Press "Enter" to skip to content

Szafarka dobroci

Jakże w sierpniu nie poświęcić tekstu Matce Jezusa, Matce Boga? Naszej Matce, do której w tym miesiącu szczególnie pielgrzymują Polacy, także nasi diecezjanie, oraz której uroczystość Wniebowzięcia w wyjątkowy sposób świętują kołobrzeżanie, zebrani w konkatedrze? A dla rodziny franciszkańskiej sierpień to także czas wyjątkowego odpustu związanego z Maryją – z kapliczką Matki Bożej Anielskiej w Porcjunkuli.

Pamiętam moje oszołomienie, kiedy pierwszy raz, na pielgrzymce maturzystów, przekroczyłam próg częstochowskiego sanktuarium. Czułam się jakby przytłoczona ogromem tego miejsca, lekko zagubiona na nieznanym terenie. Podobne wrażenie odniosłam, kiedy parę miesięcy później powróciłam na Jasną Górę wraz z kołobrzeską „dwójeczką”. Wszystko wtedy wydawało się takie wyjątkowe i niezwykłe. Bramy, dziedzińce, kapliczki, mury, błonie, bazylika… i ta najważniejsza kaplica, jakby z boku, nieco w cieniu, spowita półmrokiem, zbyt mała, by pomieścić taką rzeszę pątników. A w tej kaplicy, prawie że ukryta pomiędzy złotymi i drogocennymi ozdobami, Pani tego miejsca, Maryja w swoim świętym częstochowskim wizerunku. Nasza Czarna Madonna cierpliwie na nas spoglądająca, ciesząca się tymi licznymi dziećmi klękającymi przed Nią, ciesząca się, ale jakby także zdumiona, nieco zawstydzona w swojej pokorze – wskazująca na Syna, przypominająca, że to On jest Królem i jedynym Bogiem. Pamiętam, że podobne uczucia towarzyszyły mi, kiedy znalazłam się w Asyżu i weszłam do Bazyliki Matki Bożej w Porcjunkuli. Wielki gmach, artystycznie i kunsztownie ozdobiony, wzniesiony z czystych intencji, jako wotum uwielbienia i zabezpieczenia kolebki franciszkańskiego zakonu, w środku którego skryta stoi pokornie szczególnie umiłowana przez św. Franciszka kapliczka Matki Bożej Anielskiej, ta „maleńka cząstka ziemi” (to oznacza bowiem nazwa tego miejsca), o którą bracia mieli szczególnie dbać. Obie bazyliki mogą stać się dla nas symbolem tego, jak maleńkie ziarnko początków zostaje „obudowane”, otoczone tym, co „nasze”. I nagle robi się pełno tego, co ludzkie, ziemskie. Ten rozmach, ta wielkość może przytłoczyć, stać się także poniekąd przeszkodą, by ujrzeć to, co najważniejsze (chodzimy, zwiedzamy, oglądamy – i jakby obudzeni ze snu, nagle, poniekąd przypadkiem dostrzegamy najważniejszy punkt tego gmachu – a, to tutaj…). Jakże łatwo można zatracić istotę, sedno wszystkiego. I jakże często trudno jest potem przebić się przez tę skorupę „przyziemnej naleciałości”, by dotrzeć do źródeł… A choćby właśnie Porcjunkula pokazuje, jak ciche, proste i pokorne są Boże początki, bo „czasem potrzeba bardzo niewiele, by wiele otrzymać” – by zacytować sentencję o. Badeniego…

Jasną Górę i Porcjunkulę łączy oczywiście Maryja. To miejsca w szczególny sposób uświęcone Jej obecnością, podarowane wiernym ku pokrzepieniu serc, nawróceniu, ku łasce odpustu… Nie wiem, czy Państwo wiedzą – zapewne tak – że oprócz tradycyjnego Mszału, tego na co dzień używanego podczas każdej Mszy św., jest jeszcze taki specjalny, potocznie nazwany „niebieskim”. Jest to Mszał Maryjny, w którym zebrane zostały formularze Mszy wotywnych ku czci Maryi i Jej różnych przymiotów, szczególnie czczonych w poszczególnych sanktuariach bądź zgromadzeniach. Znajdujemy w nim bogactwo teologii, mariologii oraz tytułów, jakimi pokolenia obdarowywały Matkę Boga. Jednym z nich jest tytuł „Królowej i Matki Miłosierdzia”. W prefacji tego formularza znalazłam ciekawe określenie Maryi: „Szafarka dobroci”. „Ona jest Szafarką dobroci, nieustannie błagającą Syna za nami, aby swą łaską ubogacił nasze ubóstwo i umiłował swoją potęgą nasze słabe siły”. Nie bierze tego dobra z siebie samej, ale czerpie ze źródła miłosierdzia, z Serca Boga. Popatrzmy w Jej oczy. Ona widzi nasze nędze i nie gorszy się, choć pewnie nieraz roni łzy nad naszymi upadkami i grzechami, zwłaszcza tymi dobrowolnymi i w pełni świadomie popełnionymi. Ale nie przestaje błagać za nami – i to jest kotwica naszej nadziei. Ona zna nasze ubóstwo. Wie, że trzeba nas szczególnie ochraniać, bo otrzymujemy ogromne dary, łaski, ale nosimy te dary – by posłużyć się określeniem św. Pawła – w „glinianym naczyniu” naszego ułomnego człowieczeństwa, skażonego grzechem pierworodnym. Jestem glinianym naczyniem. Co czuję, słysząc takie określenie? Moja pycha unosi się gniewem, buntuje się? Moje „ja” wyszukuje argumentów kontra, mających udowodnić, jaka jestem wspaniała i niezwyciężona? A czy może być coś wspanialszego niż naczynie ulepione przez samego Boga, doglądane i pielęgnowane przez Jego Matkę, używane przez Nich jako wybrane narzędzie w ich planach? I po co, na co to podnoszenie głowy? Czy nie lepiej byłoby zaakceptować ową glinianą kruchość i pozwolić się sobą zaopiekować? A każde naczynie jest dla Ojca arcydziełem. Bóg wie, że swoje wielkie dobrodziejstwa umieszcza w takim a nie innym naczyniu. I skoro On się nie oburza na jego kruchość, dlaczego my uciekamy od przyjęcia tej rzeczywistości? Czy nie jest trochę tak jak z tymi bazylikami? Próbujemy sami siebie otoczyć takimi ludzkimi wspaniałościami i nadzwyczajnościami, jednocześnie nie zapominamy wybudować także kilku bocznych kapliczek, jakichś przejść i zakamarków, wznosimy więc ów gmach niepojętych rozmiarów i – może nawet nieopatrznie – przysłaniamy Boże dary, tę maleńką, a jakże wielką w swej maleńkości właśnie, tę Bożą cząstkę w nas złożoną. W okresie Soboru Trydenckiego i walki z protestantyzmem sztuka – ku pomocy Kościołowi – „wyprodukowała” barok z jego przepychem, żeby uchronić Boży majestat. Dziś chyba potrzebujemy prostoty, która jednocześnie będzie chroniła sacrum, ale bez nadęcia i odcięcia od prozy życia. Uczyć się takiej prostoty możemy choćby właśnie od św. Franciszka, tak ogołoconego ze wszystkiego, ogołoconego właśnie po to, by stanąć w prawdzie o sobie. Ale prawdę tę rzucił w morze Bożego Miłosierdzia, a ogołocenie wcale nie przeszkadzało mu głosić wielkości Ewangelicznego orędzia. Podobnie będzie z nami. Prostota nam pomoże, a nie przeszkodzi – w przeciwieństwie do pychy umysłu. Biedaczyna z Asyżu ułożył piękną modlitwę: „Pozdrowienie cnót”, znajdziemy tam interesujące wezwanie: „Bądź pozdrowiona, Królowo Mądrości, Pan niech cię strzeże wraz z twą siostrą, świętą, czystą Prostotą… Prostota zawstydza całą mądrość tego świata i mądrość ciała”.

