Press "Enter" to skip to content

Chleb i słabości

Bardzo dobrze znana jest perykopa o rozmnożeniu chleba. To wydarzenie miało miejsce dwa razy, wspominają o nim zgodnie czterej Ewangeliści – musiało być więc czymś istotnym. Kiedy ostatnio pochylałam się nad tym tekstem, przyszła do mnie myśl, że można by spojrzeć na to bardziej alegorycznie szukając podpowiedzi do życia duchowego, w kwestii co czynić, jak sobie radzić ze słabościami.

Jakże bardzo bliscy są nam Apostołowie poprzez te same odruchy, którymi i my możemy się „pochwalić”. Tak licznie zgromadzony tłum był przez nich postrzegany, o późnej już porze dnia, jako swoistego rodzaju problem, kłopot. Więc co najlepiej uczynić? Rozesłać ich – to jest „przegonić” trudne kwestie, odciąć się od nich nie biorąc za nie odpowiedzialności – a jeszcze przykryć to płaszczykiem: to nie my, to Jezus powiedział, żebyście już sobie poszli. O, ludzka przewrotności! Kto może ciebie przeniknąć i nie zgubić się w twoim labiryncie! Tylko, że takie postępowanie z problemami niczego nie rozwiązuje – tym bardziej wobec trudnych spraw, z którymi musi zmierzyć się wewnętrzny człowiek. Trzeba zdobyć się na odwagę i stanąć im naprzeciw. Szukamy wymówek, że nie mamy sił, że to niepotrzebne, że to może poczekać… A zapominamy, że Jezus jest z nami w tej konfrontacji. I nawet jeżeli – może i ostro, zdecydowanie – nakazuje uczniom: wy dajcie im jeść, to zaraz potem dodaje: podajcie Mi waszą dobrą wolę, pragnienia, oddajcie Mi wasze trudy i cierpienia, to, co was przygniata… Jeżeli przyjmiemy, że chleb może być symbolem dobra – okazuje się, że jednak uczniowie coś tam znaleźli, nieprawdą było mówienie, że niczego nie mają – w każdym z nas jest potencjał dobra. W jednej z wersji (według św. Jana) to w tłumie znalazł się chłopiec z chlebami i rybami – nawet nie zdajemy sobie sprawy, że są osoby, które za nas się modlą, ofiarują swoje cierpienia i w ten sposób nas wspierają. Nie walczymy sami – a może nawet owi nieznajomi walczą o nas bardziej niż my sami o siebie. Oddać to wszystko Jezusowi – i wtedy okazuje się, że to, co nas przerastało i przerażało, przez Niego zostaje przemienione w dobro – i dla nas i dla innych. To z czym my się borykamy, różne doświadczenia, które napotykamy na życiowej drodze, może są nam podarowane ( i zadane) także po to, by mieć co dawać innym – i w wymiarze czynionych intencji, przyjmowania w duchu posłuszeństwa Bogu, ale także w wymiarze skarbu mądrości byśmy w przyszłości mogli wspierać innych radą, nie jak „ślepy ślepego”, ale z pokornej pozycji kogoś, kto już przez to wszystko przeszedł i na przykładzie swoim, także swoich błędów, może wspomagać innych. Tylko właśnie – z tymi problemami, wewnętrznymi zmaganiami nie możemy walczyć sami. Zawsze z Jezusem. Nie udawajmy siłaczy. Zaufajmy Dobremu Pasterzowi, który chce nas wziąć na swoje ramiona. Pozwólmy Mu na to.

Pan polecił rozlokować tłumy, zaprowadzić porządek. W życiu wewnętrznym jest on również bardzo istotny, potrzeba poukładania, odpowiednich hierarchii, zdyscyplinowania. Także jeśli chodzi o walkę z naszymi wadami – nie bierzmy się za wszystkie na raz, ale po kolei, po pewnym rozpoznaniu od czego zacząć, działajmy systematycznie krok po kroku.

Przychodzi mi na myśl jeszcze inna ewangeliczna uwaga – „Pan każdego dnia przychodził do świątyni i nauczał”. Św. Paweł wskazał, że to my jesteśmy Bożą świątynią. Odczytajmy to zdanie w tym kluczu. Jezus, z niepojętą dla nas ludzi, cierpliwością, każdego dnia przychodzi do nas, chce wejść do świątyni, naucza – czujemy sercem, że Jego słowo ma moc, że jest to słowo życia. Drga sumienie – podczas gdy Pan stara się rozpalać kolejne płomyki rozpraszające nasze wewnętrzne ciemności (w blasku swojego światła, staje w raz z nami w obliczu niepoukładanych spraw, które jeszcze zawadzają i nie pasują do Bożej świątyni). Pan przychodzi, prosi, pokazuje – to dopiero prawdziwy Nauczyciel, Wychowawca. Ale potem wychodzi, oddala się… Czyni to, by zostawić przestrzeń dla wolnej woli człowieka – zasiał ziarno Słowa, nieraz i wypędzał złe duchy, chciał uzdrawiać, teraz odsuwa się by zobaczyć, co człowiek z tym wszystkim zrobi. Oto pole dla naszej współpracy z Bogiem i dla naszych decyzji.

Wracając do cudu rozmnożenia chleba – imponująca jest liczba zebranych ułomków – pełne kosze resztek jedzenia. Łaska Boża jest zawsze większa od naszych wyobrażeń. Tylko pozwolić uczynić Jezusowi ten cud. Bez pytania kiedy i dociekania jak to się stało. Przyjdzie odpowiedni moment, dokona się i cud. Konfrontacja ze swoimi wadami i słabościami to praca na całe życia – choć najczęściej trudno nam zaakceptować to prawidło (oby ten bunt wobec niego wynikał z miłości do Boga wobec Którego chcemy stawać zawsze czyści, świadomi Jego majestatu, a nie z dążenia do samozadowolenia, spełnienia egoistycznych ambicji). Co by było gdyby uczniowie faktycznie „odesłali tłum”? Nie byłoby cudu, być może kolejne osoby nie uwierzyłyby w Jezusa; tyle dusz pozostałoby głodnych. Z jednej więc strony walczymy ze względu na swoje zbawienie, na wierności Chrystusowi i obranej drodze, a z drugiej strony powinniśmy mieć świadomość wspólnoty – jesteśmy zespołem naczyń połączonych, nawzajem za siebie odpowiedzialnych. To, że miały miejsce dwa cuda rozmnożenia, też możemy odczytać symbolicznie. To jest potwierdzenie tego, że praca nad sobą to nieustanne zajęcie. Przyjdzie raz Łaska, będzie podniesienie, ale potem znów upadniemy, wpuścimy do serca niepokój, złe myśli, nieczyste intencje, gdzieś trochę zboczymy z drogi… I wtedy ponownie – Jezu, przyjmij tą moją nędzę, Ty się z tym uporaj i zajmij się tym, co mnie przerasta; to, co może w moich oczach wydaje się beznadziejne i bezwartościowe, uczyń czymś pięknym; z mojego niepoukładania i zagubienia, wyprowadź dobro – objaw we mnie i przeze mnie swoją chwałę; sam z siebie mam zbyt mało, albo nic, by nakarmić innych, ale Ty mi podaj to, co chcesz bym im dał. Zauważmy także, że opis drugiego cudu rozpoczyna się inaczej. Tym razem to Jezus użalił się nad zebranym tłumem, On pierwszy wychodzi z inicjatywą by ich posilić – wszystko, co „drugi raz” jest inne od pierwszego. Im bardziej będziemy wpuszczali Jezusa do swego serca, pozwalali by nas przeniknął, tym bardziej zauważymy jak On w nas zaczyna myśleć, jak nasze myśli upodobniają się do Niego – ale pozostajemy ludźmi i zaraz po tym dobrym odruchu przychodzi grymas: ale Panie, czym nakarmimy te rzesze na pustkowi nie mając pieniędzy? Nie budujmy na środkach materialnych. Pan zawsze znajdzie sposób, nie opierajmy się na sobie i ludzkich układach.

Ale uwaga – oddanie swoich słabości, tego, z czym sobie nie radzimy Jezusowi nie oznacza, że one nagle znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Uczniowie podali Panu chleby i ryby, a On – po modlitwie uwielbienia, błogosławieństwa (czy dziękujemy za trudne doświadczenia?), po wzniesieniu oczu ku Ojcu (na ile, problemy krępują nas, nie pozwalają spojrzeć w niebo, zaciemniają naszą perspektywę patrzenia, skupiają na ziemi, na nas samych?) cóż czyni? Oddaje to ponownie uczniom i mówi: rozdajcie to teraz. To wraca, ale już zupełnie inne, przemienione, ubogacone nową wartością, mając nowe znaczenie. Ponownie uczniowie mają się z tym zmierzyć, ale już zupełnie inaczej. Już nie odsyłają nikogo, ale wychodzą naprzeciw umocnieni łaską Pana.

W Ewangelii będzie mowa o jeszcze jednym „łamaniu chleba” – Ofiara Ostatniej Wieczerzy. Niech to będzie zachęta do zjednoczenia z Panem w Eucharystii, by w Jego ofierze była i nasza ofiara. Przygotowując święte postacie eucharystyczne, kapłan do kielicha z winem dodaje kropelkę wody – Bóstwo i nasza człowiecza nędza – w tej kropelce jesteśmy cali my – zostają zmieszane, co też dokonało się już w Tajemnicy Wcielenia. Jezus bierze paschalny chleb, odmawia modlitwę i … łamie go. A nawet nie tyle łamie chleb, co siebie samego – to już jest Jego Ciało za nas wydane. Nikt Mu życia nie odbiera, nie wyszarpuje na siłę zmuszając do tej ofiary – On sam, w pełni dobrowolnie oddaje swoje życie dla naszego zbawienia. Czy jestem na to gotowy? Tak siebie dać… A nawet nie tyle siebie samego, co siebie w zjednoczeniu z Panem. Tylko w jedności z Jego ofiarą wszystko ma sens i wartość.

Przemień mnie w siebie bym jak Ty stał się chlebem. Pobłogosław mnie, połam, rozdaj łaknącym braciom…”

s. M.Teresa Pechman
od Jezusa Królującego w Boskiej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »