Press "Enter" to skip to content

Schylała się a nie kłaniała

Wsiadła do autobusu na pętli. Bardzo młoda, jeszcze dziewczyna. Wyglądała na zadziorę. Za rękę trzymała dwuletnią dziewczynkę, w wózku siedział może siedmiomiesięczny chłopczyk. Marudził. Dziewczyna strofowała dzieci, trochę brakowało jej takiej matczynej nadtroski, która każe kobiecie bezpiecznie posadzić dwulatkę, zablokować ją sobą podczas jazdy. Nie miała też takiego sprytu matczynego, którym wciąga się dziecko w jakąś wymyśloną na szybko aktywność, żeby się nie nudziło. Nie miała na podorędziu zagadek, bajek, pytań, chusteczki z której zrobi łóżeczko dla lalek albo samolocik. Pasażerowie a zwłaszcza panie, te starsze osądzali dziewczynę spojrzeniami. Zauważyła to i zaczęła strofować dzieci, żeby grzecznie siedziały, nie przeszkadzały, poczekały na wszystko aż dojadą do domu. Pouczała jakby chciała udowodnić, że wie na czym polega jej rola, jakby cały czas swojego macierzyństwa ciągle zdawała egzamin na odpowiedzialną matkę. W szkole z której pewnie musiała zrezygnować, rozczarowanym rodzicom, przed koleżankami, sąsiadami i przede wszystkim przypadkowo spotykanymi na ulicy ludźmi, którzy widząc ją z dwójka malutkich dzieci – każdym spojrzeniem oceniali ją… Była najeżona. Nie uśmiechała się do innych. Unikała spojrzeń. Wysiadała tam gdzie ja. Autobus miał schodek. Zajęła się ściąganiem na chodnik wózka a córeczka stała niepoinformowana co ma robić… “Cześć śliczna dziewczynko, choć pomogę ci wysiąść, daj rękę” – powiedziałam. I ta nieśmiała dziewczynka wyciągnęła do mnie ręce i roześmiała się kiedy tak szybko z nią zeskoczyłam. „Dziękujemy” – powiedziała dziewczyna twardo. I poszły. Deszcz trochę kropił, było już ciemno. Weszłam do cukierni. Kupiłam swoje ulubione ciastko. Przy skrzyżowaniu zobaczyłam je znowu. Dziewczyna spieszyła się, ale mała ledwo dawała radę i spowalniała powrót do domu. Nasze drogi się zrównały. “Cześć mała – zagadałam do dziewczynki– znowu idziemy w tą samą stronę”. Dziewczyna spojrzała na mnie badawczo.”Może mogę pomóc? Pani też w tą samą stronę, prawda?” Dziewczyna od razu zaprotestowała, że sobie poradzą. Okazało się, że ma do potuptania z małą dobry kilometr. Chodnik wąski, ona z wózkiem, samochody jak oszalałe, mała ledwo daje radę… Zaproponowałam, że wezmę córeczkę na barana, nie zmęczy się i za kapliczką pójdzie samodzielnie wypoczęta. Malutka wyciągnęła do mnie ręce. Powiedziałam do mamy “pani jest bardzo dzielna, super pani sobie radzi z takimi maluchami, córeczka taka odważna, naprawdę jest pani bardzo zaradna. Obserwowałam was w autobusie z podziwem”. Dziewczyna spojrzała na mnie jakby pierwszy raz usłyszała, że ktoś ją podziwia i … pękła. Szłyśmy razem, ja z dzieckiem na ramionach, ona pchała wózek, Uśmiechała się. Opowiadała. Na początku powtarzała czyjeś wciskane w nią frazesy, że to nawet lepiej, że między dziećmi jest minimalna różnica wieku, bo razem je odchowa i będzie spokój, że się pomęczy teraz ale potem już z głowy i inne takie, którymi próbowało siebie i ją pocieszać jej otoczenie. A potem sama z siebie opowiadała o dzieciach, że fajnie śpią, ładnie jedzą. Zapytałam, czy ma choć chwilę dla siebie. Znowu popatrzyła na mnie zdziwiona, bo niby jak ona, ta co przyniosła rodzinie wstyd i zmarnowała sobie młodość miałaby prawo do wypoczynku czy czasu dla siebie?… Mówiłam jej, że też mam dzieci z niedużą różnica wieku i wiem jak trudno ogarnąć taką dwójkę i że jest mega dzielna i zaradna. Dziewczyna prostowała się i szła weselszym krokiem. Chyba pierwszy raz spotkała kogoś, kto zachwycił się jej sytuacją, jej dzielnością, nią, dziećmi. Nie zapytał o szkołę, nie polamentował nad straconą młodością, nie sprawdzał czy mała ma porządnie zawiązana czapkę a synek podłożony pod głowę jasiek. Pogadałyśmy jak matka z matką i rozstałyśmy się przy kapliczce. . “Wszystkiego dobrego” -powiedziałam jej tym pożegnaniem starszych ludzi. “Nawzajem” – odpowiedziała poważnie. I poszły. Z daleka jeszcze słyszałam jak sobie wesoło gadały. Ludzie spotykali na swojej drodze małolatę, która pewnie wpadła a potem na dobicie sytuacji kolejny raz wpadła natychmiast po porodzie. A ja spotkałam młodą, dzielną dziewczynę, która ogarnie sobie wszystko i dzieci i kiedyś szkołę – tak jak dzisiaj ogarniała i tą folię na wózku, i szczelnie zawiązaną czapkę córeczki i bez jęczenia po coś ważnego pojechała sama z dziećmi do miasta pokonując w obie strony ludzkie spojrzenia i trudną drogę. I wiele innych dróg po których szła sama pokonując strach przed konsekwencją dwóch kresek na teście ciążowym kupionym za kieszonkowe, niewiarę w siebie i żal za ofiarowaną dzieciom młodością, brak doświadczenia własnego i tego, którym mogliby się z nią podzielić najbliżsi. Ci którzy codziennie zabierali jej prawo do bycia dumną mamą, ci przed którymi wstydziła się cieszyć dziećmi. Da radę. Już dała.

Barbara Konarska

 

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »
Mission News Theme by Compete Themes.
error: Treści chronione prawem autorskim. Kopiowanie zabronione.