We wspomnianym już „niebieskim Mszale” jest także Msza św. o Najświętszej Maryi Pannie, Matce Pojednania – chodzi o pojednanie człowieka z Bogiem, przezwyciężenie grzechu. W modlitwie Kościół – w swoim racjonalnym podejściu – przedstawia nas jako „usiłujących się powstrzymać od brzydoty grzechu”. Piękny jest ten czasownik: „usiłować”, czyli robić wszystko, co mogę, wiedząc, że siły i moc do wypełnienia tego nie są ze mnie, ale z łaski. Jednak czynię wszystko jakby to zależało ode mnie, ciągle na nowo próbuję, zmagam się, przekraczam samego siebie. A nad tymi wysiłkami czuwa Matka, o której w tej samej modlitwie powiedziano, że ma „Serce miłosierne dla grzeszników”. Otóż to! A jakie jest moje serce? Trudno zapewne mieć litościwe serce dla grzesznika, kiedy samemu w sobie nie uznaje się swojej grzeszności, a przez to patrzy się na innych z wyniosłości owego „gmachu”. Spójrzmy jeszcze raz na św. Franciszka. Jednym ze szczególniejszych momentów jego życia było wydarzenie, kiedy napotkał trędowatego – zszedł z konia i uściskał go, przełamując naturalne odruchy i wewnętrzną niechęć. Właśnie – zejść z konia swojego mniemania, swoich osądów, zejść, by znaleźć się na równi z owym człowiekiem potrzebującym. Dlatego błogosławione jest poznanie prawdy o sobie, odkrycie w sobie niepojętych pokładów upadków i słabości. Inaczej nie spojrzymy z litością na brata. To uznanie otwiera nas na drugą osobę. W źródłach franciszkańskich czytamy, że św. Franciszek mawiał do braci: „Kiedy widzisz ubogiego, pamiętaj, że jawi ci się zwierciadło Pana i Jego ubożuchnej Matki”. Ojciec Lazaro Iriarte OFMCap, omawiając drogę życia Asyskiego Biedaczyny, zauważa: „Wyjście na spotkanie brata, a zwłaszcza brata najmizerniejszego, jest kroczeniem ku Bogu… Św. Franciszek nigdy nie będzie zajmował postawy ascety, który daje poznać uczniom wyższość swej postawy duchowej. Co więcej, dla niego nie będą uczniami, ale towarzyszami tej samej przygody ewangelicznej” („Powołanie franciszkańskie”). Wszystkich nas wiąże szczególna więź braterstwa. Tą więzią jest grzech – i Chrystus. W Jezusie jesteśmy dziećmi tego samego Ojca, odkupieni drogocenną Krwią Umiłowanego Syna Pierworodnego, namaszczeni tym samym Duchem. To nadaje nam godność ludu królewskiego, kapłańskiego, ludu Bożego. Ale tym także, co jednoczy nas pomiędzy nami, co czyni nas równymi, jest grzech, zdolność do grzechu, nasze osobiste nędze. One nie pozwalają nam wynosić się jedni nad drugich, lecz przynaglają nas do wzajemnej pomocy, także w rozwiązywaniu więzów, podnoszenia się z upadków.

Bogu niech będą dzięki, że nie jesteśmy sami, że pozostawił nam Matkę, która zawsze na nas czeka, wypatruje nas i jest gotowa nieustannie nieść nam pomoc i osłaniać przed złem. Nie bójmy się powierzyć Jej naszych słabości i niedoskonałości, upadków i grzechów. Oddane Jej staną się pięknymi kwiatami w Jej koronie, bo Ona je cudownie przemieni w dobro. Pielgrzymując do świętych miejsc, pielgrzymując poprzez życie, nie traćmy z uwagi Jej spojrzenia. Nie pozwólmy, by to, co doczesne, przysłoniło Istotę.

Na koniec sięgnijmy do trzeciego formularza Mszy maryjnej. Niech fragment prefacji z Mszy św. o „Powierzeniu Najświętszej Maryi Panny” będzie modlitwą, ale i pewnym konkretem, pomocnym w poukładaniu naszej relacji z Matką, z Jej Synem, we wspólnocie braci i sióstr.

Boża Rodzicielka zostaje powierzona uczniom jako Matka, a uczniowie przyjmują Matkę jako cenne dziedzictwo Nauczyciela. Maryja będzie na zawsze Matką wierzących, oni zaś z ufnością będą się do Niej uciekać po wszystkie czasy. Ona miłuje w swoich dzieciach Syna Bożego, one, posłuszne pouczeniu Matki, zachowują Słowa Nauczyciela…”.

s. M. Teresa Pechman
od Jezusa królującego w boskiej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.