Press "Enter" to skip to content

Wszystko było prostsze choć widziane naiwnie

Młodość musi mieć dużo szczęścia, bo ciągle w coś się pakuje. To taki czas, kiedy świadomość przemijania i konsekwencji jest wyłączona i szafowanie zdrowiem, życiem, emocjami – jest normą. 
Młodość z pespektywy czasu mogłaby być workiem wstydliwych wspomnień a młoda odwaga, to całe ADHD, te poruszenia, oburzenia i wzruszenia, ten wykrzyczany bunt, ten organiczny zachwyt nad wszystkim co nowe (a dla młodości wszystko jest pierwsze, nowe, odkryte, nawet masowo produkowany pół wieku temu bibelot) mógłby drażnić, kiedy lata później widzimy w nich po prostu niedojrzałą histerię, neofityzm życiowy, naiwność obyczajową, polityczną- czy te pierwsze, nieudolne kroki w relacjach z ludźmi, takie nieostrożne…
A jednak tak nie jest. Chętnie łapię te chwile przypominające mi czasy kiedy wyruszałam z motyka i wiarą w zwycięstwo zmagania się ze słońcem i wiatrakami. Chwile, kiedy przypominam sobie moje święte oburzenia nad wszystkim co było nieidealnym światem, kiedy jakimś echem wraca do mnie to wspomnienie przekonania, że to ja jestem panem świata, własnego życia, że można nienagannie przejść przez nie, przebiec właściwie, przetańczyć, że jest białe i czarne i że tęczowe jest też albo białe albo czarne, że każda zasada, dekalog jest ograniczeniem wolności, dyskryminacją i że ten świat, jego istotę rozumiem tylko ja i ci do mnie podobni, a Bóg jest słabością tych, co to już zaczęli liczyć swoje dni.
Pamiętam czas nieświadomości tego, co nie było mi znane – doświadczenia. Pamiętam czas, kiedy jedynym sacrum były moje uniesienia dane mi sztuką, afektem wywołanym czymś tylko trochę niecodziennym, kiedy nie miałam jeszcze danych życiowych z których mogłabym wydedukować to czy tamto, najczęściej odkrywając wiele zależności o których nie miałam pojęcia, odkrywając drugie i piąte dna i dochodząc do sytuacji gdzie nie sprawdzają się moje młode definicje.
Ale zawsze myślę sobie, że to był dobry czas, właśnie ten kiedy budowałam to, co potem weryfikowało życie. Wtedy wszystko było prostsze choć widziane naiwnie. Miłość usprawiedliwiała wszystko, podążanie za emocjami było warte każdej kary a odwaga darcia się w imię już nie pamiętam czego dała mojemu gardłu moc na te czasy, kiedy juz musiałam walczyć na serio. 
To zaprawianie się w walce o wolność waszą i naszą, o pokój na polu bitwy, ta wiara w ludzkie sumienia i katharsis, rozmowy z ciekawym człowiekiem (albo tylko pijanym) – zrobiło ze mnie żołnierza na czas, kiedy już bronić musiałam siebie, moich dzieci a na moich sztandarach były racje utwardzające się latami ścierania z trudnym, a nie beaujolais nouveau i pędem równie nim rozbudzonych. 
Jednym słowem: rodzice drodzy, spoko, wyrosną, opierzą się, zaczną słuchać a nie tylko słyszeć a jeśli teraz walczą, to mundur im zostanie. Zmienią tylko jego godowe rozkolorowanie na praktyczniejsze w walce moro. A amunicję ze strzelania przekierują na osłanianie. Kwestia czasu, ale działa jak świat światem.

Barbara Konarska

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »