Press "Enter" to skip to content

„Weź mnie, Boże takim, jakim jestem”

Małgorzata Dziewięcka z Kołobrzegu od kilku tygodni przebywa, jako wolontariuszka, na misji w Kazachstanie, a dokładniej w Chromtau. W tym 25 tysięcznym mieście , zamieszkałym głównie przez muzułmanów jest zaledwie ponad 30 katolików. Pani Małgorzata uczy dzieci angielskiego, katechizuje, pomaga w parafii i oczywiście dzieli się swoim misyjnym doświadczeniem.

Małgorzata Dziewięcka zamieszkała w Kołobrzegu na stałe we wrześniu 2009 roku. – Wówczas wróciłam do Polski z myślą, że na stałe. Nadal związana jestem z Afryką, gdzie na wsi, nad rzeką Okavango posiadam swój dom z ogrodem, jako rezydent stały Botswany, lecz Kołobrzeg jest tym miejscem obecnie “skąd jestem”. –powiedziała nam pani Małgorzata. Na pytanie: dlaczego Kołobrzeg? – uśmiecha się i przyznaje: – Parafrazując tytuł książki o Kołobrzegu – “…a Kołobrzeg stał na drodze” mojej i dlatego. Mieszkam na Podczelu, gdzie duchy przedwojenne i powojenne są też jego mieszkańcami.

Małgorzata Dziewięcka należy do Stowarzyszenia Poetów i Innych Artystów, “Akcept” oraz kołobrzeskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku, w ramach którego należy do ulubionego Koła Historycznego przy Muzeum Oręża Polskiego,. – Od czasu do czasu jestem prelegentem w RCK, w Muzeum, w szkołach na tematy związane z mym życiem. Pochodzę z gór, z Dolnego Śląska, nadmorski Kołobrzeg i Pomorze Zachodnie zdają mi się nową przygodą, ziemią nową, a której język znam dobrze.

Obecnie Pani Małgorzata przebywa na misji. w Kazachstanie. Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć dzieło misyjne w Chromtau może to uczynić wpłacając datek na adres: Pallotyńska Fundacja Misyjna Salvatti.pl, Bank Pekao SA 44 1240 1095 1111 0010 3468 8020, tytułem: Darowizna WOLONTARIUSZ KAZACHSTAN

Otrzymaliśmy od Pani Małgorzaty opowiadanie opowiadające o jej spotkaniu z drugim człowiekiem na Czarnym Lądzie.

Ngwana

Pewnego dnia przyszedł do mego ogrodu skromnie ubrany stary człowiek.

Uśmiechnął się do mnie i spytał cicho:

– Czy mogę być twoim ogrodnikiem?

Był naprawdę stary, a ogród rozległy i bujny…

– Tak.

Patrzyły na mnie łagodne oczy. Widocznie patrzyłam nań takimi samymi, bo spytał:

– Czy mogę pracować co drugi dzień? Nie mam już tyle sił.

– Dobrze.

Grabił liście starannie, powoli, gdym ja plewiła klomby… Tak tu bywa.

Miał na imię Andreas. Pochodził jeszcze z tych wychodźców angolańskich, którzy w latach 1970-ch uciekli do Botswany z pożogi wojny domowej.

Mówił tylko w setswana, pamiętał portugalski. Jakoś rozumieliśmy się.

Zwierzył mi się jednego dnia, że ma Ngwana. Jedno jedyne. Ale Ngwana jest daleko.

Widziałam, jak posmutniał. I smutniał już każdego dnia. Bardziej i bardziej.

Tego ranka powiedział mi, że Ngwana wróciło. Jest w domu .

– To weź pomarańcze dla Ngwana – i podałam Andreasowi te słoneczne owoce.

I tak każdego dnia dawałam mu dla Ngwana coś drobnego wyobrażając sobie to małe dziecko jego. Bo Nwgana mówi się tu o małych ukochanych, rozpieszczanych dzieciach. Tych, co jeszcze te ukochanie odwzajemniają.

Po niedługim czasie Andreas wyznał, że Ngwana nie je pomarańczy, ani mandarynek, ani innych rzeczy. Ngwana o lwala[2]. Bardzo chore. Ngwana o lwala tata. [3]

Tknięta przeczuciem, spytałam: – Andreas, a ile lat ma Ngwana?

