Press "Enter" to skip to content

To jest zdziczenie

Czy wiecie, dlaczego dzisiaj tylu ludzi nie wierzy w Boga? Bo jak byli dziećmi, to ich ojcowie nie robili im cudów, nie zachwycali ich otaczającym światem, tylko leżeli z pilotem na kanapie. I potem, będąc już dorosłymi, te dzieci nie są w stanie uwierzyć, że Bóg Ojciec może kochać i że cuda są możliwe”.
Przypomniały mi się te słowa zmarłego w marcu tego roku ks. Piotra Pawlukiewicza, kiedy zastanawiałem się nad źródłem tzw. strajku kobiet. Rzecz jasna, najpierw na myśl przychodziły mi zupełnie inne określenia, zwłaszcza kiedy wściekły mob trąbił mi godzinami pod oknami domu, a potem widziałem, jak dewastuje kościoły. Tak się złożyło, że podczas apogeum zamieszek byłem akurat w Warszawie i obserwowałem tę wściekłość na własne oczy. Tam nie było miejsca na rozmowę, refleksję czy zdrowy rozsądek, liczyły się jedynie rozchwiane do maksimum emocje, które w tłumie stają się praktycznie niekontrolowalne. Warto w tym kontekście przypomnieć słowa austriackiego noblisty żydowskiego pochodzenia Eliasa Canettiego, który studiował psychologię tłumu i był naocznym świadkiem przejęcia władzy przez nazistów w Niemczech w latach 30. XX w. Z przerażeniem wspominał później w słynnym eseju „Masa i władza”, że podczas rozgrzanych wieców nazistowskich tak bardzo dał się ponieść emocjom tłumu, że choć sam był Żydem, to zaczął odczuwać ogromną nienawiść do Żydów i dopiero wróciwszy do domu, był w stanie na spokojnie przemyśleć swoją reakcję.
Dziś nawet po powrocie do domu emocje nie gasną, gdyż nieustannie bombardują nas w telewizji, w internecie i przede wszystkim w mediach społecznościowych. Jak na tak zmasowany atak medialny „protesty” i tak wyciszyły się bardzo szybko – choć pewnie nie na zawsze. Tymczasem ani wywołane przez nie nastroje nie zniknęły, tylko się schowały, ani tych gorszących scen z końca października nie da się zapomnieć. W ostatecznym rozrachunku bowiem te młode kobiety, często jeszcze dziewczyny, wyszły na ulice po to, aby upomnieć się o prawo do mordowania własnych dzieci. Czy miały tego świadomość? Prof. Andrzej Nowak nazwał je barbarzynkami, prof. Wojciech Roszkowski w swej najnowszej książce również mówi o buncie barbarzyńców. Ale mam wrażenie, że trzeba powiedzieć dosadniej: to jest zdziczenie. I nie chodzi mi tu o dramaty, kiedy dziecko w łonie matki jest poważnie chore, bo są to przypadki rzadkie i bardzo indywidualne, i tu moim zdaniem należy pomóc, a nie nakazywać. Chodzi o te wulgaryzmy, te akty wandalizmu i fizycznej agresji, chodzi wreszcie o postulat powszechnej aborcji aż do dnia porodu.
Tzw. strajk był przegrany w tym momencie, kiedy stał się radykalny. Niemniej jednak należy sobie zadać pytanie: czy tak dzisiaj naprawdę wyglądają Polki? Szczerą i równocześnie dramatyczną odpowiedzią będzie: częściowo tak, zwłaszcza w dużych miastach. Jest w Polsce grupa osób, między 10 proc. a 20 proc. społeczeństwa, która pragnie aborcji do 12. tygodnia życia dziecka. Osoby wychowane na Instagramie i Netflixie, dalekie od Kościoła, a przede wszystkim bez oparcia we własnej rodzinie. Trzy obszary, które z punktu widzenia konserwatysty ucierpiały w ostatnich dekadach najbardziej, to kultura (wliczając w to media), wiara i rodzina. Patrząc na to, jak spektakularnie na tych polach poległa prawica (zresztą nie tylko w Polsce), aż dziw bierze, że społeczne poparcie dla radykalnych postulatów lewicy jest tak – stosunkowo – niskie. Do czasu jednak. Jeżeli teraz się tego nie wyhamuje, to potem będzie za późno. A straty będą znacznie bardziej bolesne niż te spowodowane covidem, dlatego po pandemii cały wysiłek powinien skupić się na odbudowie i odbiciu trzech wymienionych wyżej obszarów.

Adam Sosnowski
/więcej na e-wpis.pl/

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »