Press "Enter" to skip to content

Mój kościół

Zostałam sama z tym, co rosło i z tym, czemu urosnąć nie dałam świadomej szansy. Wklejona w regularne kościelne relacje, w wyniesione z domu, wypracowane odpowiedzialnością za wychowanie dzieci, czy niesione emocjami i empatią czyny – jakoś sobie to moje chrześcijaństwo niosłam w przekonaniu jego całkiem przyzwoitej kondycji.
A teraz odarta z Eucharystii w kościele, z komunii, ze znaku pokoju, homilii, z ludzi z którymi mogłam poczytać i przemielić biblijne wersety – poczułam to jaki jest ten mój kościół. Ten, który niosę sama. Kościół, który muszę zbudować w domu, z rodziną, w sercu. Oparty na duszy. Mojej.
Co stanowi jego obrys, ściany? Co jest ołtarzem? Jaki dzwon zawoła mnie do ugięcia kolan i pochylenia głowy. Co sprawi, że mimo gwaru, nerwów, strachu i bałaganu – w domu zabłyśnie sacrum?
Poczułam się nieprzygotowana i samotna. Bo wiedziałam, że teraz właśnie pokazuje się sens mojego bycia w kościele przez te lata, że teraz owocuje słowo, homilie, modlitwy. Teraz pracuje moja wiara.
Serce wali. Dezorientacja. Strach. Nie zdam tego egzaminu. Nie syci mnie Msza przed telewizorem mimo, że zamykam oczy i na siłę wsłuchuję się w czytania. W spowiedzi “w duchu” nigdy nie dochodzę do żadnego sedna, rozliczenia, wszystko się rozmywa. Czym rozpocząć rozmowę z Bogiem, o co się Nim spierać, skoro nie obudziły się żadne pytania, które wcześniej uruchamiały świadectwa innych ludzi albo moje, przynoszone z żyjącego poza domem świata?
Zawaliłam. Nie sprawdziłam się.
I wtedy przychodzi Jaś, żeby się przytulić. Ten Jaś, o którym sobie często myślę, że on nie ma żadnej świadomości Boga. Jaś obejmuje mnie, wyciska całusy, patrzy w oczy rozradowany tym, że jestem. Bierze mnie za rękę i wyciąga do pokoju brata. Pokazuje klawiaturę na biurku Maurycego. Maurycy nie chce mu jej dać. Proszę, negocjuję i w efekcie Jaś radosny, podskakując i śmiejąc się biegnie do swojego komputera z pożyczoną mu przez brata klawiaturą. Jaś ma jakieś przekonanie, że ja mogę wszystko. Kiedy ma problem, trudność – po prostu idzie do mnie. Jaś niczego się nie boi, niczego złego nie spodziewa. Nie myśli o wojnie, przemijaniu, koronawirusie. Każdy dzień dla Jasia jest czasem do fajnego spędzania z mamą. Mama jest przepustką do pokoju i przedmiotów rodzeństwa, do fajnych akrobacji na trampolinie, do przytulania, przy mamie Jaś czuje sie bezwzględnie kochany.
Patrzę na to moje dziecko, na tą jego ufność, beztroskę. Na wiarę…
Uświadamiam sobie, że to jest przecież dokładnie to czego brak, niedosyt ja odczuwam…
I wzruszenie mnie dopada przewielkie tą świadomością, tą radością z tego, że moje dziecko, to najsłabsze, najmniejsze – jest szczęśliwe, że czuje się bezpieczne, że jest wolne od każdego strachu!
I tu właśnie jest mój kościół. I będzie wszędzie gdzie jest Bóg. W Jego miłości. W Jego nieopuszczaniu mnie. Nie w mojej gorliwości czy jej braku.
Kolejny raz Bóg mi pokazał, że to nie ja miałam zdać jakiś egzamin, ale to On znowu powiedział mi “sprawdź mnie”.
Pokazał, że zawsze jest ze mną. Że mój kościół nie może być oparty na mnie. Ale na Nim. To On jest moim kościołem. A moje życie jest tą świątynią, która niezależnie od tego jak bardzo będzie polowa, prowizoryczna – zawsze będzie pełna Jego miłości do mnie, Jego troski, zawsze godna tego, aby działy się w niej cuda.
Na przykład cudu pokrzepienia. Na przykład cudu nie lękania się swojej słabości. Na przykład cudu obdarowania wiarą, spełnieniem, radością niepełnosprawnego chłopca.
Widzę. Znaczy, że mój kościół jest żywy. I zaczyna mi być w nim dobrze, bezpiecznie. Zaczynam głębiej oddychać. Czuję sacrum

Barbara Konarska

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »