Press "Enter" to skip to content

Liturgia to nie sprawa kilku kwadransów (część pierwsza)

W klasztornej kuchni wisi uświęcony tradycją obraz Matki Bożej Karmicielki. Kiedy ostatnio mu się przyglądałam, przypomniał mi się wers z antyfony „Matko Odkupiciela” odmawianej akurat w czasie adwentowym i bożonarodzeniowym – „Tyś sama wykarmiła Twego Stworzyciela”. Może to myśli za daleko idące, ale skoro wszystko mamy od Pana jako Stworzyciela – to także to mleko, którym Maryja karmi Syna Bożego (i Pana swego jednocześnie), jest Bożym darem. Tylko z pozoru wydaje się, że Maryja daje Synowi coś od siebie. Najistotniejsze, co podarowała Mu w całkowitej wolności wyłącznie od siebie, było jej „Amen, niech się stanie” wypowiedziane w Nazarecie wobec Archanioła. Nie wiem czy słusznie, ale przychodzi mi na myśl liturgia. Staramy się o jej piękno i poprawność, jakbyśmy niejako chcieli „nakarmić” Pana Naszego. Usilnie staramy się dać Mu coś od siebie w formie sprawowanego kultu. Nie chodzi przecież o to, by „Judasza” przykryć najdroższymi szatami i ornamentami. Tu potrzeba pokory i nastawienia serca – pierwszej świątyni jaką Pan w nas założył. Maryja jest wzorem doskonałej pokory. Z prostotą i odpowiedzialnością wykonuje matczyne powinności. Niczego od siebie nie dodając, lecz całe serce wkładając w wypełnienie powierzonego Jej zadania. Przecież to takie naturalne – matka, która karmi dziecko. Tak samo naturalna jest potrzeba człowieka do oddawania czci należnej Bogu. To coś normalnego, że chcemy, by kult był jak najlepszy. Tylko czy Bogu zależy wyłącznie na formie? Z jednej strony, dziecko zaspokaja swój przyrodzony głód czerpiąc od matki pokarm, ale o wiele ważniejsze dla rozwoju jego człowieczeństwa jest zaspokojenie nadprzyrodzonego głodu miłości, potrzeby bliskości, ciepła i czułości. Dziecko można także przekarmić kiedy przedobrzy się w porcji jedzenia. Pan czeka nade wszystko na nasze serca. Nie chce teatru, chce prawdy.

Ostatnio otrzymałam wyjątkowy prezent – ksero z tłumaczeniem prefacji z Mszału z roku ok. 1050. To niesamowite, bo tej prefacji używa się do dzisiaj. Tym jednak, co mnie szczególnie poruszyło, było dosłowne tłumaczenie odpowiedzi ludu na kapłańskie wezwanie: „W górę serca” – „Mamy (je) ku Panu”. To coś zdaje się innego niż nasze: „wznosimy je do Pana”. To tak jakby tamci ludzie przychodząc na świętą liturgię wyznawali, że ich serca nieustannie są skierowane ku Bogu czy nawet są w Nim. To nie coś co tworzy się i trwa jedynie podczas eucharystycznej celebracji; lecz jakby zasygnalizowanie trwałej dyspozycji. Całe nasze życie jest – być powinno – liturgią, czyli chwałą oddawaną Panu. Na mocy sakramentu Chrztu świętego – jak powiada św. Paweł – nie należymy już do świata, choć do niego jesteśmy posłani i w nim funkcjonujemy (w ten sposób, świat staje się niejako ołtarzem, miejscem sprawowania naszej liturgii) – więc wszystko, co czynimy, mówimy, myślimy jest jakby poświęcone (nie mówiąc już o osobach szczególnie powołanych, namaszczonych i konsekrowanych). Liturgia to nie sprawa kilku kwadransów – to coś, co zapowiada nasze przyszłe życie. Nie jest to także nasza sprawa prywatna, choć odbywa się ona niewątpliwie na dwóch, równoległych, przestrzeniach – jedna, ta w cichości naszej izdebki, gdzie pozostajemy sam na sam z kochającym Ojcem; druga – ta czyniona w wymiarze wspólnotowym jednego królewskiego i kapłańskiego ludu Bogu poświęconego. Pięknie obrazuje to Eucharystia i Liturgia Godzin czyli brewiarz. Nawet jeżeli sprawowane są przez jedną tylko osobę, jest to modlitwa całego Kościoła i w tej jednej osobie, poprzez nią, modli się cały Kościół rozsiany na całym świecie. Dlatego mówi się, że ten, kto jest zobowiązany do odmawiania brewiarza, a zaniedbuje ten obowiązek okrada Kościół. Lecz – mało tego, nie tylko modli się ten Kościół doczesny, ale jest to punkt zjednoczenia ziemi i nieba czyli Kościoła triumfującego; czerpie z tej modlitwy także Kościół oczyszczający się. Widać więc wyraźnie, że liturgia nie jest miejscem na nasze „widzimisię”. Zbudowana na fundamencie Tradycji , w niej nieustannie musi być zakorzeniona. Ma swój sens tylko wtedy, gdy to Bóg jest nieustannie w jej centrum, a nie człowiek. Nie czynimy jej przecież dla zaspokojenia ludzkich potrzeb (oczywiście, Bóg także pragnie naszego pocieszenia, pokrzepienia – zaprasza nas mówiąc przecież, by przyszli do Niego wszyscy, który są utrudzeni i obciążeni. Liturgia jest spotkaniem dwóch serc – Bożego i człowieczego). Cześć oddawana Bogu najpiękniejsza jest wtedy, gdy jest bezinteresowna, z miłości i ze świadomości, że – może mówiąc zbyt kolokwialnie – ona się Bogu należy od nas, Jego stworzeń, jeszcze bardziej, należy się ona Ojcu od dzieci. Tak przecież uczynił Jezus. Bezinteresownie, świadom jak wiele ludzkich serc będzie Go odrzucać, nie zszedł z Krzyża, mimo kuszenia wypił kielich Ojcowskiej woli do końca ażeby nas zbawić. Oto wierność Obietnicy, Przymierzu do końca. A jak wyglądała pierwsze Eucharystia? Chrystus – Kapłan rozpoczął ją od aktu służby, stał się sługą wobec zebranych „w sali na górze” Apostołów. I takim pozostał rozdając siebie pod osłoną prostego chleba, ukryty w kroplach wina. Często można spotkać się z argumentacją, że dlatego kapłan stoi przodem do wiernych, aby nie zasłaniać sobą Pana. Ale może właśnie, paradoksalnie, stało się odwrotnie (postanowienia Soboru Watykańskiego II są niewątpliwie, same w sobie, objawieniem woli Bożej i dla nas zobowiązujące, wyznaczające nam aktualnie kierunek podążania ku Wiecznej Ojczyźnie, ale jak zauważa kard. Robert Sarah – to ludzie zbyt swobodnie zinterpretowali niektóre hasła, zachłyśnięci źle pojmowaną wolnością, odcinając się niejako od Tradycji, „a Duch Święty nigdy sobie nie zaprzecza i nie powoduje zamętu”). Czy teraz, stojąc twarzą w twarz z ludem, kapłan sam nie odwrócił spojrzenia od Boga i nie zasłonił Go sobą? Sobą – swoimi improwizacjami, skupianiem uwagi na sztuce oratorskiej, konwersując ze zgromadzonymi a pośpiesznie wypowiadając „formułki” wobec Boga? O czyjej obecności podczas Eucharystii pamiętamy najwięcej? O obecności ulubionego i popularnego kapłana; o obecności świetnie śpiewającej grupy muzycznej (bo nie tylko ksiądz narażony jest na pokusę przysłonięcia sobą Pana – żeby oddać sprawiedliwość i być bezstronnym – zapytajmy siebie samych, czy my komuś nie zasłaniamy Boga? Odwołując się jeszcze raz do nauczania wybitnego kard. Saraha: „Świeccy domagają się czasem jakiejś funkcji podczas Mszy św. żeby czuć się aktywnie zaangażowanymi odbiorcami. Zastanówmy się przez chwilę nad naturą aktywnego udziału Maryi i św. Jana na Golgocie. Byli tam obecni, milcząc pozwalali, by przenikała ich i kształtowała tajemnica Krzyża. Czy i ja z kolei nie powinienem przejąć się tym, w jaki sposób umieram razem z Jezusem na każdej Eucharystii?”), o obecności zaszczytnych gości czy w końcu o Najważniejszym Obecnym, a często tak „Zapomnianym”? Gdzie jest nasze serce? Żeby całe życie mogło być autentyczną liturgią musi ono czerpać z Liturgii. Jest Ona nam podarowana i zadana. Pięknym wzorem jest także św. Józef. Wie doskonale, że Dzieciątko, które trzyma na rękach „nie jest jego”, choć jest pod jego opieką – pozostaje posłuszny poleceniom Anioła, który dokładnie mu mówi, co ma czynić, jak ma wobec Niego postępować, a także wobec Matki. Ojcowie Kościoła od początku w tekstach maryjnych widzieli także Kościół – on jak Matka uczy nas jak celebrować liturgię, daje konkretne wskazania i wytyczne (jest to jakby parafraza słów św. Pawła: „gdy nie umiecie się modlić, gdy nie wiecie jak macie się modlić, Duch Święty przychodzi wam z pomocą”).

Spójrzmy jeszcze raz na obraz Matki Karmicielki. Co za pokora Bożego Syna przyjmującego pokarm od ziemskiej Matki, od swego stworzenia! W tej alegorii zobaczmy najpierw Pana, który w cichości przyjmuje to, co my Mu „łaskawie” zechcemy podarować. Z jednej strony, na pewno rozumie naszą nieudolność, słabości, On najlepiej wie o naszych niedoskonałościach. Wspaniale, choć może nieco kontrowersyjnie ujął to św. Augustyn, że nawet wtedy gdy chrzciłby Judasz – jako apostoł Pana – chrzciłby sam Chrystus mocą owego sakramentu, bez względu na marność sługi. Pan na pewno z wdzięcznością i wzruszeniem (czy nie wzruszyło Go westchnienie dobrego łotra?) przyjmuje najmniejsze poruszenia naszego serca skierowane ku Niemu. Dlatego czymś tak wyjątkowym i niezwykle ważnym jest modlitwa aktami w ciągu dnia. One jak strzały trafiają w Boskie Serce, dla nas zaś są niczym promienie rozświetlające szare czynności, monotonię często tych samych obowiązków. Są jak spojrzenie, które miłująca osoba kieruje ku swemu Oblubieńcowi. Jak na spacerze – idą razem, by jednak nie potknąć się, nie mogą nieustannie wpatrywać się tylko w siebie, ale cóż się dzieje, kiedy ich spojrzenia co jakiś czas spotykają się! Największe śniegi topnieją, pierzchają chmury, mroki ustępują. A często jest to tylko ułamek sekundy. Oby tych „sekund” było jak najwięcej! Zauważmy jeszcze, że w pozostałej przestrzeni czasu, ich spojrzenia „idą razem” – patrzą w jednym kierunku. Z drugiej jednak strony, Pan cierpi niewątpliwie, kiedy zamiast tego, co „najlepsze” (całkowite) ofiarujemy Mu niejako „odpadki” i jeszcze nazywamy to wielkimi darami. Zaiste, przedziwna jest ta nasza hojność! Papież Franciszek powiedział 14.10.2018 roku podczas Mszy św. kanonizacyjnej papieża Pawła VI – „ Jezus jest radykalny, daje wszystko i wymaga wszystkiego. Także dzisiaj daje się nam jako Chleb żywy. Czy możemy Mu dać w zamian okruchy? Jezus nie zadowala się jakimś procentem miłości. Wszystko albo nic…”

Życzę Państwu, by Wasze serca nieustannie płonęły szczerą miłością do Liturgii, by w niej nieustannie spotykać się z Bogiem i pozwalać, by przez pola życia wiał piękny „duch liturgii”.

s.Teresa Pechman od Jezusa
Królującego w Boskiej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.