Press "Enter" to skip to content

Nie przyzwyczajmy się do niedzieli bez Mszy

W ostatnią niedzielę byłem na Mszy świętej.  I co w tym ciekawego? – powie konsument codziennych wiadomości od prawa do lewa. No, faktycznie – nie byłem tam z transparentem promującym kapłaństwo kobiet; nie byłem tam również na spotkaniu ekumenicznym zorganizowanym z imamem z Kabulu czy też uzdrowicielem, co nakłada ręce.  Byłem, jakże prozaicznie, aby dopełnić swój obowiązek uświęcenia dnia świętego, czyli wziąć udział w bezkrwawej ofierze Jezusa Chrystusa, no i aby przystąpić do Komunii świętej. Byłbym zapomniał – przed nabożeństwem mogłem się wyspowiadać.

Wygląda na to, że od trzeciej niedzieli Wielkiego Postu Anno Domini 2020 fakt udziału we Mszy świętej zaczyna być wydarzeniem spektakularnym. Może jeszcze nie wszyscy to dostrzegli, a na pewno nie ci lepiący piaskowe babki wiadomości od lewa do prawa. Może za tydzień, a może dopiero w czas Triduum Paschalnego prawda ta dotrze do nieco większej ilości ludzi, niż liczba katolików praktykujących i jednocześnie wierzących. Ta grupa – swoją drogą – wciąż jest nieuwzględniana w statystykach.  A może Boża Opatrzność nie podda nas takiej weryfikacji w ten najważniejszy dla chrześcijanina czas roku liturgicznego – czas Męki i Zmartwychwstania Pańskiego.

Dzisiaj jednak wygląda to kiepsko, wygląda źle.  Do pustoszejących kościołów już zaczęliśmy się niestety przyzwyczajać, ale kościoły zamknięte przed wiernymi to coś nowego. I nie zamknął ich okupant czy antyklerykalny rewolucjonista. A przy tym najbardziej bolesne jest to, że wśród następców  apostołów są i tacy, którzy abdykują z tego, do czego zostali powołani. Rezygnują z misji, którą powierzył im założyciel Kościoła świętego, sam Jezus Chrystus i odsyłają nas do… internetu. A misja jest oczywista ­- być z wiernymi na dobre i złe, a tym samym dawać im siłę poprzez Mszę świętą i sakramenty, siłę prowadzącą do zbawienie. Tak robili ich  poprzednicy przez wszystkie dwadzieścia wieków naszej ery, począwszy od Wielkiego Czwartku w Wieczerniku. I w czas kamienowania w Palestynie; i w czas płonących pochodni Nerona;  i w czas jednej, drugiej czy entej zarazy pustoszącej Europę; i w czas islamskich podbojów; i w czas innowierczych pogromów; i w czas najazdów tatarskich i tureckich; i w czas francuskiego ludobójstwa Wandei; i w czas masońskich rewolucji – od Rosji przez Hiszpanię po Meksyk; i w czas wojen, łagrów i koncentracyjnych obozów; i w czas komunistycznej wojny z Kościołem…  

Na Mszę św. jechałem kilkadziesiąt kilometrów. A więc nie wszędzie drzwi są zamknięte, dziękować Bogu. Nie skorzystałem z alibi dyspensy. Czułbym się z tym jak zdrajca. Że to nierozsądne – ktoś powie. Nierozsądnym byłoby przedkładać ciało nad ducha. Wiara bez rozumu to trochę takie sentymentalne emocje, a te łatwo zastąpić innymi emocjami, co dowodnie pokazują statystyczne rzesze praktykujących ale niewierzących. Rozsądek mówi, że priorytetem jest zbawienie, a ono na tym łez padole potrzebuje kapłana i świętych sakramentów.

Jeżeli finalnym ukoronowaniem stanu wyjątkowego, który nam zadała Opatrzność będzie uświadomienie sobie, że w domu z rodziną może być całkiem fajnie – to pięknie. Jeżeli dotrze do rodziców, że ich dziecko może zdobywać wiedzę niekoniecznie chodząc do szkoły, to może być początek czegoś dobrego. Jeżeli zrozumiemy, że to od nas zależy los naszej rodziny i Ojczyzny, a nie od tego, co przywiozą do sklepu czy powiedzą w mediach, to może tak zacznie się kontrrewolucja.  Ale jeżeli przyzwyczaimy się do niedzieli bez Mszy św. „na żywo”, to skutecznie odeślemy naszą cywilizację na śmietnik historii, a sobie zgotujemy los tych, którzy „płaczą i zgrzytają zębami”. 

Tomasz A. Żak
 /Pch24.pl/

Inne artykuły GłównaWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.