Press "Enter" to skip to content

Z modlitwą jest czasem jak z naczyniami faryzeuszy

W pokoju mojej babci wisiał na ścianie obraz Pana Jezusa Króla Wszechświata.
Jako mała dziewczynka często wpatrywałam się w twarz Pana Jezusa.
Kiedy czasem po rannym przebudzeniu obserwowałam Jego oblicze wydawało mi się, że daje mi znak oczami. Wtedy byłam pewna, że istnieje między nami takie ciche porozumienie i czekałam, że może Pan Jezus da mi jakiś znak. Znaku nie było, modlitwa z dziecięcej zmieniała się w bardziej dorosłą a czasem wcale jej nie było.
Ale oczekiwanie na skutek było duże, często w sprawach, które aktualnie uważałam za najważniejsze i wymagające natychmiastowego rozwiązania. A teraz patrząc na swoje modlitewne poczynania z perspektywy życia, które różnie układało się, dostrzegam jak bardzo nieudane bywały moje modlitwy. Modlitwą staramy się ubłagać Boga, ale czy zawsze udaje się tak mocno w nią wejść, żeby uchwycić Boże spojrzenie? Nie jest to łatwe, bo moja modlitwa nie zawsze była oparta o obraz Pana Boga w moich oczach. Nie zawsze też dawało pogodzić się pragnienie spełnienia modlitwy z cichą odpowiedzią, która nie była udzielana od razu. Wielokrotnie trzeba było długiego oczekiwania, czasami wydawało mi się, że Pan Bóg nie słucha mnie. A ON słuchał i sprawiał, że moje życie kreowało się nie według mojego scenariusza ale według takiego, jaki ON Bóg uważał dla mnie za najlepszy. Niekoniecznie taki na zamówienie, najczęściej zupełnie inny. Nie mogąc znaleźć właściwej odpowiedzi zastanawiałam się – dlaczego? Dopiero znacznie później dotarło do mnie myślenie, że nie ja jestem twórcą wszystkiego w moim małym świecie. Jak łatwo człowiek może poprzestawiać porządki swojego życia. A przecież żeby coś otrzymać trzeba spełnić pewne warunki. Trzeba wejść w relację, uchwycić spojrzenie Pana Boga. „Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się o zaspokojenie swych żądz´- mówi św. Jakub, ale czy my tak o sobie myślimy? „ Uniżcie się przed Panem, a wywyższy was.” – dodaje, ale jeszcze tego nie rozumiemy. Do czasu.
Z modlitwą jest czasem jak z naczyniami faryzeuszy. Wszystko niby jak trzeba a może nawet lepiej, piękniej tylko bezowocnie. Jesteśmy świadkami takiego nurtu wszędzie, również w kościele, gdzie celebrowanie gestów i rzeczy materialnych pośrednio tylko związanych z modlitwą zaczyna stanowić wartość samą w sobie. Zafascynowani formą możemy zgubić treść i serce modlitwy. Rozentuzjazmowany tłum Izraelitów, podczas nieobecności Mojżesza chciał się modlić ale ta modlitwa była skierowana w przeciwnym kierunku. Doszło do krwawych zamieszek, bo ludzie w swoim zapale zapomnieli po co i do kogo modlą się. Choć odległe są te czasy i wydają się nieprawdopodobne, to łatwo przywołać różne niechlubne historyczne wydarzenia, podczas których ludzie dopuszczający się nieprawości, dokonywali tego w imię Boga. Również dzisiaj dzieją się takie wydarzenia na oczach naszych i całego świata. Gdy odwracamy się od Pana Boga, nie możemy liczyć na jej skuteczność modlitwy.
Był czas, że liczyłam na modlitwę wstawienniczą. Wydawało mi się, że lepiej modlą się inni. Może było w tym trochę zwalniania się z modlenia. Czas ten jest już za mną a modlitwa wstawiennicza jest mi bliska, bo potrafi ogarniać i daje możliwość bycia nią ogarniętym.
Ja, my, inni jesteśmy po to, by podtrzymać wzniesione w modlitwie wstawienniczej ramiona powierzających nasze, moje, wszystkich, świata sprawy.

Anna Tchórzewska

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.