Press "Enter" to skip to content

Nie bójmy się spojrzenia Jezusa

W Psalmie 116 znajdujemy bardzo ciekawe wersy, nad którymi chciałabym się wraz z Państwem zatrzymać. „Wypełnię me śluby dla Pana przed całym Jego ludem” (można spotkać jeszcze tłumaczenie „śluby złożone Panu”).

Śluby – przyrzeczenia, obietnice albo po prostu nasza codzienna, zwyczajna przynależność do Pana, pragnienie bycia Mu posłusznym, kroczenie drogą Jego przykazań, pewna konkretna postawa życia, wreszcie – nasze chrzcielne zobowiązania, niezatarte znamię bycia dzieckiem Boga. Wszystko to czynimy dla Pana, Jemu ślubujemy, Jemu poświęcamy każdą czynność, podejmujemy różne intencje, ofiarujemy to wraz z Jego ofiarą, jednoczymy się z Nim. Św. Paweł także napomina i zachęca, abyśmy wszystko czynili dla Pana, Jemu służyli, wszystko czynili w Jego Imię, przez Niego. Wydawać by się więc mogło, że to jest sprawa między mną a Bogiem. A jednak jest inaczej, choć – jak już nas Pan przyzwyczaił – i w tym wypadku znajdziemy paradoks. Psalmista dodaje bowiem słuszną uwagę: „wypełnię śluby przed całym Jego ludem” – i nagle coś, co mogłoby się wydawać bardzo prywatne, staje się rzeczą publiczną. Wiara nie jest bowiem czymś wyłącznie prywatnym, choć od tego się zaczyna. Wiara nie może być ukrywaną lampą, otrzymujemy jej łaskę, by płonęła dla innych. Owo „wypełnienie przed ludem” to emanacja, owoc, konsekwencja, coś naturalnego, wypływającego z tej wewnętrznej więzi określonej słowami: „dla Pana”. Warunkiem jest zapatrzenie w Chrystusa, jedynego Umiłowanego. Biada, jeżeli początkiem działania jest coś innego niż najczystsze pragnienie podobania się tylko Bogu. Liczy się tylko miłość, ona nadaje prawdziwy sens, prawdziwą wartość nawet najdrobniejszej sprawie, najmniejszemu czynowi. To, co czynione jest „pod publiczkę”, to plewy niegodne przetrwania. „Wypełnić wobec ludu” – jakby w ogóle na ten lud nie spoglądając. Wyznaje Apostoł Narodów: „gdybym teraz jeszcze chciał się ludziom podobać, nie byłbym sługą Ewangelii”. Oczywiście nie chodzi o ignorancję wobec ludu. To przecież są nasze siostry i bracia, dani nam przez Boga, rola, na którą jesteśmy posłani. Urząd Nauczycielski Kościoła zwraca obecnie także uwagę na „zmysł wiary” utajony w ludzie Bożym, zachęca do nasłuchiwania jego głosu, do współpracy. Skałą jednak, fundamentem i kamieniem węgielnym ma być sam Bóg. I tu jest ten paradoks. Lud jest bardzo ważny, on jest odbiorcą naszego działania, jemu służymy i dla niego pracujemy. Jakże często w modlitwach możemy odnaleźć sformułowanie: „…i dla pożytku dusz ludzkich” (żeby już się nie zatrzymywać nad każdym szczegółem – zaspokajanie tylko doczesnych potrzeb, bez dalszej perspektywy i odniesienia do wieczności, byłoby zasłoną dymną, fatamorganą oazy, której wygląda spragniony człowiek na pustyni, czymś niepełnowartościowym; ważniejsza jest dusza i zbawienie). Ale za tym ludem widzieć Pana – jako punkt odniesienia wszystkiego.