Ngwana miał 28 lat. Do niedawna był kierowcą w odległym Shakawe. Zachorował. Przywieziono Ngwana, bo bardzo chory. Nie może chodzić. Nie może jeść. Lwala tota.[4]

Tego ranka Andreas przyszedł ubrany nie jak do pracy.

– Mys Gosia, proszę cię, zawieź Ngwana do szpitala. Ngwana cierpi bardzo. –

Jedziemy do zagrody Andreasa.

Na podwórku czeka już brat Andreasa, równie stary jak on. Duże obejście, drzewo rozłożyste, dwie obszerne chaty gliniane i trzecia trzcinowa, jak dla kóz. Młoda kobieta pozdrawia mnie. Żona Andreasa. Nie tyle żona, co on jej pomaga żyć, bo jest sama z małym dzieckiem, a ona opiekuje się nim, objaśnia dokładniej nieco.

Ale gdzie Ngwana? Ngwana jest tam. Już idą po Ngwana.

Andreas z bratem znikają w koziej chatce. Po chwili wychodzą dźwigając w kocu, jakby na noszach, ciało.

Ngwana?!!! To Ngwana! Ngwana, Ngwana…. Zamieram.

Modimo, Modimo wa me.[5]

Kobieta pośpiesza z pomocą. Nwgana nie może siedzieć, boli , całe ciało boli. Nie usiądzie koło mnie, musi się położyć. Otwieram tył terenowego samochodu. Miejsca sporo. Układam matę. Kobieta biegnie po drugi koc. Żeby Nwgana miał troszkę miękko, bo droga strasznie piaszczysta, nierówna, a każdy wstrząs ogromnie bolesny dla wychudzonego ciała. Patrzę w milczeniu. Skóra rąk i twarzy pokryta gęsto krwawymi cętkami. Całkowicie zadrapana. Ileż umęczenia w tym ciele! Modimo.

A Nwgana uśmiecha się do mnie… Ledwo mogę nie rozpłakać się. Uśmiecham się też.

-Good Morning – pozdrawia. -Good Morning- odpowiadam.

Ładnie ubrany, nowocześnie, w dżinsy, jak każdy młody chłopak. Twarz taka śliczna, promienista od uśmiechu. I wysoki mężczyzna ten Ngwana!

O Modimo! Modimo![6]

Kobieta pomaga mu ułożyć się na kocu. Andreas siada przy nim i kładzie głowę Ngwana na swych kolanach. Podkładam poduszeczkę z mego fotela kierowcy. Ruszamy. Jedziemy powoli, by Nwgana nie bolała ta podróż. Puszczam weselną pieśń , „Vulindlela”.

You like Brenda Fassi?! – wołam.

Ee Mma, I do[7] odpowiada dźwięcznie.

Le nna[8]. Ja też… ja też

Wydostajemy się na asfalt. Zajeżdżamy na dziedziniec naszego małego szpitala. Otwieram tylne drzwi. Jest już gorąco. Rozglądam się za sanitariuszem. O! Jest. Duży, krzepki, akurat taki, jak trzeba nam.

– Mam chorego w samochodzie, nie może o własnych siłach iść. Pomóż nam.-

Młodzieniec zbliża się z wózkiem inwalidzkim do samochodu. Na widok Ngwany w cętkach i wychudzonego, przestrasza się. Odmawia pomocy:

– Nie będę go dotykał! Zróbcie to sami – oświadcza.

Nie wierzę temu, co słyszę!

– To są starzy ludzie, nie mają sił, by go wynieść z auta, a ja sama nie dam rady. Ty tu jesteś od tego, by pomagać!!!-

Wkłada białe rękawiczki chirurgiczne i przerażony wraz ze starymi braćmi, przenosi umęczonego Ngwana na wózek. A Ngwana uśmiecha się promiennie do mnie znowu i mówi: –Thank you. Sanitariusz szybko popycha wózek w stronę sali chorych z AIDS. Zostaję przy samochodzie. Jeszcze podbiegam do Ngwany:

– Czy chcesz, bym ci coś kupiła? Do picia? Palenia? –

Tak, chce. Chce zimną coca –colę. Idę do kiosku po drugiej stronie szpitala. Przynoszę dwie puszki zimnej jak lód coca-coli.

Andreas nadchodzi. Zanosi Ngwana picie. Wraca z bratem zadowolony. Ngwana leży w czystym miękkim łóżku, mówią mi po drodze, dziękuje za coca-colę.

Nazajutrz Andreas ubrany w marynarkę, w kapeluszu pojawia się w mym ogrodzie. Uśmiecha się smutnie.

– Mys Gosia. Nwgana o sule[9]. – Tej nocy Ngwana odszedł we śnie. Patrzymy sobie w oczy i trwamy przez chwile w ciszy. Cały świat milknie. Myślę na moment o Matce Teresie i o jej chwili miłości, w której umierający odchodzi nakarmiony okazaną mu serdeczną troską.

Pogrzeb jutro. – Czy pomożesz z samochodem?

Wiem, cmentarz daleko, i na wzgórzu. Droga bardzo piaszczysta. Przez las mopane. Znam już ten cmentarz. Nieść trumnę trudno. Mówi, bym przyjechała o szóstej rano.

Nazajutrz podjeżdżam pod zagrodę Andreasa. Jest szósta. Słońce już wstaje. Pali się małe ognisko. Dookoła siedzą żałobnicy. Przysiadam i ja. Podają mi kubek blaszany z herbatą. Wstaję po chwili i wchodzę do chaty, gdzie leży w trumnie Ngwana. Obchodzę w koło. Modlę się. Żegnam się z Ngwana. Tak tu jest.

Przy ognisku kobiety nucą cichutko: ” O ntse jaaka ke ntse”. Cichą prośbę do Boga: „Weź mnie, Boże takim, jakim jestem” . Mężczyźni wspominają Ngwana w krótkich przemowach.

O siódmej wyruszamy w drogę. Trumna wystaje z samochodu, Andreas z bratem siedzą przy niej, kobiety koło mnie. Jedziemy powoli. Za nami jeszcze jeden samochód pełen ludzi.

Na wzgórzu mężczyźni składają trumnę w grobie, usypują kopiec. Ustawiają płotek metalowy. My, kobiety patrzymy i nucimy cichutko żegnając: – O ntse jaaka ke ntse

Nałamałam w mym ogrodzie gałązek purpurowej bugenwilla. Wiem, że tu żywych kwiatów nie przynosi się, ale nie mogę nie przynieść. Wrzucam bukiet za Nwganą, zanim zakryje wszystko piach.

– Mo tseleng ko Modimo! – wołam, inaugurując nową tradycję: – Na drogę do Boga.

Małgorzata Dziewięcka
[1] Ngwana =Dziecko – w setswana

[2] Dziecko jest chore – w setswana

[3] Bardzo chore – w setswana

[4] Całkowicie chore – w setswana

[5] O Boże! Moj Boże! – setswana

[6] Boże! Boże! – setswana

[7] Tak, lubię – setswana, angielski

[8] I ja także – setswana

[9] Dziecko zmarło – w setswana

 

Cecylia Malgorzata Dziewięcka, urodzona w Ząbkowicach Sląskich; absolwentka LO i Szkoły Muzycznej w Kłodzku oraz geografii na Uniwersytecie Wrocławskim (Dr); w latach 1981-1983 organizator w Holandii pomocy dla parafii, szkół, szpitali oraz 2500 indywidualnych adresatów Dolnego Śląska; nauczycielka w Botswanie, Indiach, na Malediwach, Seszelach, Tonga, Rosji; misjonarka w Peru, Boliwii, Paraguaju, Jamajce;; w latach 1991 -1992 korespondentka Rozgłośni Polskiej RWE; członek Explorers Club; dziennikarka, pisarka, przewodnik sudecki i safari w Afryce, tłumacz polsko-angielsko-hiszpański, autorka artykułów w miesięczniku “Odra”, “Poznaj Świat”, Kultura” (paryska) oraz książek “Lato w Polsce. Dziennik 1992” i “The Life & Times of Ngamiland. The Story of Maun. Botswana”.
W 1993 roku TVP nakręciła film dokumentalny o jej życiu w Botswanie, pt.„Odnaleźć się nad Okavango”. W 2009, Olgierd Budrewicz w swej książce „Z Polską w sercu” poświęca jej jeden z rozdziałów. W 2013, jej postać opisana jest w serii „Niezwykli”, Adama Szmajderskiego.

 

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.