Press "Enter" to skip to content

Tego moja wiara jest obrazem

Lawina myśli. Radosnych głównie. 23 lata temu, w Boże Ciało pojechałam z krakowską reprezentacją do Norymbergii w ramach przyjaźni obu miast. I tam się spotkaliśmy. Ja i Michał. Łapaliśmy chwile i godziny. Szybkie rozmowy o czymkolwiek podczas obiadu, pospiesznej kawy czy przypadkowego wpadania na siebie, filozoficzne rozważania i zaśmiewanie się do łez na afterkowych biesiadach. Oddawałam mu swoje vouchery na posiłki, bo ja jadłam mało a on był ciągle głodny. Był też moment szalonego pomysłu zrobienia sobie grupowego zdjęcia przy fontannie, do której trzeba było dotrzeć pokonując zbiornik wody i Michał brnąc w wodzie, mocząc spodnie i buty przeniósł mnie ofiarnie. W sumie zdarzyło się wszystko, co mogło zbudować pragnienie, żeby tego wspólnego czasu było więcej. Dużo więcej. Bez ograniczeń. Starły się różnice, wyśmialiśmy się do bólu brzucha, zaciekawili sobą niecodziennie. 
I tak już zostało. Michał zjada więcej niż ja, znosimy do domu ciekawostki z naszych zawodowych światów, zgadzamy się ze sobą i różnimy, przenosimy nawzajem przez brudną wodę bo zawsze jedno z nas dostaje odwagę umoczenia się za tego drugiego albo dla tego drugiego i mimo, że imponowanie sobie i rozczarowanie sobą przeplata się ciasnym warkoczem ciągle chcemy nie kończyć spotkań i tych przy pospiesznej porannej kawie i tych kiedy nie chce się gadać i tych, których kończyć nie można, bo zabrnęły w takie złe miejsce, że aby z niego uciec trzeba absolutnie razem coś oddać, poświęcić, przebaczyć. Parę razy sponiewierało nami bezlitośnie.
Boże Ciało. Bóg i człowiek. Doskonałość i słabość. Człowiek, który ucieknie przed każdym brodzikiem, przed każdą relacją z drugim człowiekiem jeśli jej efektem nie będzie podziw dla nas, przed każdą relacją w której trzeba coś z siebie oddać, przeżyć wstyd własnego upadku, słabości, bycia słabym ogniwem – i Bóg, który sprawia, że dostajemy odwagę do szczerości, słuchania swojego sumienia, przyjmowania najtrudniejszej codzienności a przede wszystkim to, że czujemy się mimo naszej słabości i upadków – warci miłości Bożej, ludzkiej i własnej. 
Mówią, że skoro jestem wierząca to powinnam być wzorem doskonałości, dobra wszelkiego i przykładem wypełniania się dekalogu.
Nie. 
Ja jestem przykładem tego, że nawet jeśli jestem słabeuszem, egoistą, wiecznym dzieciakiem, leniem gorszącym sobą innych a obok idzie taki sam jak ja – to wiara sprawia, że nie zatrzymujemy się mimo iż ciągniemy piękny ale oporny wóz wypchany życiem. Sprawia, że niesiony krzyż nigdy nie staje się garbem.
Tego moja wiara jest obrazem. Bożej a nie mojej mocy. Mocy tak wielkiej, że wsparta Nim moja przesłabość – ożywa z każdego wypalenia, uporu, paraliżu, rozpaczy, beznadziei. 
Obrazem tego ile może Boże ciało. I tylko ono. 

Barbara Konarska

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.