Press "Enter" to skip to content

Rewolucja, która zdradzi własne dzieci

Słyszę i czytam, że młodzież walczy przeciw strasznemu reżimowi, który żyć im nie daje.

Do liceum w Poznaniu poszedłem w roku 1992. Ówczesna czwarta klasa zaczynała szkołę w 1988. Był w nich jakiś syndrom twierdzy oblężonej, jakiś jakby już spóźniony – tak to wtedy czułem – antykomunizm. I nie chodziło nawet o to, że grali wciąż Kaczmarskiego na gitarach, jakby “Nothing Else Matters” Metaliki nie było, ale że część z nich żyła mocną do komuny niechęcią, jakimiś wspominkami z chwalebnego roku 1988, choć sami wtedy byli dzieciakami.

Dla nas, cztery lata młodszych, którzyśmy pożegnali PRL w późnych klasach podstawówki, nie było to już tak jasne. Pamiętam raz tylko, że gdy w mojej klasie posprzeczaliśmy się w ramach swobodnej dyskusji o komunę, to jeden kolega strasznie się wkurzył, bo jego ojciec był prześladowany za działalność opozycyjną. Mieli w domu regularne naloty milicji i smutnych panów, czy jakoś tak, w ten nieciekawy deseń.

Ale, powtórzę, myśmy już tego – jako grupa równolatków – nie przeżywali aż tak. Gdy zaczynaliśmy świadomiej używać rozumu, to komuny już nie było. Żyliśmy sobie na przaśno-kapitalistycznym nastoletnim luzie w rytmie disco, metal ballads i wczesnego techno. W ogóle nam nie przeszkadzało, że mury miast są w graffiti z Leninem z irokezem, a na łóżkach polowych leży wschód i zachód. Gdy kończyliśmy liceum, to graffiti już zaczęły znikać, a kapitalizm przeniósł się z leżanek do butików i smakował shakiem z McDonalda. Społeczeństwo obywatelskie to był wtedy z jednej strony Juras RCCh Owsiak, a z drugiej parafialna oaza imienia Chwalmy Pana na Cytrze. Jedni krzywo patrzyli na drugich, ale bez przesady. Raczej zgodnie cieszyli się faktem, że “mogą być sobą wreszcie”.

Jakoś jednak we mnie ta świadomość utkwiła, że moi starsi koledzy w cieniu tamtej realnej opresji żyli trochę dłużej i pewnie z trochę większymi tego skutkami.

Patrzę sobie teraz na te dzieciaki licealne i policealne i nie daje mi spokoju: jak je ten kaczystowski reżim strasznie prześladował? Albo ich rodziców? Tajna policja, może powszechna inwigilacja? Nie mogli zagranicę wyjeżdżać? Towaru w sklepach nie było? Łamano im w szkołach sumienia? SB przychodziło im do domów i zabierało rodziców? Mieli świat jak z “Ostatniego dzwonka” albo i “Marcowych migdałów”?

Nawet przy założeniu, że zmieniają się sposoby rozumienia wolności, to twardych represji wobec społeczeństwa po stronie PiS nikt nie wskaże bez popadania w śmieszność. No chyba, że jest z KOD i wciąż myśli, że walczy z komuną.

Nie, nie chodzi mi o to, że oni teraz nie mają żadnych problemów i mają wspaniale, bo często z rzeczy materialnych dostają co chcą. Choć nie wszyscy oczywiście.

Myślę, że czasem jest im teraz znacznie ciężej z wielu różnych przyczyn: żyją w świecie, w którym niemal nic nie jest za darmo, na bardzo różnych poziomach. W domach często porozbijanych (w naszym pokoleniu częściej to jeszcze chyba były domy, które udawały, że nie są porozbijane). W ostrym wyścigu szczurów, czyli już są mocno zatomizowani i uczeni bezwzględnej konkurencji, mocno hierarchicznego myślenia jeśli chodzi o ocenę rzeczywistości na podstawie zasobności portfela, wpływów ich rodziców i środowiska. Myślenia pod klucz z egzaminów.

Dziś przechodzą swoją inicjację pod hasłem: j… PiS.

No dobrze. Powiedzmy, że już wyp… ten PiS z gabinetów władzy do opozycji.

To rozwiąże jakieś ich problemy?

Polska będzie, jaka była. Z tymi samymi dokładnie bolączkami. Z tym samym wyścigiem szczurów, realiami ekonomicznymi, tymi samymi pensjami itd. Może dostaną związki jednopłciowe i aborcję na życzenie.

Może będzie się im tym w przyszłości zamykać buzię. No i usłyszą, że jak im się nie podoba, to PiS może znów rządzić. Choć jak sądzę, zestaw społecznych nagród i nagan będzie dalej ten sam. Dlatego cała ta wolnościowa retoryka jest trochę podszyta hipokryzją, którą rewolucyjny zapał skutecznie usuwa w cień, choć oczywiście dobrze się w niej czują różni opiniotwórczy ludzie, którzy sobie nienawiść do PiS zinternalizowali.

Kto będzie rządził w razie ewentualnej zmiany? Nie wiem. Pewnie liberałowie. Zatem będzie mniej więcej tak jak między 1989-2015 i tego jestem pewien na sto procent. Najwyżej raz po raz ktoś z lewa wyjdzie na mównicę w Sejmie i wspomni, że nasza jest krew, a wasza nafta czy jakoś tak. Sala ziewnie pustymi siedzeniami i będzie jak zwykle. Bo nikt im, ani oni sobie sami, nie zbuduje żadnej lepszej Polski. No tak, pomijając, że będą mieli aborcję na życzenie i związki jednopłciowe.

A te dzieciaki zaraz będą miały trzydzieści lat. Pewnie nadal będą mieszkać u rodziców, bo kredyt na mieszkanie tańszy nie będzie, a liberałowie już o to zadbają, żeby w sferze socjal-ekonomicznej nic się nie zmieniło. Albo w końcu wyjadą za chlebem (jeśli granice nie będą pozamykane) i będą tęsknić za młodością, gdy obalali autorytarny reżim PiS.

Krzysztof Wołodźko

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »