Press "Enter" to skip to content

Nie bać się kochać

Wśród licznie otrzymanych kartek z życzeniami z okazji złożonej minionego roku Profesji wieczystej, otrzymałam jedną ze szczególnym wpisem – pamięć o nim towarzyszy mi mimo upływu czasu. To krótkie zdanie – jedyne zanotowane przez Ofiarodawczynię na pięknej, ukwieconej kartce – „kochaj głębiej” – wcale nie jest prostą, ani jak sądzę, przypadkowym zlepkiem dwóch słów. „Kochaj głębiej”. To wyrażenie przypomina mi o pewnej rozmowie, która miała miejsce około dziesięć lat temu. Wówczas otrzymałam od „bożego” zakonnika niezwykle cenną wskazówkę, której sens był mniej więcej taki – nie mamy stać na brzegu i kontemplować koloru oceanu (przeżycia, uczucia, emocje etc.) i jego szerokości; samo mówienie o tym niczego nie daje, trzeba zrobić krok do przodu, trzeba się zanurzyć, wejść głębiej, a potem zaczerpnąć choćby kropelkę i dobrze ją zamknąć, by towarzyszyła nam przez całe życie, by przypominała i była punktem odniesienia, odnowienia – zachować ją dla siebie jako wielki dar od Pana. Właśnie – nie adoracja zewnętrznych wymiarów, ale głębia. „Kochaj głębiej”. Dużo mówimy o miłości, znamy to słowo w wielu językach, w których nieraz oprócz tego nic innego nie potrafimy wyrazić. Stworzeni z miłości i do miłości; by kochać i być kochanym. Ale nieraz bywa, że jest to właśnie taka tylko „szeroka” miłość, pewnie i pełna uniesienia, nieraz chwaląca się tymi doznaniami, ale jakże bardzo wówczas narażona na ulotność pod wpływem wiatru cierpienia lub podmuchu innych doznań. Wiele myślałam, co może oznaczać „kochać głębiej”. I zdaje się, że odpowiedź znajduje się w Jezusie i w Jego historii. Zawieszony na drzewie Krzyża, cierpiący do ostatniej chwili jako Miłość odrzucona i wzgardzona, swoim spojrzeniem, jakże wymownym, zdaje się, w swojej niepojętej dla nas pokorze, niemalże prosić: „nie bój się, nie bójcie się kochać”. Z doświadczenia wiemy, ile nieraz miłość – rozumiana także jako czynienie dobra, miłosierdzie, przebaczenie, jako zaangażowanie w relacje – niesie rozczarowania, bólu i ran. I Jezus wie to jeszcze lepiej, a jednak kieruje do nas zachętę – do mnie i do każdego z nas osobno, i do nas, jako społeczności Jego uczniów, przybranych dzieci Jego Ojca odkupionych Synowską Krwią – by „nie bać się kochać”. Kochać pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu. „Na nic nie licząc, w przekonaniu, że spełnia się Twoją wolę” – jak zapisał w swojej modlitwie św. Ignacy z Loyoli. Miłowanie jako akt wypełniania woli Bożej – ale nie jako suchy formalizm zimnego i bezdusznego, rutynowego i mechanicznego posłuszeństwa. Miłowanie z miłowania. To owa radość doskonała, której obraz nakreślił przed nami św. Franciszek z Asyżu – choćby cię wyrzucano, przepędzano i zelżono obelgami i razami, zachować wewnętrzną radość, nie poddać się i uwielbiać w tym Stwórcę. Miłość jako uwielbienie po stokroć większe niż tysiące wyśpiewanych i wyskakanych słów i rytmów. Miłość jako rytm życia – nie różowe okulary i podwyższony poziom cukru, ale realne bycie i oddziaływanie. „Kochać głębiej” to także weryfikacja intencji i motywacji , nieustanny przegląd serca, myśli, codzienny rachunek sumienia.