W Ewangelii wg św. Jana Jezus wyraźnie powiedział: „beze Mnie nic nie możecie uczynić”. I można to odczytać zdaje się na dwa sposoby. Z jednej strony to najprostsze spojrzenie: Jezus jest – kolokwialnie mówiąc – niezastąpiony, On jest naszą mocą i siłą, Sprawcą wszelkiego dobrego czynu. Ale posłuchajmy: „Nie możecie” – czy nie kojarzy nam się to sformułowanie z zakazem? Jakby Bóg prosił nas: nie czyńcie niczego beze Mnie. Ileż to razy ulegamy złudzeniu, że to my „zbawiamy świat”, że to od nas wszystko zależy, bo gdyby nie my, to… To nic by się nie stało, Pan Bóg by sobie poradził, może nawet jeszcze lepiej, bo ileż razy to my Mu naszymi postawami przeszkadzamy w dokonaniu właściwego dzieła! Ale z drugiej strony jakże bardzo cenni i upragnieni jesteśmy przez Niego, chciani i wyczekiwani, zaproszeni do wielkiej przygody, dalekiej pielgrzymki. Nam jednak bardzo trudno jest oddać ster Panu. Upieramy się przy swoim i zachowujemy się tak, jakbyśmy tymi ślubami robili Panu Bogu łaskę. Myślimy tak nie zdając sobie sprawy, jak wielkie jest względem nas Boże Miłosierdzie, jak bardzo jesteśmy osłonięci Jego łaską, bez której nic by nie było. Nas by nie było, gdyby Ojciec tego nie zechciał!

Żeby w tym wszystkim się nie zgubić, nie zatracić właściwej optyki, potrzeba nam prostego zapatrzenia w Oczy Jezusa – najpiękniejsze i najprawdziwsze Oczy. W nich się przeglądajmy, żyjmy w ich obecności, świadomi, że one na nas spoglądają, śledzą z miłością i troską każdy nasz krok, nasze całe jestestwo. A jednocześnie – lud ma prawo od nas wymagać i oczekiwać. Św. Paweł pisał do Koryntian: „niech ludzie uważają nas za sługi Chrystusa i za szafarzy tajemnic Bożych. A od szafarzy już tutaj się żąda, aby każdy z nim był wierny”. (znów ciekawy szczegół: „każdy z nich” – nieważne jaki jest ogół, jakie są trendy, ważne jaki ja jestem i jaka jest moja postawa; nie będę rozliczany z wierności innych, ale z mojego postępowania). Nasza godność zawsze będzie nas przerastać. I jest to dobre dla naszej pokory, po to, byśmy nie siebie dawali, ale coraz wyraźniej rozumieli, że mamy dawać tylko Pana, to jest pozwolić, by On przez nas przychodził do innych. Nie żyjemy w wyimaginowanym świecie, ale w konkrecie dnia codziennego, który przynosi jasne oczekiwania, stawia wyzwania, mamy w nim jakieś zadania do spełnienia. Tu i teraz, wobec tych a nie innych ludzi. Skoro w swoim mniemaniu jesteśmy gotowi pełnić wielkie czyny w dalekich krajach i w odległych okolicznościach, dlaczego nie możemy tego uczynić już dziś, tutaj, gdzie się obudziliśmy? Podobnie kochać Pana mamy tu i teraz całymi sobą – nie gdzieś tam daleko, w jakiejś wyidealizowanej przez nas krainie duchowych uniesień.

Nie bójmy się spojrzenia Jezusa. We wspomnianym już pierwszym Liście do Koryntian przeczytamy również, że na koniec „każdy otrzyma pochwałę”, bo te Oczy w każdym dostrzegą coś dobrego, będą robiły wszystko, by to dobro odszukać i na tym się skoncentrują – w przeciwieństwie do większości naszych spojrzeń. Nie uciekajmy przed tym Spojrzeniem, które pewnie nieraz będzie miało moc chirurgicznego skalpela, ale to będzie błogosławiona operacja. Przecież w to Zwierciadło wpatrywali się wielcy Święci – wypada mi choćby wspomnieć św. Franciszka i św. Klarę, którzy zwierciadłem nazywali całe życie Chrystusa: Jego ubóstwo, pokorę, wyniszczenie w ofierze krzyżowej. I to w tych Oczach dostrzeżmy braci, do których jesteśmy posłani, ten lud, wobec którego mamy wypełnić nasze śluby. Miłować Pana, by w tej miłości, Jego miłością miłować Jego lud. By patrzeć na to zgromadzenie Jego oczyma.

