak byli zafascynowani Jej Synem by – jak mawiał św. Franciszek – „to, co gorzkie zmieniało się nam w słodycz”, by noc stawała się dniem…

s. M. Teresa Pechman

od Jezusa królującego w bożej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.