Press "Enter" to skip to content

Uratowała go od śmierci Przeczysta Panienka

Bulos zatelefonował do mnie na drugi dzień po opuszczeniu szpitala, ciesząc się tym, że znów jest u siebie w domu, dziękując Bogu i płacząc z radości, że został wybawiony od pewnej śmierci. Twierdził, że jego obowiązkiem jest teraz głośno o tym świadczyć. Przyznam, że w całej historii różnych zdarzeń związanych z covidem 19 o jakich słyszałem, żadne nie wywarło na mnie większego wrażenia, jak właśnie to, o którym teraz właśnie opowiadam.

Bulos jest Syryjczykiem, ale tymczasowo przebywającym w Turcji, w Istambule. Pewnego dnia stwierdzono, że jest zarażony wirusem covid 19 i wzięto go do szpitala. Zgodnie z panującymi procedurami, został całkowicie odizolowany od domu, tracąc wszelki kontakt z żoną i małym synkiem. Pobyt w szpitalu nie polepszył jego stanu zdrowia, a wprost przeciwnie, nastąpiło zaostrzenie objawów chorobowych. Ciągle utrzymywała się wysoka temperatura i coraz trudniej było mu oddychać. Po jakimś czasie, podobnie jak wiele innych osób, został skierowany na piętro niżej, gdzie aplikowano chorym respiratory.

Szokiem dla niego było to, co tam zobaczył. Nagie ciała pacjentów na dziesiątkach łóżek, a na podłodze nagie ciała zmarłych, owinięte w foliowe przeźroczyste worki. Dodatkową trudność jaką przeżywał stanowiła niemożność porozumienia się z otoczeniem, z powodu nieznajomości języka tureckiego. Nie miał telefonu, aby móc porozmawiać z żoną i z jakimkolwiek znajomym, tak jak i oni nie mogli się z nim telefonicznie skomunikować. Z największym trudem udało mu się wyżebrać jakiś parawan, aby móc się choć trochę odgrodzić od tego przygnębiającego widoku, jak on to nazwał – umieralni.

W sytuacji w jakiej się znalazł jedyne rozwiązanie widział w nieustającej modlitwie. Pomagała mu ona czuwać, aby obronić się przed założeniem mu respiratora. Próbowano to uczynić wielokrotnie, ale za każdym razem rezygnowano z tego, gdy zauważono jego zdecydowany opór, bowiem za każdym razem skutecznie powstrzymywał ich zamiary, łapiąc pielęgniarza albo pielęgniarkę za ręce. Odstępowali od swego zamiaru, wiedząc dobrze, że tak czy inaczej sprawa sama się rozwiąże, bo albo zmęczony sam przyjmie go w którymś momencie, albo po prostu, przestanie oddychać. Dziwili się bardzo, że już dwie doby nie zmrużył oczu i nawet niektórzy mieli podejrzenia, że musi mieć chyba jakieś konszachty ze złym duchem, skoro manifestuje się w nim taka nadludzka siła.

Trzeciego czy czwartego dnia, leżąc w tej umieralni i broniąc się przed całkowitą rozpaczą, nagle przebiło się do jego świadomości, że jedna pielęgniarka ma chrześcijańskie imię. Okazało się, że zna ona język rosyjski, który on również rozumiał. Wybłagał u niej, aby zadzwoniła do jego żony i powiedziała jej, że żyje i że myśli stale  o niej i o ich małym synku.

Nie skończyło się tylko na przekazaniu wiadomości. Żona uprosiła pielęgniarkę, aby ta jakimś cudem dostarczyła mu przygotowaną przez nią, w domu, zupę. Pielęgniarka uczyniła to, chociaż szpitalne procedury nie przewidywały takiej formy leczenia wirusa covid 19. Bulos powiedział mi, że zupa którą otrzymał z domu i którą zjadł z apetytem, uczyniła przełom w historii jego choroby. Poczuł się znacznie lepiej. Udało mu się nawet ukradkiem zamienić parę słów z żoną, korzystając z telefonu pielęgniarki, po kilku dniach wyzdrowiał na tyle, że mógł zostać wypisany ze szpitala i powrócić do domu.

Nie powiedziałbym najistotniejszego co się zdarzyło, gdybym opowiadanie o wyzdrowieniu Bulosa zakończył w ten sposób. Ominąłbym zasadnicze wydarzenie, wypaczając w ten sposób sens całej historii wyzdrowienia Bulosa, czyniąc z niej sentymentalną opowieść o cudownych efektach zup produkowanych przez kochające żony. Bulos zwrócił mi na to uwagę zarówno na początku, jak i na końcu naszej rozmowy i w obu wypadkach czyniąc to ze szlochem. Nie o zupie mówił, ale cudownej interwencji Maryi w najcięższej jaka była w jego życiu chwili, kiedy zmagając się ze śmiercią modlił się w prawdzie nieustannie, ale mimo to czuł, że traci systematycznie zarówno fizyczne jak i psychiczne siły. Duchowo też czuł rosnące ciągle zniechęcenie i pogłębiającą się rezygnację wobec zbliżającej się śmierci.  Przed pogrążeniem się całkowicie w tym stanie, kiedy już prawie poddał się temu, aby razem z innymi umarlakami odejść z tej sali i z tego świata, nagle „pojawiła się u jego boku, „Przeczysta Panienka Maryja, chwyciła go za łokieć i zatrzymała, mówiąc, aby zawrócił z powrotem do życia”. Bulos jest dzisiaj przekonany, że jego powrót do domu, to cud który uczynił Bóg za przyczyną Maryi.

Nie wiemy na ile miało na to również wpływ jego wspieranie sióstr Matki Teresy i hojność wobec biednych o której mówiła mi jego rodzina.

o. Zygmunt Kwiatkowski SJ

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »