Press "Enter" to skip to content

Przymnóż nam wiary

Nie wiem, czy zdradziłam już Państwu mój sekret, że bardzo lubię porównywać różne tłumaczenia Pisma Świętego. Ostatnio w moje ręce „trafiło” wspaniałe wydanie tzw. Biblii Pierwszego Kościoła. Jest to tłumaczenie bezpośrednio z języka greckiego, z Septuaginty, tak jak Słowo Boże czytali pierwsi chrześcijanie, z najstarszych manuskryptów. Do tego dodajmy wersję wydaną nakładem wydawnictwa Edycji Św. Pawła i to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, czyli „Tysiąclatka”, a także zerknięcie na to, jak czytają Księgi Natchnione Francuzi. Z takiego „misz-masz” wyłoniło się kilka myśli, którymi pragnę podzielić się z Państwem w niniejszym felietonie.

Dobrze znana jest nam prośba uczniów, którą sami pewnie powtarzamy jako akt strzelisty: „Panie, przymnóż nam wiary”. Do takiego tłumaczenia jesteśmy przyzwyczajeni, ale pierwsi wyznawcy Chrystusa czytali inaczej. Modlili się słowami: „Dodaj nam wiary”. Przymnóż i dodaj. Czy pomiędzy tymi dwoma czasownikami jest jakaś różnica? Oba związane są z pomnożeniem liczby, ze zwiększeniem czegoś. Być może jest to niepotrzebne szukanie przysłowiowej dziury w całym, ale kołata mi taka oto myśl. Żeby coś „przymnożyć” trzeba by już coś mieć. Bierzemy to, co mamy i mnożymy przez jakąś liczbę – niemniej opieramy się na tym, co już mamy. Natomiast „dodaj” zawiera w sobie cząstkę: „daj”. Owszem, już coś posiadamy, ale teraz prosimy, by ktoś inny ze swojego źródła coś nam dał, dołożył niejako do tego, co już stanowi naszą bazę. Podobną rzecz możemy zaobserwować we francuskim tłumaczeniu, gdzie też dopuszczalne są dwa czasowniki na określenie owej prośby – biorąc do ręki słownik i czytając bardzo dosłownie pierwszy z nich tłumaczy się jako: „powiększać, zwiększać”, związany jest ze wzrostem, wzrastaniem (także matematycznie czy ekonomicznie); drugi to natomiast: „przyznawać, udzielać”. I jakie, z tego językowego zawirowania, możemy wyciągnąć wnioski dla nas?

Prośba o „przymnożenie” – z jednej strony –pozytywnie patrząc – jest to jakiś rodzaj zawierzenia, oddania tego, co mamy, by zostało pomnożone, w ogóle uznanie, że „coś” już jest i dostrzeżenie potrzeby, by „tego” było więcej (ale pewnie i by było mocniejsze, solidniejsze). Z drugiej jednak strony można tu doszukać się skupienia na sobie, próby budowania na swoim fundamencie. Jezus przywołując obraz „przeniesienia” morwy z korzeniami, niejako sprowadza uczniów na ziemie. Proszą o „przymnożenie”, ale On im jakby uświadamiania: „gdybyście mieli…”. Wyczuwamy tu delikatną uwagę Pana, by aż zanadto nie ufać sobie, nie ulegać złudzeniom, że np. skoro już idą za Panem, to już mają wiarę i wszystkie inne cnoty. Tytularna przynależność to jeszcze nie wszystko. Można tu chyba także odczytać w ogóle zachętę do „powiększania” wiary. Jest ona bowiem czymś niezwykle dynamicznym i nie może sprowadzać się jedynie do formułek czy katechizmowych paragrafów. Wiara jest jednak nade wszystko łaską i tylko Pan może sprawić jej wzrost.

Prośba o „dodanie” chyba bardziej wskazuje na Jezusa jako na Źródło. Stajemy przed Nim jakby z pustymi rękoma, uznając, że to co wydaje nam się, że mamy, że to jest za mało. Jest początek, teraz niech Pan kontynuuje swoje dzieło, nieustannie wydobywa z niebieskiego skarbca łaski i raczy nam ich dodawać. Nasza „cząstka” bez Jego udziału jest niczym. To „dodanie” może przywołać na myśl teologiczną prawdę, że łaska buduje na naturze. To jest to wznoszenie kolejnych pięter w gmachu świątyni duszy. „Udzielaj nam Panie wiary” – prawda, że ciekawie to brzmi? Intrygująco. Świadomość bycia nieustannie obdarowywanym. A pamiętajmy, że wszelka łaska jakiej nam Pan udziela jest Jego darmowym i niezasłużonym przez nas darem dla nas, przejawem Jego nieskończonego miłosierdzia i troski. Dlatego nieustannie musimy czerpać z tego Źródła. A Ono zawsze bije życiodajnym zdrojem żywej wody. A jak w tym kontekście odczytać uwagę Jezusa o „wyrwaniu z korzeniami morwy”? Jesteśmy łasuchami, raczej zbyt łakomymi. Ciągle pragniemy, chcemy mieć coraz więcej, gromadzimy dla samego gromadzenia. Tak i tutaj – prosimy Jezusa, żeby udzielił nam kolejnej porcji wiary, a jeszcze dobrze nie wykorzystaliśmy tej otrzymanej poprzednio. Gonimy za nowymi doznaniami, kolekcjonujemy „mistyczne uniesienia”, nadzwyczajne odczucia, chwytamy chciwie jak najwięcej. Tylko co z tego? Z życia codziennego dobrze wiemy, co dzieje się, kiedy staramy się wykonywać kilka czynności na raz. Zazwyczaj w pewnym momencie zaczyna wytwarzać się chaos i zamieszanie, powstaje napięcie, ulegamy zdenerwowaniu. I jaki koniec tego? Gdzieś pewnie rodzi się w nas niesmak, zniecierpliwienie, może i wyrzut, że można było coś uczynić lepiej gdyby poświęcić temu więcej czasu. Życie duchowe – jak uczą mistrzowie, od Ojców pustyni poczynając – nie lubi pośpiechu. To nie wyścigi, tor rajdowy. Choć św. Paweł mówi o „wzięciu udziału w zawodach” na pewno nie ma na myśli prześcigania się, ale raczej zdobywanie kolejnych etapów, ze świadomością jaka czeka na nas nagroda od Pana – można wziąć udział w „ziemskich”, „doczesnych” zawodach, których koniec jest tylko tutaj – a i tak człowiek tym co materialne nigdy nie będzie dostatecznie nasycony; ale można jak Apostoł Narodów wybrać inną „dyscyplinę” i poprzez prawe życie zgodne z nauką Chrystusa, we współpracy z Bożą Łaską, poprzez opieranie się pokusom i wybranie drogi błogosławieństwa, za cel postawić sobie zdobycie życia wiecznego, nagrodę niebieską, wieczną. Owszem, o własnych siłach nie wygramy, same nasze uczynki nie wysłużą nam nieba. To uczynił Chrystus w dziele Odkupienia, Zbawienia – ale mamy nieustannie mówić Bogu „tak” i jak dziecko dać się poprowadzić Ojcu.

Wracając do chciwości – doceńmy tą maleńką cząstkę, którą już posiadamy. Podziękujmy za nią – ale tak całkiem bezinteresownie. Jeśli Panu się spodoba, doda nam jeszcze, poprowadzi swoimi tajemniczymi drogami zjednoczenia i będziemy wielkimi „mistykami” (na marginesie – najpiękniejsza jest mistyka zwyczajnego, szarego dnia, gdzie pośród tego, co wydawałoby się „nieatrakcyjne” trwamy z Panem i odkrywamy Go przechodzącego – jak mówiła św. Teresa z Avila – „pomiędzy garnkami”, jak przypatruje się naszym posługom spełnianym z miłości ku Niemu). Ale nie chciejmy tego z ciekawości. Zostawmy Panu wolną wolę działania względem nas. Pielęgnujmy maleńkie ziarenko zaszczepione w nas na chrzcie świętym. Im więcej człowiek ma tym bardziej może czuć się obciążony. Tymczasem potrzeba lekkości, by podążać za Panem. Aby to „obdarowanie” nie było przyczyną pychy i wynoszenia się ponad innymi –albo by „obdarowanie” innych nie powodowało w nas uczucia zazdrości i niezdrowej rywalizacji. Zadbać o to, co już mamy i w tym odkryć potencjał, nad tym pracować, wykorzystywać to – a nie zakopać w ziemi, a potem oczekiwać od Pana pochwały, a może i dodania czegoś jeszcze.

Jedno jest pewne – bez pomocy Jezusa nie damy rady. I dotyczy to także wiary. Tajemnicą są chwile zwątpień, ogarniające dusze ciemności. Boże doświadczenie, próba – by potem być jeszcze bardziej umocnionym. To też jakieś Boże ryzyko – przecież osoba w wątpliwościach może podjąć różne decyzje. Ale Pan wie, zna nasze serca, dlatego też każdy ma swoją niepowtarzalną drogę życia wiary. Rzeczownik „życie” wskazuje nam, że i w wiarę wpisane są różne etapy, trzeba przejść jakieś okresy, gdzie na wszystko jest odpowiednia pora. Nieustanny dynamizm i błogosławiona „zależność” od Pana.

Żeby „oddać sprawiedliwość” zerknijmy jeszcze do tłumaczenia proponowanego nam przez Edycję św. Pawła. Zdaje mi się, że jest to wersja „pośrednia”. Tam uczniowie proszą: „Wzmocnij naszą wiarę, Panie”. Czyli wiedzą, że otrzymali dar wiary, nie łakną chciwie coraz więcej, ale to, co otrzymali, zawierzają Panu prosząc, by On zadbał, aby w tej wierze wytrwali, aby była ona silna i ugruntowana, a nie chwiejąca się pod wpływem różnych sytuacji, zmiennych okoliczności czy pokus. Warto zauważyć , że Apostołowie wypowiadają tę prośbę zaraz po słowach Mistrza o nieustannej gotowości do przebaczenia. Do tego aktu miłosierdzia niewątpliwie potrzeba nie raz ogromnej i mocnej wiary, aby wznieść się ponad to, co ludzkie. A przecież przebaczając wyraźnie przyczyniamy się do odnowienia w nas obrazu Bogu.

W Ewangelii znajdziemy jeszcze jeden zapis podobnej modlitwy. Tym razem jest to błaganie zrozpaczonego ojca, który w Ewangelii wg. św. Marka prosi o uzdrowienie syna. Wołał on: „Wierzę! Panie, przyjdź z pomocą moim brakom wiary” lub w tradycyjnym tłumaczeniu: „Wierzę! Zaradź memu niedowiarstwu”. W tym wyznaniu ukryty jest pewien paradoks, ale jest to zarazem prawda o nas samych. Wierzymy, chcemy wierzyć, praktykować wiarę i iść jej drogą, ale jednocześnie musimy przyznać się do naszych nie domagań i słabości. Jakże więc to wołanie jest prawdziwe i pokorne! Niech ono stanie się naszą codzienną modlitwą zawierzenia. Za rękę weź mnie Panie i prowadź sam… .

s. M.Teresa Pechman od Jezusa
Królującego w Boskiej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »