Press "Enter" to skip to content

Obmawiamy księdza proboszcza; oceniamy i krytykujemy sąsiadkę z kościelnej ławy…

Zbliżamy się do Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pana Jezusa Chrystusa. Ulicami miast pójdziemy za Panem w procesji wiary. Potem będzie oktawa i związane z nią ponawiane procesje w symbolicznym wymiarze. Ale przecież ta tajemnica trwa każdego dnia.

Ostatnio miałam szczęście przeczytać wspaniałą i niezwykle wartościową książkę „Medytacje o Kościele” kard. Henry de Lubac. Znalazłam tam, między innymi, stwierdzenie, które stało się inspiracją do niniejszego tekstu: „Kościół i Eucharystia są Ciałem Chrystusa. Nie ma dwóch Chrystusów, z których jeden byłby osobowy, a drugi mistyczny”.

Zdanie, na pierwszy rzut oka proste i konkretne, niby znana nam teza. Ale popatrzmy dokładniej. W życiowej praktyce jesteśmy mistrzami w „rozdzielaniu” – Kościół to jedno, Eucharystia to drugie. Niby owszem, komunię przyjmujemy w Kościele, ale jakie to ma większe znaczenie, to przecież moja sprawa, itd. Dla mnie wielkim szokiem była chwila, w której dotarło do mnie to, co przeczytałam. Kościół nazywamy Ciałem Pana – już św. Paweł nazywał wierzących w ten sposób, swoje rozważania o prawach funkcjonowania wspólnoty porównywał do funkcjonowania ludzkiego ciała; zaś Eucharystia jest rzeczywistym Ciałem Boga. Nasza religia jest religią Wcielenia. Nasz Bóg jest Bogiem Wcielenia. W konkretnym, historycznym czasie, wcielił się w ludzkie ciało, Jezus Syn Boży narodził się jako prawdziwy Człowiek. Teraz Jego tajemnica Wcielenia uobecnia się nie tylko w sakramentalnej formie eucharystycznej, ale także w misterium Kościoła. Dzisiaj Kościół jest Jego Wcieleniem. Tajemnica Wcielenia dokonała się przez łono Maryi. Ale „tym Bożym tabernakulum dzisiaj pośród ludzi jest Kościół”(kard. De Lubec). Ecclesia – tak samo niedoskonała jak niedoskonałe ze swoimi ograniczeniami jest fizyczne, ludzkie ciało. I Eucharystia i Kościół są sakramentem – czyli, według definicji katechizmowej, widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. Eucharystia czyni Kościół. I jednocześnie, to Kościół sprawuje Eucharystię, poza Kościołem nie ma Eucharystii, ona jest jego sercem, źródłem i szczytem. Teodor z Mapswestii powiedział: „Ponieważ jesteśmy karmieni tym samym Ciałem naszego Pana, wszyscy stajemy się tymże Ciałem Chrystusa”. By powrócić jeszcze do św. Pawła – wszyscy dla siebie nawzajem jesteśmy członkami tegoż Ciała. Ciągle mam w pamięci rozważania o. Raniero Cantalamessy z książki „Eucharystia”, które uzmysłowiły mi kolejną prawdę, pomijaną często także przeze mnie w ludzkiej ułomności – skoro przyjmujemy w Komunii Ciało, to znaczy, że przyjmujemy także Jego członki; w komunii przyjmuję nie tylko Pana – Boga żywego i prawdziwego, ale przyjmuję także swojego brata, siostrę jako członka tego Ciała, przyjmuję ich w Panu (czy kiedykolwiek trwając w eucharystycznym zjednoczeniu, wchodząc niejako za sprawą łaski w sferę mistyki, czy w takim momencie błogosławiłem Pana w sercu brata, siostry – szczególnie tych, którzy może upadli, albo względem mnie zawinili, lub, co gorsza, może ja ich zraniłem? Czy adorujemy Pana w sercu drugiej osoby?). W wierze naszej, jeżeli ma być przeżywana autentycznie, nie ma alternatywy typu: troszkę z tego a trochę z tamtego przyjmę. Nie. Jest: albo wszystko albo nic. Chrystus na Golgocie nie ofiarował za nas tylko, powiedzmy, palca lewej reki i prawej stopy. Wydał całego siebie. Nie można przyjąć tylko Głowy.

By uznać brata za członka tego samego Ciała, trzeba samemu uświadomić sobie: „ja jestem członkiem”. Przykazanie miłości bliźniego zakłada właśnie taką kolejność. Skoro mam kochać kogoś „jak siebie samego”, to najpierw sam muszę wiedzieć kim jestem. Jeśli uznam swoją godność dziecka Bożego oraz członka Kościoła, członka Ciała Chrystusa, wtedy będę rozumiał i umiał nie tylko akceptować ale i szanować godność brata, bliźniego. Jesteśmy bowiem na równi.

Jesteśmy świadkami jak w obecnych czasach Kościół jest atakowany, jak liczne zostają mu zadane rany. Idąc za myślą św. Pawła – te rany zadawane są nie instytucji, nie tylko wyłącznie instytucji jako suchemu organowi, mechanizmowi, te rany zadawane są Ciału, a kiedy „cierpi jeden członek, współcierpią inne członki”. Czy współcierpię z ranionymi, z chorującymi członkami? Czy opatruję rany czy raczej jeszcze dosypuję na nie sól? Jezus dokonując dzieła naszego Odkupienia nie otrzymał tylko pięciu ran, które poprzez wieki otoczone zostały chwałą i ozdobione rzewnymi hymnami. Otrzymał ich znacznie więcej – te zadane podczas aresztowania, policzkowania, popychania, związania powrozami, biczowania, cierniem ukoronowania, podczas upadków czy obnażenia z szat…i dopiero te pięć ran na Krzyżu. Te wszystkie rany, w tak przeróżny sposób zadane, czyż nie są już zapowiedzią ran, jakie będzie cierpiał Kościół – nowe, mistyczne Ciało Pana? „Oblubienica musi być podobna do swego Oblubieńca” – jak Pan zapowiedział choćby dobrze nam znanej św. s.Faustynie – musi być z Nim tożsama.

Przed Wielkanocą wieloma z nas wstrząsnęła wiadomość o pożarze w paryskiej Katedrze, chyba najbardziej rozpoznawalnym budynku sakralnym. Nie można zaprzeczyć, Notre-Dame jest symbolem epoki, w której powstawała, także europejskiej cywilizacji chrześcijańskiej, katolickiej . Przejmujące były zdjęcia wykonane tuż po owej tragedii. Osobiście byłam poruszona fotografią przedstawiającą ocalały wielki krzyż. Przypomniała mi się legenda o cesarzu Konstantynie i jego śnie, który sprawił, że z poganina stał się gorliwym wyznawcą Chrystusa. „W tym znaku zwyciężysz”. Świat może walczyć z Bogiem – zresztą Jezus to wszystko zapowiedział na kartach Ewangelii – ale nie może Boga zwyciężyć, choć mogą być chwile, w którym ulegnie złudzeniu swojego panowania. Świat może strawić swoim nieokiełznanym płomieniem ideologii, ateizmu, różnych „izmów” i negacji podstawowych i fundamentalnych wartości, wszystko, co napotka na drodze. Ale nigdy nie zniweczy Boga, Jego miłości i dzieła zbawienia. Będą wyśmiewać krzyż, nazywać go nic nie znaczącym kawałkiem drewna, ale ostatecznie – cóż ocalało? Mury wzniesione przez człowieka? Piękne witraże, które igrając ze słonecznymi promieniami miały tworzyć różne iluzje? Ocalał właśnie ten „znak zgorszenia, znak głupoty i hańby, dla tych, którzy idą na zatracenia”. Ocalał znak naszego wybawienia. Ten Krzyż na wspomnianym zdjęciu był jak jaskółka wiosny, znak nadziei – jak ta gwiazda, która samotnie świeci na ciemnym niebie. Co też jest bardzo wymowne, i może szczególnie odczytywane przez nas, Polaków, ocalała także „nasza” kaplica Matki Bożej Częstochowskiej. Maryja i Krzyż. Tak jak w Jerozolimie, w chwili Odkupienia. Matka i Syn. Głęboko wierzymy, że „zwycięstwo, jeśli przyjdzie -przyjdzie przez Maryję”, „na końcu zatriumfuje Niepokalane Serce Maryi”. Kardynał de Lubac, opierając się już na Ojcach Kościoła, udowadnia, podkreśla – Maryja i Kościół to nie dwie osobne tajemnice, to jedna tajemnica; Maryja jest prefiguracją Kościoła; to, co powiedziano o Maryi, odnosi się też do Kościoła – choć względem Maryi, jest to stosunek doskonały, najwyższy; Kościół na ziemi pozostaje ciągle ułomny… Notre- Dame… Nasza Pani Częstochowska unosi na sobie rany Narodu – podobnie jak Jej Syn. Ale uwieńczona jest koroną, w złotej sukni. Podobnie jak Jezus – Baranek ukrzyżowany, ale chwalebnie zmartwychwstały – zmartwychwstały ze śladami Męki, umarły, ale żyjący na wieki. Rany nie zniknęły, przeciwnie, w czasie objawiania się uczniom, były one gwarantem prawdziwości Jezusa (tak samo podczas objawień Świętych – po ranach rozpoznawali czy widzą Boga czy to Ojciec Kłamstwa próbuje ich zmylić i podszywa się pod Jezusa). Chrystus nie wyrzeka się ran, nie ukrywa ich, nie maskuje.

Katedra „Notre – Dame”. Kościół noszący nazwę „Nasza Pani”. Tamtego dnia spłonęła „Nasza Pani”. A jednak to każdego dnia płonie „Nasza Pani”, żywe Ciało. Opinia publiczna „ekscytowała się” doniesieniami z Paryża, od razu zebrano niebotyczne kwoty na odbudowę świątyni – na której wartość patrzono nie tylko z sakralnego punktu widzenia – ale jakże obojętnie przyjmujemy kolejne doniesienia o prześladowanych chrześcijanach. Obojętnie słuchamy tych wieści, albo w ogóle nie docierają do nas informacje o kolejnych bestialskich mordach na niewinnych – bo przecież ważniejsze są „newsy” o życiu tak zwanych gwiazd albo politycznych sporach. Ale jak to jest, że poruszony jest cały świat na wieść o pożarze – bądź co bądź budynku – kiedy każdego dnia, w różnych częściach tegoż świata „płonie” żywe Ciało Chrystusa. Tu spłonął tylko kościół – budynek. Tam płonie autentyczne i prawdziwe Ciało… Dlaczego patrząc na płonący budynek, pozwalamy zasypywać się „apokaliptycznymi” przypowieściami jakby to miał być symbol początku wielkiego końca, a zostawiamy Naszą Panią prześladowaną sobie samej?

Zaryzykujmy nawet stwierdzenie – to my jesteśmy podpalaczami Notre – Dame. Zamiast rozniecać ogień miłości, ten ogień, który wszystko podtrzymuje i ożywia, my podpalamy naszymi grzechami. Każdy z nas. Nikt nie jest bez grzechu. Różne są rodzaje win – od tej najbardziej konkretnej, indywidualnej i dobrowolnej, jaką jest grzech ciężki, poprzez winę osądów, nie konstruktywnej i nierzetelnej krytyki, która ma na celu tylko zamącić i wprowadzić ferment, aż po winę zaniedbania, to jest owej obojętności, opieszałości, przemilczenia, powściągliwości i letniości. Ten pożar można ugasić osobistym nawróceniem, zaangażowaniem, wołaniem o przymnożenie wiary, nadziei i miłości. Znamy dobrze z obserwacji fizycznego ciała, jak fatalna w skutkach jest choroba – autoagresja organizmu. Jeden członek próbuje zniszczyć inny członek. Ulega ostatecznie zniszczeniu całe ciało.

Czy jestem tak samo zaangażowany w ratowanie Ciała, w bronienie Go, walczenie o Jego godność, jak w zbieranie datków na odbudowę murów świątyni? (paryska katedra jest niewątpliwie wielkim dziedzictwem kulturowym, dziełem sztuki, tylko, że już Ojcowie Kościoła, ba, już św. Paweł wołał: to wy jesteście świątynią Boga! Apostoł Narodów upominał mieszkańców Koryntu co do czystości fizycznego ciała, ale odczytajmy te słowa alegorycznie: Ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego. „Człowiek może nie dotrzymać zobowiązań wobec Ducha Świętego. Duch Święty nigdy nie uczyni tego w stosunku do Kościoła. Nawet najgorsze nasze niewierności nie oddzielą nigdy Kościoła od Bożej miłości ,która jest w Jezusie Chrystusie.” – kard.de Lubac).

Kościół trawią różne pożary. Płonie w swoich członkach, których „wielkie narody i cywilizacje” skazały na zapomnienie ze względu na racje i poprawność polityczną. Płonie trawiony ogniem grzechu wewnętrznego. Płonie podpalany z zewnątrz (często ci podpalacze mogą liczyć na wewnętrzną współprace ) – poprzez oszczerstwa, wyśmianie, upokorzenia, manipulację faktami i rozdmuchiwane afery, skandale… Oczywiście, nie uciekamy od prawdy. Są oczywiste błędy, o których trzeba mówić, które trzeba koniecznie i bezkompromisowo korygować. Dobrze jednak znamy z Pisma Świętego jeszcze jedną funkcje ognia. Oczyszczenie. Jezus mówi, że przyszedł rzucić na ziemie ogień i pragnie by on zapłonął. Jest to ogień Ducha Świętego, ale jest to także ogień oczyszczenia, by wypalił to, co jest niegodne , co jest grzechem, co światowe w duszy stworzonej dla wieczności. Taki pożar może być więc błogosławieństwem. Oczywiste, z autopsji wiemy, że poparzenie boli, ba, człowiek nawet może nie być już podobny do swego poprzedniego oblicza. W duchowej przenośni, chyba oto także chodzi. „Przyobleczeni w Chrystusa”, choć w tym samym ciele, ale czy jeszcze podobni do tamtej osoby grzeszącej choćby minutę temu? Łaska sakramentu. Poparzenie więc boli, rany są bolesne, oczyszczenie jest procesem – nie euforyczną chwilą, czymś co dokonuje się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Ale jak przeczytamy w Piśmie Świętym – w Jego ranach nasze uzdrowienie; z ran tryska życie. Na Krzyżu to z rany przebitego boku narodził się Kościół, a więc każdy z nas. W tym duchu zapewne można także odczytać słynne już zdanie, wyrażające intuicję pierwszych wyznawców: „krew męczenników jest zasiewem nowych chrześcijan”. Czy nie pobudza nas, nie przebudza, świadectwo męczenników? Czy nie jest ono motywacją? Najprawdziwszym dowodem, że są ludzie, dla których wiara naprawdę ma znaczenie, jest wartością nadrzędną.

Przedziwnym stworzeniem zaiste jest człowiek, skoro jest w stanie, w sobie samym, być krainą paradoksów i pomieścić w sobie przeróżne zjawiska. Na przykład – dbamy o budynek kościoła, zamawiamy piękne obrusy, układamy świeże kwiaty, upominamy tych, którzy nie zachowują porządku – a jednocześnie, stojąc tuż u wejścia, obmawiamy księdza proboszcza; oceniamy i krytykujemy sąsiadkę z kościelnej ławy. Czyli znieważamy Ciało, którego jesteśmy członkiem. Powie kard. de Lubac: „Nie ma prywatnego chrześcijaństwa. By zaakceptować Kościół, należy go widzieć takim jaki jest – w jego ludzkiej i codziennej rzeczywistości, i w boskiej wiecznej idei” I jeszcze: „Ludzie nigdy nie dorastają do misji powierzonej im przez Boga – ale czy każdy z nas nie jest człowiekiem?” Z odpowiedzi na to pytanie, wydaje się, że czysto retoryczne, rodzi się postawa odłożenia kamienia, a także „katolickiej solidarności”. Przywołując przypowieść o jawnogrzesznicy – Jezus nie zaprzeczył, była winna – grzech jest grzechem, trzeba go ukarać, tylko, że „karzący” nie mogą postawić się ponad osądzanym. Przestrzega nas św. Paweł: „ty, który stoisz, bacz abyś nie upadł”, bo nasz skarb, nasze jestestwo, naszą godność, nasze powołanie „nosimy w glinianym naczyniu”.

Czy z takim samym zaangażowaniem, patosem i podniosłym śpiewem jak podczas eucharystycznej procesji Uroczystości Bożego Ciała, poszlibyśmy za „innym” Ciałem – innym a tym samym jednocześnie – w procesji za Ciałem – Kościołem, Notre-Dame? A zarazem – żeby ukochać Kościół, Oblubienicę Pana, trzeba się nieustannie, z osobistym zaangażowaniem wpatrywać w Oblubieńca i to przez Niego, w Nim i dla Niego, kochać Tą, którą On miłuje – mimo, że jest często czarna, nieozdobiona, zaniedbana. Trzeba nam wołać o Ducha – by On w nas kochał Kościół Jezusową miłością i by to Bóg był zawsze w centrum – i życia Kościoła, i naszego patrzenia na Kościół i w chwilach podejmowania prób reform, naprawiania, nawracania czy apostołowania. Czytamy w starożytnym liście do Diogneta: „Bo jeśli Chrystus nie stanowi bogactwa Kościoła, ten Kościół jest nędzarzem”. Ojcowie naszej wiary mieli niesamowity zmysł. Potrzeba nam dzisiaj powrotu do ich myśli, ich ponownego odkrycia.

Oby w każdym z nas – a pisząc te słowa sobie samej czynię szczery rachunek sumienia – odezwał się ten duch, który ożywił Orygenesa gdy zawołał: „Chciałbym być naprawdę kościelny!” Dla takiego człowieka Kościół jest duchową ojczyzną, jest Matką („Aby ktoś mógł mieć Boga za Ojca, musi mieć Kościół za Matkę” – św. Cyprian) wobec której zobowiązuje nas posłuszeństwo, którą jesteśmy gotowi bronić, chcemy ją zgłębiać, coraz lepiej poznawać; chcemy przylgnąć do niej, przyprowadzić wszystkie jej dzieci, szczególnie te rozproszone i zagubione.

Chciałbym być naprawdę kościelny” – oby to było i nasze pragnienie – byśmy nie byli podpalaczami, ale budowniczymi – tymi, którzy budują według Bożej woli, Bożego zamysłu, a nie swoich projektów i ambicji (przypomnijmy, że taki „styl” w budownictwie odzwierciedla klęska wieży Babel).

Matko Kościoła – módl się za nami! Amen.

s. M. Teresa Pechman od Jezusa
królującego w boskiej Eucharystii (OCPA)

Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.