Mi, co prawda, nigdy nie udało się nauczyć pływać, ale zapewne Państwo mają w tym temacie większe doświadczenie. Bo to kochanie jest właśnie jak pływanie. Czy nawet więcej – nurkowanie. Kochać głębiej to przecież zanurzyć się, zniknąć w bezmiernym oceanie Bożej miłości jako jedna kropelka – jak mawiała św. s. Faustyna. Zanurzamy się stopniowo, etapami. Najpierw nasze stopy, by już nie chodziły swoimi drogami, potem ciało, ręce, by wypełniało Bożą wolę, nasze serce i umysł, by całe należały do Pana, żyły Jego myślami, biły w Jego rytm, czyste, wierne i ufne. Zanurzenie zakłada także oczyszczenie. Woda obmywa nas, usuwa brud. To miejsce nowych narodzin. Ale najważniejsze – „kochać głębiej” to zniknąć „w” – w Umiłowanym. Tu już nie chodzi o nas i to nie nas chcemy eksponować. Wtedy miłość staje się stanem a nie tylko wypowiedzią. Słowa także zanikają. Miłość staje się wszystkim i jakże czymś naturalnym zarazem – jak powietrze, którym codziennie oddychamy, a przecież nie widzimy go, nawet pewnie o tym nie myślimy. Najważniejszy staje się Ten, Kogo miłujemy – kto pozwala się aż tak kochać. To zanurzenie bowiem niewątpliwie jest wielką łaską – ale to nie oznacza, że nie jest niemożliwe. Jest możliwe i zaplanowane, chciane przez Pana. Choć zapewne dla każdego może On wyznaczyć inną miarę głębokości. „Kochać szeroko”, to ciągłe chodzenie po powierzchni, to jednak ryzyko autoadoracji, ciągłego spoglądania na siebie. To ciągle „my” jesteśmy widoczni. Może to nie będzie klasyczna interpretacja, ale nasuwa mi się obraz Piotra chodzącego, czy raczej próbującego chodzić po wodzie. Przestraszył się owej głębi, tego, że może się w niej pogrążyć – popatrzył na tę sytuację po ludzku, dostrzegł tylko niebezpieczeństwo utonięcia. Gdy chodził po powierzchni – niby zmierzał do Pana (który go zresztą do tego zachęcił w pewien sposób i czekał na niego – to tylko jeszcze raz pokazuje jak etapowo Bóg nas prowadzi – jesteśmy jak małe dzieci, które najpierw muszę zacząć naukę, przygodę, od najmniejszego kroku – nie ma od razu zanurzenia w głębię), ale to on był widoczny, uczniowie pozostali w łodzi mogli podziwiać jego męstwo, gorliwość, mogli być zachwyceni albo pewnie także zazdrośni etc. Dlaczego boimy się owego zanurzenia? Znów nieco mniej klasycznie – przecież Jezus powiedział – wypłyń na głębię. To ona jest naszym powołaniem. Pewnie niektórzy pomyślą, że to nie dla nich. Wręcz przeciwnie. Dla każdego. By sparafrazować frazę z wiersza Karola Wojtyły – to wszystko zaczyna się „tuż za progiem” – i nie da się tego ominąć (choć zawsze zapewne będzie jak pierwszoklasistą, który dopiero przekroczył szkolne progi i potrzebuje nauczyciela, który wskaże mu miejsce, podpowie, będzie nieustannie wspomagać), przejść obojętnie wobec tego powołania. Można je ignorować, zaniedbać w sobie to Boże natchnienie, ale zawsze będzie człowiekowi towarzyszyło – tak myślę – to Jezusowe spojrzenie. „Miłość Chrystusa przynagla nas” – z jednej strony – nasza wewnętrzna miłość do Niego, która determinuje wszelkie działania i niejako wprawa nas w ruch – ale można to też odczytać jako miłość Chrystusa do nas, która przynagla nas do odpowiedzi. To zadziwiające – język poucza nas o tym niesamowitym zespoleniu miłości, o łasce miłowania jakiej Bóg nam udziela sam będąc najdoskonalszą i najpełniejszą Miłością. To jest to zniknięcie, kiedy już właśnie nie są dwoje, ale jedno. „Nie bój się kochać”. Karol Wojtyła napisał w tym samym cyklu wierszy pt. „Pieśń o Bogu ukrytym”, że uwielbia tę miłość „gdziekolwiek, by ona przebywała”. To nie tylko Krzyż i Kalwaria – to także radość Taboru, codzienność wędrówki przez ziemię, proza dnia – ubóstwo Betlejem, tułaczka wygnania, cichość i zwyczajność Nazaretu, trud pracy w józefowym warsztacie, głoszenie Słowa, pełnienie posługi etc. „Nie bój się kochać” . Karol Wojtyła wyzna, rozpoczynając wspomniany wyżej wiersz, że ta miłość „wszystko wyjaśniła” – ta miłość, która pokonała strach; ta miłość, która przebiła się przez człowiecze uwikłanie matematyczne, kalkulacje, by po prostu – aż – być. Zanurzać się to kochać każdego dnia „bardziej” – więcej i więcej – i nigdy nie dojdziemy do wyczerpania – zawsze będzie miejsce na jeszcze jeden krok. Módlmy się abyśmy potrafili ruszyć z tego brzegu i pozwolić się ogarnąć falom Bożej głębi. Niech Miłość wciąż nam wszystko wyjaśnia i porywa… I dziękujmy Bogu za Osoby, które stawia na naszej drodze życia i poprzez które „prezentuje” nam tak cenne wskazówki.

s. Teresa Pechman od Jezusa Królującego
w Boskiej Eucharystii (OCPA)

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »