Press "Enter" to skip to content

Do czego potrzebna nam niepodległość?

Z okazji rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości wychodzą liczne publikacje przypominające ten niezwykły rok 1918, przygotowuje się audycje radiowe, programy telewizyjne i filmy oraz podniosłe, choć może nie nazbyt huczne uroczystości. Wspomina się tych, których pracy i walce zawdzięczaliśmy kształt granic państwa na nowo powołanego wówczas do życia i wszystko, co w nim było wielkie, piękne i godne naśladowania. Ale dlaczego właściwie chcemy świętować tę rocznicę? Przecież nie Polska się wówczas narodziła, bo ta istnieje już od dziesięciu i pół wieku. Odrodziło się tylko polskie państwo.

Po co nam w ogóle państwo? Już nawet sam termin nie zawsze wywołuje pozytywne skojarzenia. Czasem nie do końca się z tym państwem identyfikujemy, czasem się go boimy, a już na pewno mu nie ufamy. Z pewnością ma w tym udział nasze doświadczenie historyczne całego ostatniego stulecia. Po pierwsze, obecny wciąż jeszcze w podaniach rodzinnych i rodzimej kulturze ponury cień państw zaborczych i okupacyjnych. Po drugie, totalitarne zakusy wciąż żywego w pamięci wielu z nas niesuwerennego, ale wciskającego się w niemal wszystkie dziedziny państwa komunistycznego, przy jego równoczesnej porażającej niewydolności. Po trzecie, jak najbardziej już współczesna hipertrofia biurokracji, z którą mamy na co dzień do czynienia, przy jednoczesnej fasadowości demokratycznej polityki. Po czwarte wreszcie, trwający demontaż suwerenności państwowej na rzecz struktur ponadnarodowych i wszechwładza międzynarodowych instytucji finansowych i korporacji.

Z przyzwyczajenia przyjmujemy, że jakieś państwo musi istnieć, ale czy naprawdę głęboko wierzymy, że jest nam do życia koniecznie potrzebny twór określany mianem „państwa polskiego”? Niemal każdy z nas ma znajomych lub krewnych, którzy wyemigrowali z Polski, by za granicą szukać wygodniejszego i zamożniejszego życia. Skoro powodzi im się w dalekich krajach na tyle dobrze, że nie chcą wracać do Ojczyzny, dlaczego i my nie moglibyśmy dostatnio żyć w innym państwie?

Natura domaga się władzy

Według Arystotelesa człowiek to zoon politicon – istota potrzebująca wspólnoty państwa, by żyć i dążyć do dobra, poza państwem staczająca się do rangi półdzikiego barbarzyńcy, niegodnego właściwie miana człowieka. Święty Tomasz z Akwinu, największy filozof chrześcijański, podejmując myśl Filozofa, pisze: Człowiek jest z natury stworzeniem społecznym i politycznym, żyjącym w gromadzie (…) ponieważ nie zdoła on samodzielnie przejść przez życie. Stąd tak oto w De regimine principium charakteryzuje Akwinata podstawowy cel państwa: Po to przecież ludzie tworzą wspólnoty, aby razem żyć dobrze, czego nie mógłby osiągnąć każdy w pojedynkę.

Oczywiście, immanentną cechą każdej społeczności, a tym bardziej państwa, musi być istnienie władzy: Jeśli jest naturalne dla człowieka żyć w licznej gromadzie, wobec tego wszyscy potrzebują jakiegoś kierowania całością – pisze święty Tomasz. Każdy bowiem z licznych ludzi zabiega o to, co jemu odpowiada; całość rozproszyłaby się więc na cząstki, gdyby zabrakło tego, do kogo należy troska o dobro całości. (…) Dlatego wszędzie tam, gdzie jest wielość, musi być czynnik rządzący. Władza jest więc pasterzem szukającym wspólnego dobra społeczności, a nie własnego. To ona – będąca gwarantem sprawiedliwości i jedności – sprawia, że cele społeczności mogą zostać zrealizowane. Swoimi prawami i rozkazami, karą i nagrodą, powstrzymuje poddanych sobie ludzi od niegodziwości i prowadzi ich do czynów cnotliwych.

Celem wspólnoty – według świętego Tomasza – jest wszak życie cnotliwe, prowadzące do zbawienia wiecznego. Skoro bowiem każdy z osobna człowiek żyje według cnoty, zwraca się ku celowi ostatecznemu, który polega na nasyceniu się Bogiem. Otóż cel ludzkiej społeczności powinien być ten sam, co cel jednego człowieka. Myśl tę rozwija papież Leon XIII w encyklice Immortale DeiA zatem świecka społeczność, ustanowiona dla wspólnej korzyści, tak powinna radzić o doczesnej pomyślności swych obywateli, aby nie tylko w niczym nie stawiła przeszkód, lecz owszem, ile to być może, dopomogła uzyskaniu owego najwyższego i niezmiennego dobra, którego każdy pragnie, wiedziony popędem wrodzonym. Do takiej pomocy głównie należy staranie o święte i nienaruszone zachowanie religii, której obowiązki łączą człowieka z Bogiem.

Widzimy więc, że katolicka nauka o państwie dobitnie wyraża myśl, iż głównym zadaniem państwa jest stworzenie społeczeństwu ludzkiemu optymalnych warunków do zbawienia. Co za tym idzie, najistotniejsze z punktu widzenia katolika wydaje się nie tyle pytanie, czy jego państwo jest państwem jednego czy też wielu narodów, nawet nie pytanie, czy państwo to posiada właściwy ustrój lub system władzy, ale czy jest państwem chrześcijańskim. W czasach, gdy święty Tomasz pisał De regimine principium, większość mieszkańców naszego kontynentu nie musiała się zastanawiać, czy żyje w takim państwie, jednak w kolejnych wiekach, kiedy pękła jedność religijna Europy, a następnie – w dobie rewolucji oświeceniowych i socjalistycznych – pojawiły się w niej państwa antychrześcijańskie, otwarcie i z wielką zaciekłością zwalczające Kościół i religię, kwestia ta zaczęła nabierać coraz większego znaczenia.

Mit Rzeczypospolitej… laickiej

Świętując odzyskanie przez Polskę niepodległości, warto postawić pytanie, czy stworzona w 1918 roku II RP była opisywanym przez Leona XIII państwem chrześcijańskim. Tym bardziej, że wciąż żyjemy pod wpływem swoistego mitu międzywojennej Polski, który – tworzony już za jej istnienia – dojrzał ostatecznie w latach PRL. Mit ten przygasł nieco w latach wojny, bo warunki życia w okupowanym kraju, zwłaszcza pod okupacją sowiecką, sprawiły, że przywrócenie państwa polskiego stało się wręcz tożsame z perspektywą biologicznego przetrwania, z czego zresztą skorzystali wkrótce potem komuniści, wymuszając na większości społeczeństwa bierną zgodę na swoje panowanie, w zamian za zapewnienie w miarę stabilnej formy państwowości. Wkrótce jednak nawet dla tych, którzy na własnej skórze doświadczyli represji ze strony sanacyjnego reżimu, II RP, w porównaniu z krajem rządzonym przez Bierutów, Minców i Gomułków, zyskała powab raju utraconego i państwa idealnego, będącego inkarnacją wielkiej Polski Piastów i Jagiellonów.

Tymczasem II Rzeczpospolita już w chwili swego powstania zdecydowała się zerwać wiele nici, które mogłyby nawiązać ciągłość z naszym wielkim państwem zdemontowanym u schyłku XVIII wieku przez trzech zaborców. Kolejne zrywano wraz z ugruntowaniem się władzy środowisk sanacyjnych, niechętnych wobec katolicyzmu, a religią posługujących się jedynie instrumentalnie.

Przede wszystkim zerwaniem takim była czysto republikańska – w miejsce ustroju mieszanego – forma rządów. A tymczasem już w akcie z 5 listopada 1916 roku władcy Niemiec i Austro‑Węgier zapowiedzieli powstanie Królestwa Polskiego, którego administracja, szkolnictwo i inne instytucje na ziemiach byłego zaboru rosyjskiego okupowanych przez Państwa Centralne zaczęły się faktycznie wkrótce kształtować, by po dwóch latach stać się zalążkiem struktur już zupełnie niepodległego państwa polskiego. Przecież pierwszą instytucją, która w swym manifeście proklamowała niepodległość Polski, była właśnie Rada Regencyjna – zwierzchnia władza Królestwa, od marca 1918 roku deklarująca, że nie czerpie już swej legitymizacji z woli mocarstw zaborczych, ale woli Narodu. A więc istniały wszelkie warunki, by Polska mogła odrodzić się jako monarchia.

Brak jednoznacznych, dziedzicznych pretendentów do polskiej korony nie mógł być przeszkodą nie do przezwyciężenia wobec istnienia co najmniej kilku wybitnych rodów panujących w Europie, których przedstawiciele mogli poszczycić się pochodzeniem od polskich monarchów i skoligaceniem z polską arystokracją. Jednak polskie elity polityczne, przeniknięte duchem demokratycznym od lewa (prócz komunistów) do prawa (za wyjątkiem nielicznych monarchistów) podjęły inną decyzję, tworząc rządy republikańskie.

Choć u progu istnienia II RP katolicyzm odegrał nieopisanie ważną rolę, stanowiąc właściwie jedyny czynnik spajający Polaków z trzech zaborów, stopniowo spychany był przez większość sił politycznych na margines życia państwowego, który to proces w symboliczny sposób zakończył się w roku 1927 – przyjęciem jako godła orła w koronie pozbawionej krzyża oraz jako hymnu – masońskiego mazurka, wymieniającego imiona Bonapartego i republikańskiego generała Dąbrowskiego, zamiast wielkich polskich bohaterów. W konstytucji kwietniowej z 1935 roku zrezygnowano nawet z religijnej inwokacji, którą twórcy konstytucji marcowej rozpoczynali preambułę.

Dla socjalisty i kalwina Józefa Piłsudskiego Kościół, którego pozycja w życiu narodowym nie mogła zostać zakwestionowana, był do pewnego stopnia sojusznikiem w zakresie utrzymania ładu społecznego i powstrzymania rewolucji komunistycznej, ale przede wszystkim był konkurentem w walce o rząd dusz. Nawet Roman Dmowski, którego sposób myślenia, podobnie jak wszystkich niemal nacjonalistów przełomu XIX i XX wieku ukształtował pozytywizm Comte’a, dopiero w drugiej połowie lat dwudziestych zaczął zmieniać swój stosunek do Kościoła, co ostatecznie zaowocowało broszurą Kościół, Państwo, Naród. Wcześniej był skłonny uznawać rolę katolicyzmu tylko pod warunkiem, że nie będzie ona sprzeczna z interesem narodowym. Państwo laickie, nie katolickie, było więc postulatem zarówno tych największych ojców niepodległości, jak i mniej znanych, pracujących na ich zapleczu i niekoniecznie afiszujących się działaczy, należących do rozmaitych mniej lub bardziej tajnych stowarzyszeń i koterii, których łączyła jeśli nie niechęć do katolicyzmu, to przynajmniej religijny indyferentyzm.

Rozkrzewiać królestwo Chrystusa

Polacy szczycą się tym, że ich państwo nigdy otwarcie nie wystąpiło przeciw religii chrześcijańskiej. Sam początek jego istnienia łączy się wszak z aktem chrztu, który wydobył nasz naród z mroku jego pogańskich pradziejów. To chrześcijaństwo przyniosło na nasze ziemie wszystko, co zwiemy cywilizacją, to ono legło u podstaw całej naszej kultury, a naród polski tak przylgnął do wiary Chrystusowej, że jeszcze u schyłku Średniowiecza przyjął zaszczytne miano Antemurale Christianitatis – przedmurza chrześcijaństwa. Stopniowo też zaczął uświadamiać sobie swoją szczególną misję, powierzoną mu przez Boga.

Wielki polski historyk Józef Szujski dowodził, że każdy naród posiada jakąś misję, że przeznaczeniem narodów jest służyć Bożej Opatrzności, która urzeczywistnia się w historii rodzaju ludzkiego. Ta idea – pisał – powołuje w pierwostanie swoim pogrążone ludy i szczepy na plac działania, wyznacza im posłannictwo, a przez to posłannictwo podnosi je do stanowiska narodów, jako świadomych czynników w życiu powszechnodziejowym, w życiu ludzkości.

Jak pisał ksiądz Hieronim Kajsiewicz, ultramontanin i założyciel zgromadzenia zmartwychwstańców, kiedy Polska przyjęła chrzest, została wpisana do Boskiego planu zbawienia i otrzymała swoje posłannictwo. Opiera się ono na dwóch głównych założeniach. Pierwszym z nich jest trwanie przy Kościele, posiadającym pełnię Bożego objawienia i doskonalenie przez naród w obrębie własnego państwa stosunków wewnętrznych w duchu wiary Chrystusowej, drugim zaś – dążenie do rozkrzewiania królestwa Chrystusa na ziemi również poza terenem własnego państwa. Obydwa te aspekty polskiej misji dziejowej są wobec siebie komplementarne, albowiem naród niosący innym wiarę nie może sam czuć się wolnym od powinności spełniania jej nakazów, i odwrotnie: już przez sam fakt kształtowania własnego życia społecznego według zasad chrześcijańskich, naród daje dobry przykład swym sąsiadom.

Semper fidelis?

Czy Polska zawsze pozostawała wierna swej misji? Przez wieki stanowiła wszak, jako się rzekło, przedmurze chrześcijaństwa. Obroniła niepodległość w walce z niemieckimi rycerzami‑zakonnikami, którzy zdradzili swoje powołanie; drogą nie podboju, ale dobrowolnej unii przywiodła do Kościoła katolickiego wielkie połacie ziem na Wschodzie; stworzyła Rzeczpospolitą Obojga (a właściwie wielu) Narodów, przyciągającą do siebie sąsiadów nie nagą siłą, lecz szacunkiem, wolnością i chrześcijańską miłością. Przez stulecia broniła Rusi przed zaborczą, ukształtowaną pod mongolskim jarzmem Moskwą. Stawiła wreszcie opór Turcji – potworowi zżerającemu kolejne chrześcijańskie narody i przyczyniła się walnie do zatrzymania jej pochodu w głąb Europy. Nie dała się zniszczyć różnowierczej koalicji pod przewodnictwem protestanckiej Szwecji, pozostając jedyną katolicką siłą na wschodzie Europy.

Jednak w wewnętrznym życiu narodu obudziły się siły, które ostatecznie przywiodły tę wspaniałą, dumną Rzeczpospolitą do upadku, kwestionując też jej misję dziejową. Przypomnijmy, jakie grzechy, odstępstwa i zaniechania wytykał swym rodakom ksiądz Piotr Skarga, kaznodzieja królewski i jeden z największych pisarzy politycznych, jakich wydała polska ziemia. Przestrzegał on wszak przez katastrofą państwa w czasach, kiedy Rzeczpospolita znajdowała się w apogeum swej potęgi, zarówno pod względem politycznym, jak ludnościowym i ekonomicznym. Owszem, toczyła zacięte wojny, ale wyłącznie na swoich kresach lub na terytorium państw ościennych. Owszem, już zaczynały się bezwzględne walki wewnętrzne, które po stuleciu spętać miały zupełnie wszelkie wysiłki w kierunku uzdrowienia państwa, ale jeszcze w granice Rzeczypospolitej przybywały tysiące uciekinierów z innych krajów. Już wtedy jednak wielki jezuita dostrzegał w życiu politycznym kraju instytucjonalizację wad i przywar powodujących grzechy społeczne i przewidywał, że może to doprowadzić do upadku tak potężnego państwa.

Narodowymi grzechami piętnowanymi przez królewskiego kaznodzieję były: samowola szlachty wobec niższych stanów, odejście stanu żołnierskiego od rycerskich ideałów, zaniedbywanie przezeń obowiązku opieki i obrony niższych, ubogich i bezbronnych, dalej powszechny egoizm, prywata i brak troski o dobro wspólne. Szczególnie to ostatnie oburzało księdza Skargę – malował więc obraz państwa jako łodzi, która tonie, gdy tymczasem egoiści, miast rzucać się do jej ratowania, myślą jedynie o własnych tobołkach.

Pycha wiedzie do upadku

Najcięższym grzechem publicznym było jednak – zdaniem autora Kazań sejmowych – pomniejszanie czci samego Boga, któremu winni byli odstępcy przyjmujący „nową wiarę” w postaci rozmaitych odmian protestantyzmu. To wielki grzech i bałwochwalstwo, i odstępstwo od Boga prawdziwego, na który się Pan Bóg nabarziej w Piśmie Świętym gniewa i na ten sam jeden, jakoby inszych grzechów nie było, pomstę swoję na królestwa przywieść się przegraża.

Jako szczery monarchista domagał się Skarga wzmocnienia władzy królewskiej: Przyrodzony sposób jest w ciele, aby jednak głowa rządziła. Tak też w Rzeczypospolitej przyrodzona i najlepsza i najwłaściwsza rozumowi ludzkiemu jest monarchia albo jedynowładztwo i rząd jednego. Brak szacunku dla króla i skłonność szlachty do rokoszu były – jego zdaniem – najpoważniejszymi przywarami politycznymi: Nie rozciągajcie wolności swej na zelżenie jego, na zjazdy zakazane, na rozruchy, na sedecyje, na obmowy i szemrania, na nieposłuszeństwa i przepychy, bo to wam samym wielką szkodę uczyni i to samo niewolę na was tyrańską przywiedzie. Skarga jasno przewidywał więc, że właśnie pycha, która jest główną przyczyną skłonności do buntu, stanie się źródłem narodowej tragedii. Radzi by niektórzy pana nie mieli, a sami rządzili i czynili, co chcą (…) z wielkiej hardości i głupiej pychy swojej. Dokąd wiedzie ta pycha? Ano do upadku państwa i popadnięcia w obcą niewolę.

Przestrzegając przed losem czekającym Rzeczpospolitą, królewski kaznodzieja powtarzał słowa proroka Izajasza: Biada narodowi grzesznemu, ludziom złością obciążonym, nasieniu złemu, synom złośliwym. Ziemia wasza pusta, miasta wasze ogniem spalone, kraj wasz obcy w oczach waszych pożerają. Proroctwo to wypełniło się po niemal dwóch stuleciach co do joty. Zamiast nadal pełnić rolę przedmurza chrześcijaństwa, Rzeczpospolita poczęła pogrążać się w zamęcie. Pogłębiający się kryzys wewnętrzny, zacofanie gospodarcze, polityczna inercja i stopniowe uzależnianie się od ekspansywnych sąsiadów sprawiły, że Polacy stracili własne państwo.

Własne państwo tak cenne

Choćby jedynie przez tolerancję religijną, będącą przyczyną licznych wewnętrznych problemów, trudno byłoby uznać I Rzeczpospolitą za ideał państwa katolickiego, ale jednak samo jej istnienie było gwarantem swobodnego rozwoju, a nawet pewnej ekspansji religii katolickiej. Jak istotnym, mogli się przekonać polscy katolicy w momencie, kiedy go zabrakło. Oto polski Kościół wystawiony został na łaskę i niełaskę obcych monarchii: józefińskiej Austrii, luterańskich Prus i schizmatyckiej Rosji. I nikt, może jedynie pozbawiony już wpływu na sprawy międzynarodowe Ojciec Święty ultra montes, nie stanął w obronie polskich katolików, gdy zamykano wiekowe klasztory i rozbierano kościoły, gdy wymazywano ojczystą historię, dziedzictwo przodków, język wreszcie, i gdy, w miarę upływu czasu i rodzenia się porewolucyjnych nacjonalizmów, pozbawiano ziemi, kolonizowano, wyrzucano na bruk czy siłą przywodzono do zmiany wyznania i narodowości.

Jeszcze boleśniej przekonali się Polacy w XX wieku, co znaczy stracić niedawno wszak odrodzone, wyczekiwane z takim utęsknieniem przez całe generacje, wyszarpane własnym orężem i budowane własną pracą państwo. I to na rzecz okupantów owładniętych antyludzkimi i skrajnie antychrześcijańskimi ideologiami, które łączyły się ze szczególną nienawiścią do narodu polskiego.

Martyrologia naszego narodu czasu drugiej wojny światowej ściśle wiąże się z losami Kościoła i katolicyzmu. I to już od poprzedzającej jeszcze wrześniową katastrofę hekatomby ludności polskiej pozostawionej na terenie Związku Sowieckiego. Dlaczego właśnie Polacy zostali uznani – jako jedyna narodowość spośród wszystkich zamieszkujących Sowiety – za naród stanowiący zagrożenie dla komunizmu na tyle poważne, że należało eksterminować niemal dwieście tysięcy jego przedstawicieli od Władywostoku po Mińsk? Po części oczywiście dlatego, że uważano ich za potencjalnych agentów II Rzeczypospolitej – od roku 1920 traktowanej jako państwo wrogie, stojące na drodze pochodowi rewolucji bolszewickiej na Zachód. Przede wszystkich jednak z powodu żywionego przez bolszewickich przywódców przekonania, iż Polacy jako katolicy nie mogą poddać się kolejnym etapom „rozkułaczania” – transformacji w ludzi sowieckich, i zawsze pozostaną elementem reakcyjnym, niepewnym ideologicznie. Zginęli więc, bo byli Polakami, ale również dlatego, że byli katolikami.

Od razu po kampanii wrześniowej 1939 roku nienawiść niemieckich okupantów obróciła się przede wszystkim przeciw kapłanom katolickim – to oni stali się pierwszymi ofiarami tak zwanej Intelligenzaktion na Pomorzu, w Poznańskiem i na Śląsku, a także w Generalnym Gubernatorstwie. Kiedy zaś planowano akcję AB – kolejną falę represji – Hans Frank wymienił trzy grupy, których powinny dotknąć prześladowania: inteligencję, kler katolicki i byłych oficerów. Zważywszy, w jakim stopniu katolicka była inteligencja i korpus oficerski Wojska Polskiego pod koniec lat trzydziestych, widać wyraźnie, że siłą, którą uznano za szczególnie niebezpieczną, był właśnie Kościół. Kapłani katoliccy trafiali do kacetów, ginęli w masowych egzekucjach i pacyfikacjach wsi, zamarzali w transportach na Wschód, byli masakrowani przez oprawców z Wołynia i Rusi i rozstrzeliwani podczas powstania warszawskiego.

Tak więc z perspektywy tragicznych losów Polski po roku 1939, należy uznać za niezbywalną wartość samo istnienie tamtego państwa polskiego, nawet ułomnego i formalnie laickiego, dającego jednak narodowi polskiemu formę egzystencji, a Kościołowi zapewniającego podstawowe warunki przetrwania. Zresztą Polakom niepotrzebna była ta wiedza post factum, nie znalazł się u nas żaden Charles Maurras, który – jak tamten cieszył się z klęski znienawidzonej republiki – świętowałby upadek sanacyjnego reżimu. Wręcz odwrotnie – może nawet najofiarniej bronili kraju przed wojskami III Rzeszy ci, którzy znosili rozmaite prześladowania z rąk rządzących w kraju po przewrocie majowym piłsudczyków?

Piotr Doerre
/Pch24.pl/

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »