Press "Enter" to skip to content

Naturalny sojusz

Kiedy kilka tygodni temu Krzysztof Śmiszek, aktywista ruchu LGBT i innych literek oraz lewicowy poseł, wyszydził billboardy hospicjów perinatalnych, wielu się oburzyło. Słusznie. Drwiny z cierpienia rodziców i dzieci w takiej sytuacji, nazywanie plakatów z dzieckiem w sercu „paskudnymi” i tanie dowcipy są czymś ohydnym. Niektórzy bardziej przenikliwi internauci wskazali, że takich przykładów otwartej wrogości tęczowych działaczy i działaczek wobec obrońców życia było znacznie więcej. To prawda – wystarczy przecież przypomnieć atak na furgonetkę pro-life dokonaną przez osobnika o wdzięcznej nazwie „Margot” – swoją drogą jakoś zniknął chwilowo z mediów. Może czeka, aż uzna go za człowieka roku „Financial Times”, „Time” lub choćby „El País”? Jednak cała sprawa – sojusz aborcjonistów i aktywistów LGBT – zmusza do zadania pytań. Czy chodzi tu jedynie o taktyczne, chwilowe porozumienie obu ruchów, czy też w samej istocie obu ideologii znajduje się coś wspólnego? Niedawno na to pytanie, tak ważne dla zrozumienia dynamiki rewolucji, próbował odpowiedzieć na łamach „Do Rzeczy” Marek Jurek. Zauważył on trafnie: „Wydawałoby się, że nie ma większego absurdu jak emocjonalne zaangażowanie działaczy homoseksualnych w wystąpienia aborcyjne. A jednak liderzy politycznego ruchu homoseksualnego odgrywają wybitną rolę w działaniach przeciw prawu do życia, zarówno w Polsce, jak i w Europie. Co ich do tego pobudza?”. I odpowiedział: „Najwyraźniej chodzi więc o totalną deregulację etyczną, zniesienie wszelkich moralnych powinności i oczekiwań, począwszy od rodzicielstwa. Dzięki temu miałoby powstać kulturowe otoczenie, w którym wolno wszystko, a niczego nie trzeba”. Zdaniem publicysty aborcjoniści są zatem, można by powiedzieć, taktycznymi sprzymierzeńcami aktywistów homoseksualnych: razem niszczą zastany ład, dzięki czemu rośnie grupa ludzi, która utraciła kontakt z własną religią, tradycją i wychowaniem. To ważne spostrzeżenie. Mniemam jednak, że można je uzupełnić. Ten sojusz ma bowiem, uważam, głębszy, istotowy charakter. Nie tylko, chociaż także, spełnia się w atakowaniu wspólnego wroga – odziedziczonego ładu społecznego i prawa natury – lecz także opiera się na wspólnym, negatywnym stosunku do życia, do jego transcendentnej i obiektywnej wartości. W jednej z najważniejszych książek na temat zarazy, jaką stał się transwestytyzm wśród młodych dziewcząt w USA, Wielkiej Brytanii i Kanadzie, Abigail Shrier wskazała na sekciarski mechanizm pozyskiwania nowych pacjentów/pacjentek przez ruch LGBTQI+. Wiele nastolatek, co naturalne, przeżywa problemy wynikające z dojrzewania. Jednak dzięki dostępowi do mediów społecznościowych stają się idealnymi wręcz ofiarami aktywistów, którzy każdą trudność tłumaczą niedostosowaniem płci biologicznej i płci kulturowej. Dziewczynki, bez wiedzy i świadomości rodziców, szybko dostają się pod kontrolę tęczowych radykałów, często zresztą za pomocą szkoły. Wśród wielu wstrząsających historii mnie uderzyła jedna: opowieść o matce, która jak tysiące innych z dnia na dzień dowiedziała się, że jej córka uważa się za chłopca. Podobnie jak większość rodziców i ona była postępową liberałką, więc, tłumiąc przerażenie i strach, postanowiła wspierać dziecko w wolnym wyborze. Aż do chwili, kiedy niepełnoletnia córka powiedziała, że domaga się operacji – ta zaś musiała pociągać za sobą stałą bezpłodność. Dopiero wtedy matka się zbuntowała i, przynajmniej na pewien czas, przekonała córkę, by ta nie przeprowadzała zabiegu. T a historia pokazuje, oprócz wielu innych rzeczy, faktyczny, ideologiczny cel tęczowych aktywistów: wyrugowanie ze świadomości człowieka wartości życia jako podstawowej, pozytywnej miary i kategorii. Ze związków homoseksualnych, lesbijskich czy z relacji między transwestytami, którzy dokonali całkowitej zmiany płci, nie mogą się rodzić dzieci. Przekaz życia został w tej grupie całkowicie zablokowany. Dziecko może pojawić się wyłącznie wskutek decyzji o adopcji lub zamówienia u surogatek. Człowiek nie jest już powołany do tego, by przekazywać życie – z zasady staje się bezpłodny i żyje w relacjach, w tym sensie, z zasady jałowych. Życie ludzkie, dziecko nie ma zatem już w oczach ideologów i aktywistów bezwarunkowej wartości – jest wyłącznie kwestią wolnego wyboru i przyjemności. W tym sensie współcześni ideologowie gender do złudzenia przypominają starożytnych gnostyków, którzy w bezpłodności, w odrzuceniu życia widzieli formę najgłębszego buntu przeciw Bogu. Potępiając płodzenie, przekazywanie życia, okazywali pogardę dla dobroci Stwórcy. Prawdziwym źródłem sojuszu aborcjonistów i aktywistów LGBT jest właśnie ten wspólny resentyment, ta wspólna, najgłębsza i pierwotna wrogość wobec życia jako obiektywnie pozytywnej zasady. Cała reszta – opowieści o godności kobiety, szacunek dla inności, dążenie do uznania – to zasłona dymna.

Paweł Lisicki
/dorzeczy.pl/

Inne artykuły ArchiwumWięcej wpisów »