Press "Enter" to skip to content

Czy cieszysz się, że cierpiałem za ciebie?

W tym roku nie możemy narzekać, że „nie ma lata”. Upały odczuwa chyba każdy. Wysoka temperatura może męczyć, ale czyż nie jest pełne uroku czyste, błękitne niebo, bez chmur? A blask słońca, czyż nie dodaje nam sił? Śpiew ptaków, zieleń, kwiaty, śmiech dzieci radujących się z wakacyjnego czasu. Lato w pełni. Życie w pełni… A ja chciałabym w tym tekście zatrzymać się nad tajemnicą cierpienia.

Prywatnie, ostatnie miesiące nie były dla mnie najłatwiejsze. Nie wnikając w szczegóły, owe wydarzenia doprowadziły mnie do stwierdzenia, że jesteśmy otoczeni śmiercią i cierpieniem. Taka perspektywa maluje się przy pierwszym, bardzo powierzchownym spojrzeniu. Ból, łzy, słabość… Różne problemy, zawirowania… Piszę te słowa patrząc na dwa Oblicza Jezusa – jedno to szkic Cierpiącego Sługi Jahwe, Jezus w koronie cierniowej z krwawymi łzami spływającymi po policzku, oczy pełne boleści; drugi to wszystkim dobrze znany obraz Miłosiernego Pana „Jezu ufam Tobie”, realizacja wizji św. Faustyny. Pierwszy – pogrążony w szarości i czerni; drugi to obraz rozświetlony promieniami miłosierdzia, choć przecież Pan wyłania się z czarnego tła. To, co łączy oba wizerunki to delikatny uśmiech, bardzo subtelnie i ostrożnie zarysowany, jakby ukryty przez autora. Ukryty a jednak obecny. Tak jak Bóg w naszym życiu, w jego niektórych momentach – czyż nie tak właśnie jest postrzegany przez nas? Wydaje się być ukrytym, a jednak obecny. Tajemnica wiary. Paradoks wiary – ukrycie i obecność. To „i” zdaje się być przestrzenią dla naszego wolnego wyboru – Pan jakby w tej „spacji” pyta się mnie, Ciebie drogi Czytelniku, co chcemy kontemplować, na czym zatrzymamy, skupimy swoją uwagę? Na „ukryciu” czy na „obecności”? Wydaje się, że ciemność chce nas pochłonąć. Problemy i trudności mają niezwykłą zdolność do krzykliwości. Zakrzyczą każde dobro i zawładną nami. Spójrzmy na prozę życia – o czym w większości mówimy? Nad czym debatujemy i co roztrząsamy? Problemy, cudze grzechy i słabości. Wszędzie słyszy się tylko o kłopotach i kryzysach. Dlaczego nie mówimy o pięknie, o dobru i miłości? A czas mija bardzo szybko.

Śmierć przeraża. Nie jest łatwo patrzeć na cierpienie innych lub samemu go doświadczać. Człowiek nie lubi odkrycia swojej niemocy i bezradności. To uczucie rozdziera go, rozszarpuje i zjada wewnętrznie, czyniąc ogromne spustoszenie w duszy (nade wszystko w niej). Pytanie o cierpienie, o jego sens – pytanie „dlaczego?” – tu, na ziemi, po ludzku, wydawałoby się, że pozostaje bez odpowiedzi. Krzyż Jezusowy rozjaśnia je nieco, przypominając o Bożej Miłości i – właśnie – o Obecności, która trwa i jest mimo wszystko. Człowiek jest istotą buntu, a Bóg – Istotą pokornego przyjęcia tego wszystkiego dla naszego wybawienia. Intencja pozwala podnieść się z upadku i doświadczyć nadziei, że „to ma sens” – nieraz wbrew ludzkiej logice czy odruchom instynktu współczucia. A jednocześnie wyznajemy, że Bóg nie chce cierpienia, nie chce tym bardziej cierpiętnictwa.

