Press "Enter" to skip to content

W tej godności wszyscy jesteśmy równi

Ty jesteś dobro, całe dobro, najwyższe dobro, od którego pochodzi wszelkie dobro, bez którego nie ma jakiegokolwiek dobra” św. Franciszek

Z każdej strony coś nas ogarnia; nieraz czujemy się przytłoczeni, oszołomieni; dajemy się porwać prądowi i płyniemy razem z nim w ciągłej pogoni nienasyconej żądzy posiadania, konsumpcji, ulegając złudnym pragnieniem, które rosną w miarę nieudolnej próby ich zaspakajania. W tym pędzie nawet nie zauważamy, kiedy w duszy wyhodowaliśmy chwasty
i ciernie chciwości, egoizmu, zazdrości, niezdrowej rywalizacji, pychy i pogardy dla innych – gdy już „coś” mamy, choć tak naprawdę znikoma jest wartość tego czegoś w perspektywie wieczności, łatwo stajemy się sędziami innych, mierzymy ich miarą wysokiego mniemania o sobie.

A kim my jesteśmy naprawdę? Od wieków znana jest sentencja z dzieła „O naśladowaniu Chrystusa” – jesteśmy tylko tym, czym jesteśmy w oczach Boga. To znaczy? W dość może kontrowersyjnej i śmiałej książce z nurtu współczesnego protestantyzmu amerykańskiego, w oryginalnym filmie zrealizowanym na jej podstawie pt. „Chata” jest bardzo obrazowa scena, kiedy główny bohater zostaje zaprowadzony na sąd – nie on jest sądzony przez Boga, to on ma być sędzią. Scena pełna pedagogii ma mu zobrazować jego życiową postawę – zawsze kogoś oceniał, klasyfikował, określał co dobro, co zło – zajął więc miejsce Boga. Niebezpieczeństwo, które czyha w świecie, w głównej mierze wynika stąd, że ludzie „lubią” bawić się w Boga. Takie osądzanie wlewa w duszę człowieka gorycz i żółć, ostatecznie nie tyle zatruwa innych, co jego samego. W kulminacyjnym momencie tej sceny przed bohaterem staje jego syn i córka – każde z nich jakoś wobec niego zawiniło, mniej lub bardziej – jest zmuszony wskazać, któremu z nich należy się kara. Jest ojcem kochającym, więc serce mu pęka w rozterce, nie może dokonać takiego wyboru; w przypływie i miłości i rozpaczy, ofiaruje siebie zamiast nich – on poniesie ich karę. Wtedy słyszy piękne słowa: teraz poznałeś serce Boga, teraz wiesz, jak On patrzy. Tak… jak On patrzy – do końca próbując nas uratować, do ostatniej sekundy szukając w nas dobra, nie chcąc patrzeć na nasze przewiny – w ostatecznym geście obmywając nas we Krwi własnego Syna.

Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jaka nieustannie toczy się o nas walka. Tak bardzo cenni jesteśmy w Bożych oczach. Stworzeni przez Miłość, powołani do Miłości, dla Miłości. Arcydzieło Boga… A jednocześnie – ze świadectwa Pisma i Świętych – wiemy, że jesteśmy także pyłem i nędzą, bez Niego niezdolni do czegokolwiek, sami z siebie zdolni do grzechu przy pierwszej najmniejszej okazji. To, co mamy, pochodzi od Niego – odkrył to wspaniale i zachwycił się tym właśnie św. Franciszek, który przez całe życie bardzo zabiegał o to, aby niczego sobie nie przywłaszczyć, gdyż wtedy okradałby samego Boga, Źródło wszelkiego dobra i miłości. Nic z nas, ale wszystko z Niego i z Nim. A w tej godności wszyscy jesteśmy równi. Skoro już Pan pozwolił komuś „zająć jakąś wyższą pozycję”, to dlatego, by miał jeszcze więcej okazji do służenia, do czynienia zasiewu dobra.

Jaki sens ma samo „górowanie” dla „górowania”? Wszystko co tutaj mamy – według mądrości Świętego z Asyżu – jest jedynie dzierżawą, z której musimy zdać sprawę. Zostaliśmy przez Boga pobłogosławieni, by to błogosławieństwo przekazywać dalej, by nieść „pokój i dobro” – zarazem szanując wolność drugiej osoby i jej indywidualizm – jak ktoś kiedyś powiedział: „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby”. Ona ma prawo być inna – byleby oczywiście nie łamała praw, szanowała innych bez kontrowersji – byśmy wszyscy wobec siebie wzajemnie nie łamali prawa, szanowali siebie, nieraz więcej tego szacunku okazując innym, niż o niego zabiegając dla siebie samych (mała dygresja – oczywiście, każdy ma niezbywalne prawo do szacunku na mocy godności dziecięctwa Bożego i człowieczeństwa, możemy o niego walczyć, gdy jesteśmy poniżani – byleby nie zniżyć się do poziomu metod walki naszego „przeciwnika” – raczej trzeba by się użalić nad biedą jego duszy, niż wracać do starożytnego kodeksu Hammurabiego).

Nic z tego co zewnętrznie nie czyni nas lepszymi – stąd potrzeba życia w wewnętrznej prawdzie i świadomości Bożej Obecności. Skąd bowiem mogę mieć pewność, że zaraz samemu nie upadnę tak jak upadł ten, kogo ja najsurowiej oceniam? To, że jeszcze trwam – to Boża łaska. Pamiętam dobrze niedawne spotkanie z pewnym panem, który prosząc o modlitwę opowiedział nieco o swoim życiu – alkoholizm, kradzieże, widać było, że ma pewne problemy rozwojowe – ale ja byłam zachwycona jego wiarą, po stokroć większą i głębszą od mojej, kto wie, czy on nie jest bliżej Pana niż osoba zewnętrznie nosząca habit św. – on ze swoją wiarą był jak ów ewangeliczny celnik, który nie miał odwagi wznieść oczu ku Bogu, stawał na progu Jego świątyni i prosił innych o wstawiennictwo. Błogosławiona pokora maluczkich! Nie mamy prawa oceniać…

Odwołując się do pedagogiki św. Franciszka i używając metafory średniowiecznych stosunków międzyludzkich – Bóg daje nam wszystko w lenno pozostając Właścicielem tego; Bóg jest także Wielkim Jałmużnikiem, który z radością i niezwykłą wspaniałomyślnością hojnie wszystkich obdarza, nie patrząc przez pryzmat „ludzkich mierników zysków”. W tym kontekście cenna jest refleksja Świętego – nieudzielenie komuś pomocy byłoby kradzieżą dobra otrzymanego tylko na jakiś czas. Czyż nie jest to najwspanialsze pomnożenie ewangelicznego talentu, gdy zostaje on oddany komuś potrzebującemu? Nie patrzmy tylko na ten temat w kontekście materializmu. Są przecież także dobra duchowe, intelektualne…

Czy nie miał racji także św. Augustyn gdy wołał – a dziś to wołanie trzeba chyba przypominać – „jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu”. Św. Franciszek doskonale rozumie, że to Bóg jest Pełnią, jest Wszystkim. Współczesny człowiek pędzi w pogoni za wieloma „dobrami”, ale czy myśli o tym Najwyższym , Jedynym Dobru? A co jest moim pragnieniem? Jakie są motywacje mojego działania? Gdyby każdy z nas zabiegał jednie o to, by podobać się Bogu i Jego „posiąść” – jak uczył św. Franciszek: „nic nie mieć na własność (uwaga – nie czytajmy jego słów „prawniczo”, literalnie, ale ewangelicznie, duchowo, głębiej), ażeby wszystko móc posiąść o wiele pełniej w Panu”. Ale – skoro wszystko jest lennem od Pana, a Jego obecność w nas też jest Jego darem – kochamy Go , bo On pierwszy nas umiłował – to znaczy, że i Boga nie możemy sobie „przywłaszczyć”. „Otrzymawszy” Go, nie możemy zatrzymać tylko dla siebie, zamknąć w klatce naszego jednego, egoistycznego jestestwa i jeszcze – co gorsza – opatentować i powiedzieć: tylko ja Go znam, ja wiem najlepiej, co On chce, etc. Bóg nam się raczej powierza po to, by przez nas był przekazywany dalej. Prawdziwe poznanie Boga otwiera nas na wszystkie Jego dzieci – dlatego Kościół nieustannie musi być misyjny, dlatego każdy ochrzczony musi być misjonarzem. A my, zamiast razem pielgrzymować i wzajemnie sobie dopomagać w dojściu do tego Najistotniejszego Dobra, kąsamy siebie i wykorzystujemy dla zdobycia jakiś „marności” – bliźni nie jest już współbratem w wierze, w Bogu, ale źródłem zysków, siłą roboczą, służbą, rywalem etc…

Papież Franciszek w Orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Chorych zawarł wspaniałą myśl: „Nikt z nas nie jest w stanie całkowicie uwolnić się od pomocy innych.” Gdybyśmy funkcjonowali w tej perspektywie, wtedy łatwo dostrzeglibyśmy łańcuch wzajemnych powiązań – dzisiaj ja pomagam tobie, jutro może ty będziesz potrzebować mojej pomocy, może doświadczę pomocy od osoby, od której najmniej teraz się tego spodziewam i którą w swoim mniemaniu już przekreśliłem. Nie jesteśmy samowystarczalni – i trzeba to uznać w duchu dziękczynienia za tyle dobrych dusz, które Bóg – jako znak swojej Opatrzności – stawia na naszej drodze. A i my stawiani jesteśmy na drodze innych. Będziemy dla nich chlebem, „materacem i poduszką” czy twardym i nieugiętym murem? Czas szybko płynie, nie wszystko da się potem naprawić mimo żalu za popełnione czyny, podjęte decyzje, błędne i zbyt pochopne oceny. Most jest łatwo spalić, ale jego odbudowa jest o wiele trudniejsza, wymaga wiele wysiłków i nakładów; fosa łatwo wypełni się wodą, ale nie tak łatwo już ją osuszyć, zakopać i posadzić na niej żyzną trawę. Czasem warunki mogą być straszne, ale życzliwość potrafi rozświetlić wszystko. Ileż pięknych aktów czystej miłości oglądały mury katowni, obozów i łagrów? A żeby trochę mniej górnolotny podać przykład – ostatnio musiałam spędzić jeden dzień w szpitalu w innym mieście (nie ważne gdzie) – gdy weszłam na oddział – można było się przerazić – jakaś piwnica wręcz, farba odpadająca ze ścian, starodawne łóżka. Ale za to personel medyczny niezwykle życzliwy, troskliwy i dbający o pacjentki. Bywa, że warunki mogą być niewiadomo jak dobre, a gorzej wtedy o ludzkie wsparcie. To, co zewnętrzne nie tworzy tego, co najważniejsze. Dlatego „nie pchajmy się” na stanowisko sędziego, nie ciągnijmy ponownie „Chrystusa” na plac oskarżeń, nie wkładajmy na Jego ramiona po raz wtóry krzyża, gdy sami swojego nie możemy donieść, gdy nieraz uginamy się pod nim. Jak bardzo potrzebna jest cecha wyrozumiałości – acz, nie pobłażania, bo grzech trzeba nazywać grzechem i kiedy trzeba, to trzeba upominać, nawoływać do przemiany – ale zawsze czujmy się wtedy bardziej sługami, narzędziami Boga niż „panami czyjegoś istnienia”.

Trzeba zwrócić jeszcze uwagę, że Biedaczyna z Asyżu kontemplując Boga jako jedyne Dobro czynił to całkowicie bezinteresownie. Uwielbiał Boga, kochał Go, dla Niego samego, nie „dla czegoś”. W modlitwie zawartej w Regule Niezatwierdzonej daje temu wyraz: „składamy Ci dzięki za Ciebie samego”. Kiedy tak ostatnio się pomodliłem, pomodliłam?

Boże, składamy Ci dzięki za Ciebie samego” – i za to wszystko, co mamy od Ciebie. W tym też duchu, w tej samej Regule Niezatwierdzonej, Święty tłumaczy najważniejsze przykazanie. Dlaczego mamy miłować Boga całą naszą istotą – to jest całą duszą, sercem, umysłem, ciałem? Bo to wszystko On nam właśnie dał, On nas stworzył, następnie odkupił i zbawił ze swego miłosierdzia i pomimo naszych grzechów i niewdzięczności nieustannie wyświadcza nam i udziela wiele dobra.

Dziękuję, że Jesteś.

s. M. Teresa Pechman od Jezusa Królującego
w Boskiej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »