Press "Enter" to skip to content

Strzeżmy się głupich wyborów!

Bracia i Siostry w Chrystusie, Jedynej Prawdzie o człowieku, Drodzy Rodacy, Szanowni Wyborcy!

Wszystkie te trzy, jakże zacne tytuły, już niebawem mają szansę urzeczywistnić się jako wyrazista jedność przy urnie wyborczej, w prostym akcie głosowania. Jeżeli ktoś prawdziwie wierzy w Boga i ma szacunek dla Dekalogu, jeżeli ktoś prawdziwie kocha Ojczyznę, wreszcie- jeżeli życzy Polsce dobrze jako obywatel świadomy swych praw i obowiązków, to na pewno nie tylko pójdzie na wybory, ale i mądrze wybierze. Wybierze kogoś, kto w życiu publicznym nie splamił się podłą rolą kameleona i nie dał sobie wmówić, że działalność publiczna polega na tym, że swoją wiarę trzeba zamknąć w granicach prywatności. 

Przecież jeszcze dobrze pamiętamy czasy, kiedy wybory miały karykaturalną formę, a polegały tylko na tym, by pójść i wrzucić do urny kartkę z nazwiskami, ale z tego i tak nic nowego nie wynikało. I nie mogło wynikać, skoro “rządy proletariatu” były “najwyższą formą rozwoju społecznego”. Po co więc jałowo marzyć o zmianie na lepsze, skoro lepiej już być nie może? A jeśli ktoś próbował marzyć, tzw. “władza ludowa” (czytaj: czerwona zaraza) szybko mu te marzenia (i to skutecznie!) z głowy wybijała. Dzisiaj chętnych do zamykania ust inaczej myślącym przybyło, a trzeba dodać, że są tak gorliwi w tym upominaniu, by o wyborach za wiele nie mówić, że w dobie odzyskanej wolności ludzie autentycznie znowu zaczynają się bać (!). Boją się nie tylko w swoim miejscu pracy, bo np. “szef należy do innej opcji” i może to swoje niezadowolenie wobec pracownika wymiernie, boleśnie wyrazić. Na poziomie sąsiedzkim i towarzyskim, nawet rodzinnym, to niezadowolenie może przyjąć dotkliwą formę ostracyzmu. Na płaszczyźnie podległości służbowej owo niezadowolenie szefa może nawet przyjąć formę zamykającego usta krótkiego komunikatu, wywieszonego na zakładowej tablicy.

W związku z powyższym, ulegając modzie na lęk, pozwalam sobie wszystkim zastraszającym i wszystkim zalęknionym zadedykować przedwyborczą bajkę z powyborczym morałem.

Pewnego razu wybrał się lis do chłopskiej zagrody, przystanął pod płotem, nagle usłyszał dobrze mu znany odgłos łańcucha. Zobaczył rosłego psa, więc zagadnął “przyjacielskim” głosem:

– Podejdź bliżej, chcę cię o coś zapytać.

– Przykro mi, ale jestem na łańcuchu – odparł pies.

– Co? To ty nie jesteś wolny? Ja myślałem, że tobie powodzi się bardzo dobrze – rzekł zdziwiony lis.

Powodzi mi się dobrze – odpowiedział pies – jedzenia mam pod dostatkiem, trzy razy dziennie – nowa miska, buda nie przecieka, zimą dobrze docieplona, jak chorowałem to był u mnie weterynarz, gospodarz często sprawdza, czy mi pchły nie dokuczają, o nic się nie martwię. Wszystkie psy w okolicy mi zazdroszczą. Ale mam obowiązek dbać o porządek i o bezpieczeństwo naszego gospodarstwa.

– Ale nie znasz lasów, nie wiesz, co to wolność, co to jest przyjemność polowania, ile przy tym adrenaliny, a potem, ach, czy ty wiesz, jak smakuje mięsko z zająca, sarny, albo taki bażant? – snuł swą opowieść lis.

– Może to i fantastyczne, ale jak widzisz, jestem ciągle na łańcuchu – stwierdził nagle posmutniały, jakby rozmarzony pies.

– To źle, to bardzo źle, ja i moja koalicja wolnych zwierząt w lesie przyjęlibyśmy cię jak brata – zapewniał lis.

Pies słuchałby chętnie dalej o lasach, o tłustych zającach, gdyby nie odgłos kroków pana, który właśnie wyszedł z domu, niosąc psu dwie miski na wymianę: z jedzeniem i świeżą wodą. A pies jeszcze tylko raz rzucił okiem na odchodzącego lisa. Pyska już nie zobaczył, ale policzył wszystkie wystające żebra.

Morał: Strzeżmy się głupich wyborów!!!
Piotr Kanicki

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.