Ile razy w każdym z nas budził się właśnie duch owego buntu, że „to niesprawiedliwe”, „gdzie jest wszechmoc Boża” itp.… Tylko, że to wszystko nie są pytania konstruktywne, do niczego nie prowadzą, są tylko wewnętrznymi pasożytami i niszczycielami. Takie same pytania trzeba by odnieść do Krzyża naszego Pana, a Krzyż jest przecież fundamentem naszej wiary – śmierć i zmartwychwstanie – bez Krzyża nie byłoby Dzieła Odkupienia, naszego zbawienia, zmartwychwstania. Bóg przyjął to wszystko – cokolwiek nas teraz dotyka, każde nasze cierpienie On już je w sobie przeżył pierwszy. Czyż to nie jest źródło pociechy i mocy? Bóg nie ucieka od cierpienia i zawsze jest wszechmocny. Spójrzmy na Jezusa – nawet jeżeli zadaje pytanie: Boże mój czemuś mnie opuścił (jest to powierzchowna interpretacja, bo wiemy, że to zawołanie Jezusa było jedynie intonacją Psalmu 22, nie był On w stanie wypowiedzieć go w całości), to jednocześnie woła: Ojcze, w Twe ręce powierzam ducha mego – jakby uparcie trwając przy zgodzie wypowiedzianej w Ogrójcu, przy doświadczeniu bliskości Ojca znad Jordanu czy z Góry Tabor. Popatrzmy na Maryję w godzinie ciemności na Kalwarii. Maryja milczy wobec cierpienia Syna. Trwa, jest obecna, ale milczy – ani nie ma oznak buntu, nie złorzeczy oprawcom, nie odchodzi od wiary. Spójrzmy na Jana Apostoła – nie jest jak owi „przyjaciele” Hioba, nie wygłasza zbędnych mów, nie ocenia, nie moralizuje, cichą obecnością jest niezastąpionym oparciem dla rozpaczającej Matki. Nie ma dla nas innej słusznej postawy wobec cierpienia jak tylko milczenie. Jest to tak ogromna tajemnica, że podobnie jak wobec Eucharystycznego Przeistoczenia padamy na kolana, tak podobnie trzeba nam to uczynić wobec cierpienia czy śmierci. I potrzeba nam wówczas równie wiele silnej i pewnej wiary. Nie jest łatwo przyjąć taką postawę, nieraz jest ona owocem wewnętrznej walki, owocem, który dojrzewa z czasem. Scena z Raju przypomina nam, że bunt doprowadził pierwszych rodziców do ucieczki, do ukrycia się przed Bogiem, do naruszenia więzi przyjaźni. Zgoda – której doskonały przykład dał nam właśnie Jezus w Getsemanii – sprawia, że przychodzi Anioł Pocieszenia, Bóg zstępuje w nasze cierpienie i płacze razem z nami, a my mamy sposobność, by „dopełnić w swoim ciele udręki Chrystusowe”. (Zdaję sobie sprawę z tego, że łatwo to pisać, kiedy samemu nie doświadcza się większych cierpień, a jedynie patrzy na ból innych).

Jakiś czas temu dane mi było obejrzeć niezwykle poruszający i przejmujący film „Zakazany Bóg” o klaretyńskich męczennikach z Hiszpanii, seminarzystach z okresu rewolucji 1936 roku. Chciałabym w tym miejscu wspomnieć dwie sceny. Pierwsza, ma miejscu tuż po aresztowaniu i osadzeniu w więzieniu – to jest w sali teatralnej ojców pijarów. Młodzi, przyszli kapłani, rozmawiają o sensie spodziewanego męczeństwa – przecież powinni przeżyć, byliby pożyteczni, pomagaliby innym, mają jeszcze tyle do zrobienia, po co umierać właśnie teraz, itp. I wtedy jeden z nich wypowiada mniej więcej takie słowa: staniemy się pożyteczni wtedy, kiedy zaakceptujemy naszą śmierć, naszą sytuację, nasz los. Towarzysze niedoli przyznali mu racje i od tej chwili zmieniła się ich postawa, ich świadomość i sposób myślenia, gdzieś w tym uwiezieniu i niepewności pojawił się pokój – są w ręku Jezusa i Maryi i dla Nich oddadzą życie. To właśnie zgoda uczyniła ich „pożytecznymi”. Ale mamy prawo się bać. W tym samym Ogrójcu, który stał się wzorem zgody, widzimy największy strach. Druga scena z filmu – to już ostatnie minuty. Rebelianci przychodzą po kolejnych więźniów i gdy podchodzą do pewnego młodego kleryka, on nagle ze łzami mówi, że zaszła pomyłka, on nie jest księdzem – fakt, nie jest księdzem, a za odejście od kapłaństwa rewolucjoniści obiecywali wolność i ocalenie. Strażnik zawahał się, ale wtedy stojący obok klerycy zaczęli pocieszać swojego współbrata – nie zostawiaj nas, dasz radę, zobaczysz, spotkasz Maryję. Słysząc to, ów młodzieniec całuje sznur i podaje ręce, by i jego związano. Dziś cieszy się chwałą błogosławionego. Przytaczam tę scenę także po to, by podkreślić wagę wspólnoty. W jakimś sensie ci młodzi ludzie zawdzięczają swoje wytrwanie właśnie owej jedności, jaka była między nimi. Każdy się bał, każdy przeżywał te wydarzenia w sposób bardzo indywidualny, osobisty, ale zarazem wzajemnie byli dla siebie umocnieniem, podnosili siebie na duchu – żywy obraz realizacji nauk z lisów św. Pawła. A ile takich historii zna ludzkość! Męczennicy są nieocenionym skarbem Kościoła, podporą dla wierzących i lampą dla poszukujących (osobiście wyznam, że czasem kiedy czuję się bardzo zmęczona i wydaje mi się, że nie uczynię już kolejnego kroku, przypomina mi się błogosławiony chłopiec z Meksyku – podczas tortur zdjęto mu skórę ze stóp i mimo tego kazano mu przejść przez plan – wtedy odzyskuję siły, a jednocześnie zadaję sobie pytanie – czy ja potrafiłabym być męczennicą? Boża Łaska może niewątpliwie wiele, ale sama z siebie nie wiem, nie znam odpowiedzi, a Państwo ją znają? Pytali kiedyś o to Państwo swego serca? Jaką wartością jest dla mnie Bóg? Jak bardzo Go kocham?).

Wydaje się także, że uczestniczenie w śmierci drugiej osoby jest nam darowane, by przypomnieć nam o tym, że i my kiedyś umrzemy – przejdziemy przez bramę śmierci do życia. Tak, bardzo ważna jest modlitwa o łaskę dobrej, szczęśliwej śmierci – niech to nam wyjedna św. Józef! Od nagłej i niespodziewanej śmierci, bez przygotowania, wybaw nas Panie. Ileż to razy czyjeś „odchodzenie” było dla innych czasem wyjątkowych rekolekcji. Pamiętam pierwszą śmierć jaką przeżyłam w klasztorze. Byłam wtedy w Nowicjacie, a do Pana odchodziła Siostra, która jako pierwsza przyjechała na słupską fundację. Jeszcze na kilka minut przed śmiercią ucałowała parę razy mały krucyfiks i wyszeptała: kocham Cię, Jezu. Oblubienica spotkała się już z Oblubieńcem. Ale potem były także śmierci mniej łagodne, poprzedzone długimi godzinami agonii, tygodniami bólu choroby. Tak, to były rekolekcje, których nie da się opowiedzieć. Rekolekcje, których jedynym sposobem przeżycia jest milczenie, na kolanach – ale nie w patosie i uniesieniu, ale w prostocie i pokorze. Nie wiemy, co rozgrywa się wtedy w duszy, co dzieje się miedzy osobą odchodzącą a Panem; możemy próbować szukać symboli, gestów i znaków. Każdy dostrzeże coś innego.

Skoro już poruszamy się w filmowym klimacie, to proszę pozwolić mi przywołać jeszcze jeden akt. Tym razem z legendarnego już filmu „Gladiator”, którego żywe wspomnienie wyniosłam z „kołobrzeskich czasów” rodzinnych. Pojmany Generał Maximus, główny, szlachetny bohater, człowiek honoru i obrońca prawowierności, stoi związany, pobity, w podziemiach rzymskiego Colosseum przed cesarzem, który zabił swego ojca. Generał zbierając siły mówi do cesarza, który właśnie wyzwał go do walki na arenie i próbuje ukryć swój strach: śmierć się do wszystkich uśmiecha, trzeba umieć uśmiechnąć się do niej…

Jedną z pobożnych praktyk, może dzisiaj nieco zapomnianą, jest tak zwane „przygotowanie do śmierci”. Echo tego odnajdujemy np. w pismach św. Maksymiliana czy dużo wcześniej żyjącego św. Alfonsa Liguorgiego. Święci proponują do tego ćwiczenia pierwszy piątek miesiąca – przyjąć Komunię św. jako wiatyk, zastanowić się, czy Pan rozpoznałby coś swego we mnie, uczynić żal za grzechy, zapytać się o swoją gotowość do odejścia… Uciekamy od tematu śmierci, a jednak ona jest. Czyż nie jest dla nas pociechą fakt, że nasz Oblubieniec też przez to przeszedł? To ośmiela. Jeszcze bardziej powinna ośmielać perspektywa spotkania Oblubieńca. On jest i czeka. Czeka z wyrozumiałością, rozumiejąc i przyjmując nasz lęk, niepewność… Czym dla mnie jest śmierć? „Życie jest chwilką” – nuciła św. Teresa z Lisiueux. Czy uśmiechnę się do śmierci? Jak wyobrażam sobie uśmiech śmierci? Ale trzeba nam także pamiętać, że śmierć nie może być dla nas celem samym w sobie; nie możemy jej specjalnie poszukiwać. Nie żyjemy dla śmierci.

To uśmiechnięcie się do śmierci jest także świadectwem naszej wolności od doczesności, wyrazem świadomości, że w czasie ziemskiej pielgrzymki czyniliśmy wszystko, co mogliśmy, by kształtować i rozsiewać dobro, a teraz ze spokojem serca możemy „odejść”. Uśmiech kojarzy się także ze spokojem – przecież każdy wie doskonale, że kiedyś nadejdzie „jego chwila” – nie dodamy sobie choćby sekundy życia, jeśli nie będzie to wolą Ojca Niebieskiego – a jednocześnie nie znamy tego momentu, jest on przed nami zasłonięty, ukryty. Uśmiech jako dowód zaufania.

Czyjaś śmierć jest nam także darowana, by zapytać nas o miłość, o naszą relację do danej osoby. Sloganem już niemal stał się fragment wiersza śp. ks. Jana Twardowskiego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…” – nie, nie pozwólmy sobie na obojętne przechodzenie wobec tego poetyckiego spostrzeżenia, upomnienia.

Wychowałam się nad morzem więc pewien obraz jest mi szczególnie bliski. Kiedy chodziłam nad morze, lubiłam spacerować jego brzegiem, ale lubiłam także wpatrywać się w horyzont. Jego linia wydawała się być symbolem tajemnicy, tego, co nieznane. To też był punkt złączenia ziemi i nieba. I można by zatrzymać wzrok tylko na tej linii. Ale to nie byłby pełny widok. Dlatego nie mogę odnosić się w tym tekście tylko do śmierci i cierpienia. Bo nasza wiara jest wiarą w Boga Żywych; wiarą w Boga „który był, który jest i który będzie”; wiarą w zmartwychwstanie Syna Bożego – gdyby nie Jego zmartwychwstanie, daremna byłaby nasza wiara, nasza droga. Dlatego śmierć nie jest końcem, jest etapem. Cierpienie nie jest samo w sobie sensem, jest próbą i doświadczeniem. Widzimy ową linię, ale przecież statki płyną dalej. Czy kiedy zbliżają się do tej linii, czy marynarze czują wtedy strach? Boimy się nieznanego. Do tego nasza wyobraźnia lubi wyolbrzymiać to, co czeka za zakrętem. Boży Duch przynosi zawsze pokój, wszelki niepokój jest od Złego, który zawsze chce pozyskać coś dla siebie. Nie płyniemy sami – obyśmy nie płynęli sami, a stery nasze oddali Panu, Temu, który jest Królem czasów, Królem życia i śmierci, nade wszystko miłosiernym Oblubieńcem duszy, każdej duszy, którą broni samym sobą. Czy zauważyli Państwo także, że im bardziej zbliżamy się do owej linii, ona się znów oddala? Tak jest także z tajemnicą Boga, wiary – im bardziej się zbliżamy do stwierdzenia, że coś już wiemy czy rozumiemy, owa granica znów się przesuwa do przodu. Bóg zawsze nas wyprzedza, jest przed nami. Gdy dopłyniemy do Niebieskiego Portu, wtedy będzie Pełnia…

Takie ufne zapatrzenie w morze przynosi nadzieje, pokój. „Sursum corda!” – podnieśmy serca w górę, podnieśmy nasz wzrok.

Zaczęłam tekst od wspomnienia o pięknie błękitnego nieba. Patrzmy na nie, na te przesuwające się, płynące obłoki – tam jest nasz dom. Nie wiemy jak on wygląda, co nas tam czeka. Ale wiemy, Kto na nas czeka. To nie slogany dla samego pocieszenia. To prawda, która rozpogadza burzowy dzień, prowadzi przez mrok nocy. Czy próbowali Państwo kiedyś oderwawszy uwagę od tego, co przyziemne, tak wpatrywać się w niebo, by niejako płynąć razem z obłokami? „Życie jesteś chwilką”. O, Maryjo, pomóż mi być zawsze przygotowaną, przyodziej oblubienicę w najpiękniejszą szatę na dzień wieczystego wesela…

Jakiś czas temu musiałam wychodzić częściej do miasta w sprawach leczniczych. Dziękuje za to doświadczenie, bo ono pokazało mi, między innymi, że dzisiejszy świat, tak zabiegani ludzie, potrzebują, bardzo potrzebują zasiewu uśmiechu. Jak rzadko pojawia się on na tych twarzach… Tym bardziej oczekują go oni od nas, tak zwanych ludzi Boga. Tym uśmiechem są zaskoczeni, ale oby odnaleźli w nim piękno życia poświęconego Bogu; oby odnaleźli Boże błogosławieństwo, które przecież mamy rozdawać. Ten zasiew nieraz jest bardzo trudny. Przecież idziemy do świata obciążeni także swoimi sprawami. Sama tego także doświadczyłam – były dni, kiedy myśląc o cierpieniu bliskich, troskając się różnymi ważnymi sprawami, wcale nie miałam ochoty się uśmiechać. Ale to nie jest i nie może być kwestia naszej „ochoty”. I tak wkraczamy na pole zapomnienia o sobie – dla dobra innych. Jak napisał św. Paweł: „Nikt z nas nie żyje dla siebie…”

Skoro przeszliśmy od cierpienia do uśmiechu i nadziei, proszę pozwolić mi zakończyć ten felieton odkrytym niedawno w książce s. Małgorzaty Borkowskiej „Białe i bure” fragmentem z pism Julianny z Norwich. Jakże w innej perspektywie stawia nas on wobec Męki Pana. Jezus na Krzyżu, jak wszyscy dobrze wiemy rzekł, wyszeptał: pragnę. Tak, On pragnie współczucia, naszego współuczestnictwa, trwania przy Nim. Ale – na podstawie poniższego cytatu – czy pomyśleli kiedyś Państwo, że w tym „pragnę” kryje się tęsknota Jezusa za naszą wdzięcznością, za naszym uśmiechem… Uśmiech miłości w każdy czas, wobec wszystkiego…

Jakże mógłby jakikolwiek ból być dla mnie większy niż widzieć jak cierpi On, który jest całym moim życiem, całym szczęściem, całą radości? Wtedy dobry nasz Pan Jezus Chrystus powiedział: Czy cieszysz się, że cierpiałem za ciebie? Powiedziałam: Tak, dobry Panie, dziękuje Ci; tak, dobry Panie, bądź błogosławiony! Wtedy Jezus, nasz dobry Pan, powiedział: Jeżeli ty się cieszysz, to i Ja się cieszę: to jest radość, szczęście, nieskończone dla mnie zadowolenie, że wycierpiałem dla ciebie Mękę, a gdybym mógł cierpieć więcej, wycierpiałbym więcej…”

s. M. Teresa Pechman
od Jezusa królującego w boskiej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.