W Ewangelii odnajdujemy jeszcze jeden paradoks, który możemy odnieść do omawianego tematu. Z jednej strony czytamy pouczenie, żeby nasza prawica nie wiedziała, co czyni lewica, byśmy nie chełpili się spełnionym dobrem, lecz wykonywali je w skrytości, świadomi, że czynimy to wyłącznie dla Ojca niebieskiego. Ale z drugiej strony są także wersety, w których Pan Jezus zapowiada, że nie ma nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw, oraz by ludzie widząc nasze dobre postępowanie chwalili Ojca, który jest w niebie. Jak to pogodzić? Intencją. To prawda, nie ma nic ukrytego. Skrytość jest tylko pozorem, czymś bardzo tymczasowym. Pięknie jest, gdy wypełniamy śluby, skoncentrowani jedynie na osądzie Bożym, ale jednocześnie pozwólmy, by inni wielbili Boga, wielbili Jego łaskę w nas objawioną. Nasze postępowanie ma innych budować, choć ostatecznym celem winno być jedynie pragnienie wypełnienia Woli Ojca, zwieńczone pokornym westchnieniem rodzącym się ze stanięcia w prawdzie: „słudzy nieużyteczni jesteśmy, wykonaliśmy jedynie nasze zadanie, naszą powinność”. Jest w tym też ukryty niedosyt: zawsze można uczynić więcej, ale najważniejsze wydaje się to, by czynić tyle, ile jesteśmy w stanie uczynić w danej chwili, tyle ile zdołamy, ale rzeczywiście oddając się całkowicie, wkładając w to całych siebie. Jednocześnie nie oczekujmy pochwały od ludzi, bądźmy wolni od tego, podobnie jak Apostoł Narodów, który wyznał: „mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będę osądzony przez was (Koryntian) czy przez jakikolwiek ludzki trybunał”. Nikt nie da nam piękniejszego, głębszego i trwalszego pocieszenia niż sam Bóg. Ulotne są i jakże zmienne ludzkie słowa i opinie. W „Naśladowaniu Chrystusa” czytamy, że nie stajemy się przez nie lepsi. A już czymś zupełnie niewłaściwym jest działanie pod wpływem opinii publicznej. Mądrością jest słuchanie rad i czerpanie z doświadczenia innych, wsłuchiwanie się w bicie serca ludu, w jego potrzeby i oczekiwania, ale to nie może czynić z nas chorągiewek na wietrze. Mówi stare przysłowie: jeszcze się nie narodził taki, co by wszystkim dogodził. Jesteśmy powołani do wolności. Wyzwoleniem wewnętrznym jest także owo nieoczekiwanie od nikogo czegokolwiek. „Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem”, powiada Psalmista.

Czytamy w Psalmie 116: „…przed całym Jego ludem, w dziedzińcach Pańskiego domu, pośrodku ciebie, Jeruzalem”. Czym są te dziedzińce? Zapewne najpierw Kościołem, w łonie którego działamy, w którym jesteśmy zrodzeni dla Chrystusa. Ale czy w języku biblijnym „Jeruzalem” nie oznacza także Nowej Ojczyzny wiecznej? Nic nie ginie. W wypełnianiu owych ślubów pomaga nam całe Niebo, w przedziwny i tajemniczy sposób sprawy ziemskie łączą się z niebieskimi. Dlatego najtrwalszą nagrodą będzie radość Nieba…

s. M. Teresa Pechman od Jezusa Królującego
w Boskiej Eucharystii
(OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.